Archiwum

Archive for Grudzień 2010

„Wielki Marsz” – Richard Bachman (Stephen King)

27 grudnia 2010 6 Komentarzy

Tytuł: „Wielki Marsz”

Autor: Richard Bachman (Stephen King)

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 244

Data wydania:  2003

Ocena: 8,5/10

——————————

„Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.

Opis książki brzmi: „[…]Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz – meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych.” Już na wstępie powiem że jedynym sensownym stwierdzeniem w nim zawartym jest pierwsze zdanie, ale o tym za chwilę.

Stephen King, jak zapewne jest wszystkim wiadome nazywany jest Mistrzem Horroru. Wiele z jego książek doczekało się filmowych adaptacji, które znane są większości miłośników kina, lecz „Wielki Marsz” nie miał tej przyjemności. Chyba słusznie, gdyż najprawdopodobniej byłby to film krótkometrażowy.

„Wielki Marsz”, został napisany gdy autor tworzył jeszcze pod pseudonimem Richard Bachman. Jak już wspomniałem opowiada historię, nie tyle setki, co garstki chłopców biorących udział w największej rozrywce tamtego świata. Rozrywce, która przyciąga dziesiątki tysiące fanów z całych Stanów Zjednoczonych, którzy głodni wrażeń oczekują godzinami przy trasie marszu. Wrażeń, którymi przede wszystkim jest śmierć kolejnych uczestników i huk karabinów.

Książka napisana jest lekkim językiem, pełna dialogów i wielu interesujących myśli, które podsuwa nam autor. Podzielona jest na trzy części, zawierające po kilka rozdziałów, gdzie każdy z nich zaczyna się dość nietuzinkowym cytatem. Czasem słowa pochodzą z amerykańskich teleturniejów, innym razem z dziecięcych wyliczanek, czy nawet z ust kaznodziei. Narracja trzecioosobowa z wszechwiedzącym narratorem. Ogólnie, przyjemnie się ją czyta, mimo zawartych w niej „interesujących” opisów. Spodobał mi się sposób opisu bohaterów. King charakteryzując ich „czepiał się szczegółów”, tzn. nie serwował nam stronicowego opisu wyglądu, a jedynie jedno, dwa zdania plus wspomniany „szczegół”. Dla przykładu „żółta czapka przeciwdeszczowa w tylnej kieszeni”, czy „ciężkie oksfordy na nogach”. Dzięki temu do końca nie wiemy jak wyglądali bohaterowie, znamy dokładnie ich charakter (o czym później), wyobrażamy sobie ich oczy, wychudzone twarze i jeden specyficzny szczegół z ubioru. Nic po za tym. Swoją drogą, nie potrafię sobie przypomnieć jaki mieli kolor włosów, być może nie było o tym mowy, jedno jest pewne, nie miało to większego znaczenia.

Największym plusem powieści Kinga jest złożoność charakterów przedstawionych w niej bohaterów. Każdy z nich jest specyficzny i posiada indywidualne cechy, których próżno szukać u innych. To umysł i samozaparcie odgrywa główną rolę w tym „Marszu Pogrzebowym” (bo to oddaje w pełni sens tej wędrówki) i to one są priorytetem jeśli chodzi o całokształt powieści. Autor przedstawił nam jak człowiek potrafi się zmienić w skutek otaczającej go sytuacji, wcześniej nieznani sobie chłopcy stają się sobie bliscy. Między niektórymi dochodzi do zwad, między innymi zaś do przyjaźni. Wszystko skupia się wokół marszu i drogi, to one tworzą swój mikroświat, którego mieszkańcy niczym zawieszeni w przestrzeni męczennicym cierpią katusze ku radości widzów i …. no właśnie ku czemu? Tutaj King dołożył kolejny wątek powieści, dlaczego każdy z nich wziął udział w marszu, przecież wiedzieli na co się piszą, znali zasady, a szansa na nagrodę była znikoma. Odpowiedź nie jest taka prosta jakby się mogła wydawać.

Głównym bohaterem powieści jest niejaki Ray Garraty, „syn stanu Maine”. Przystępując do „konkursu” zostawił w domu matkę i dziewczynę, które za wszelką cenę usiłowały go odwieść od tego pomysłu. Poznajemy go na samym początku powieści, gdy z rodzicielką docierają na miejsce startu. Czy Ray jest bohaterem pozytywnym? Czy można go polubić? To już zależy od samego czytelnika. Gdyż, jak wcześniej wspomniałem, każdy z nich jest inny, w skutek czego fascynujący na swój sposób. Tak np. mnie do gustu przypadli McVries i Olson.

Na wstępie napisałem: „ „Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.” i nadal podpisuję się pod tym obiema rękami. Początkowo chłodno podchodziłem do tego tytułu, bo nie miałem pojęcia czego mogę od niego oczekiwać. Historia nader prosta, mogłoby się wydawać banalna. Setka chłopców idących przed siebie, wygrywa ten kto jako jedyny przeżyje. Fabuła którą można by było zmieścić na 2-3 stronach A4, została tak rozbudowana że zajmuje blisko 250 stron i w żadnym momencie nie odczuwamy znużenia, tudzież „wodolejstwa”. Nawet opisy przyrody zostają skrócone tylko to ogólnego zarysu, także jeżeli oczekujemy podróży przyrodniczej po Stanach Zjednoczonych to się głęboko zawiedziemy. King w całą tę historię wplótł „wojnę charakterów”, w skutek czego nie widzimy maszerujących chłopców, tylko rozbudowane osobowości zamknięte w odczuwającym ból i znużenie ciele. Ciele, którego wygląd nie ma większego znaczenia. Z początku doceniamy decyzję bohaterów, by pod koniec, w skutek licznych sytuacji całym sercem im współczuć. Przywiązujemy się do nich, licząc że to akurat nasz ulubieniec będzie tym który ukończy „Marsz Pogrzebowy”. Napisałem również że jedynie pierwsze zdanie z przedstawionego przeze mnie fragmentu opisu jest sensowne i nadal się przy tym upieram. Czy nie ma w książce ludzkich odruchów? Czy każdy z uczestników jest „zimnokrwistym cyborgiem”? Otóż nie jest. Bohaterowie, chłopcy w wieku dojrzewania, jako jedyni pokazują człowieczeństwo i niebywałą dojrzałość, które to cechy objawiają się nawet w tak toksycznym środowisku jak te w którym przyszło im nie tyle żyć, co umierać.

Mimo to książka nie jest wolna od minusów. Jak dla mnie największym z nich, kto wie czy nie jedynym jest nagłe zakończenie, które w skutek długotrwałego oczekiwania powinno mieć iście podniosły przekaz, a kończy się szybko, zbyt szybko jak dla mnie.

Podsumowując, książka która początkowo może zniechęcać, przede wszystkim w skutek przedstawionego nam okładkowego opisu, potrafi wciągnąć czytelnika na dobre, a każde trudności i „przygody” bohaterów pochłaniamy z największą przyjemnością oczekując kolejnej dawki. W pewnym momencie możemy zauważyć że niczym nie różnimy się od głodnego krwi tłumu, który z niecierpliwością oczekuje na kolejny wystrzał żołnierskiego karabinu. King zaserwował nam potężną dawkę powieści do przemyślenia. Nie tyle do zastanawiania się nad sensem przytaczanych słów, czy sformułowań filozoficznych, co nad sytuacją w jakiej się znaleźli. Jak my zachowywalibyśmy się maszerując wśród nich? Czy bylibyśmy dostatecznie silni by przetrwać tę wojnę charakterów? Czy pozostałyby w nas choć strzępy człowieczeństwa?

Reklamy

Święta

24 grudnia 2010 1 komentarz

Kategorie:Wszystko

„Dziesięciu Murzynków” – Agatha Christie

22 grudnia 2010 6 Komentarzy

Tytuł: „Dziesięciu Murzynków”

Autor: Agatha Chrisite

Wydawnictwo:  ISKRY

Liczba stron: 233

Data wydania: 1992

Ocena: 8/10

——————————

„Dziesięciu Murzynków”, których przypominamy właśnie polskiemu Czytelnikowi, to jeden z najbardziej znanych i lubianych kryminałów mistrzyni tego gatunku literackiego.[..]”

Tej treści notę możemy przeczytać wziąwszy do ręki egzemplarz  wydany przez wydawnictwo ISKRY. Osoba opisywana przez nich słowami „mistrzyni tego gatunku literackiego”, to jak się domyślacie Agatha Chrisite. Na tejże okładce czytamy:

„Urodziła się we Francji [..], podczas pierwszej wojny światowej pracowała w szpitalu, gdzie z upodobaniem czytywała powieści detektywistyczne jako „idealne lekarstwo na smutki”. Agatha Christie nie bez powodu zyskała miano „królowej zbrodni”. […] Stworzyła niezapomnianą kreację Herkulesa Poirot […], najpopularniejszego detektywa od czasów Sherlocka Holmesa”.

Szczególnie zaintrygował mnie epitet „królowa zbrodni”. Czy słusznie nadano jej taki przydomek? Postaram się do tego ustosunkować po lekturze wcześniej wymienionych „Dziesięciu Murzynków”.

Tytuł dość „dziecinny” i jednocześnie zaskakujący. Został zaczerpnięty z dziecięcego wierszyka o tychże murzyniątkach, który przewija się przez całą książkę, co jakiś czas dając o sobie znać, w dość specyficzny sposób. Akcja powieści rozgrywa się, tutaj po raz kolejny przewija się znana nam nazwa, na Wyspie Murzynków. Oddalonej od lądu wysepce, która swym kształtem przypomina twarz czarnoskórego mężczyzny z dość obfitymi wargami. Jak przystało na tę formę przyrodniczą, dostać się można na nią jedynie drogą morską, ale to także jest ograniczone ze względu na trudności w przybiciu do jej brzegów, jak również nieujarzmione „kaprysy Posejdona”.

Bohaterami powieści jest grupka osób, w liczbie dziesięciu – ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Skupisko na pierwszy rzut oka zupełnie losowe, których ścieżki życia w pewnym momencie się krzyżują, a punktem przecięcia jest owa Wyspa Murzynków. Każde z nich otrzymuje czy to list, czy zaproszenie do odwiedzenia tego miejsca, które z jasnych przyczyn wydaje im się znane, gdyż w niedalekiej przeszłości w gazetach głośno było na jej temat. Nadchodzi czas gdy dziesięcioro, nieznanych sobie wówczas osób, stawia pierwsze kroki kierując się do willi, położonej na malutkiej wyspie. Wyspie która ma odmienić całe iż życie. Czy są na to przygotowani? Czy los będzie dla nich łaskawy, czy też przygotował masę psot i figli? Te i inne pytania zostają w pewien sposób rozwiązane już na wstępie do powieści, ale czy wszystko jest tak jasne i klarowne jakby się wydawało na pierwszy rzut oka? Na to musisz sobie sam odpowiedzieć.

Książka nie należy do kategorii „opasłych”, a do tego jej akcja toczy się wyjątkowo szybko, przemieszczając się galopem z jednej sytuacji do następnej, tym samym nie dając ani chwili do wytchnienia. Czy to źle? Ależ skąd. Agatha Christie przygotowała dla nas potężną dawkę kryminału, który niczym kalejdoskop zmienia się z każdą sekundą, zaburzając tworzoną przez nas wizję. W momentach gdy dosłownie jesteśmy pewni co się stanie, tudzież mamy święte przekonanie że udało nam się ogarnąć całą fabułę, dostajemy solidnego kopniaka, który uzmysławia nam, że wróciliśmy do punktu wyjścia i zabawę trzeba zacząć na nowo. Czy jesteśmy z tego powodu zawiedzeni? W żadnym wypadku! Każdą kolejną stronę czytamy z zapartych  tchem, powstrzymując się przed pokusą spojrzenia na ostatnią kartkę, by choć przez chwilę rzucić okiem na zakończenie. Nigdy dotąd ta pokusa nie była tak silna!

Powieść napisana jest lekkim językiem, a krótkie rozdziały, albo raczej akty, zawierające niekiedy dosłownie kilka zdań, umilają lekturę, przenosząc akcję z jednego bohatera na drugiego. W całej gamie niejasności i zagadek, które wciągają nas na dobre, ciężko zwrócić uwagę na charaktery bohaterów. Ich osobowości zostały uzależnione od pracy, zajęcia które wykonywali. Zamiast konkretnych postaci, posiadających złożoną budowę emocjonalną, widzimy raczej profesje, ubrane w ludzkie imiona i zachowujące się tak jak przystało na przedstawicieli danych zawodów. Tak właśnie zamiast Macarthura widzimy rasowego żołnierza, a zamiast Armstronga – młodego lekarza. Czy ten zabieg jest jak najbardziej na miejscu? Być może, gdyż pozwala nam w pełni skupić się na głównym wątku, od którego odbiegamy jedynie w sytuacjach, w których wspomnienia, tudzież przeszłość bohatera ma nam jedynie pomóc w dalszej lekturze. Z drugiej jednak strony „Dziesięciu Murzynków” i ich fabuła dają niesamowite możliwości jeśli chodzi i grę charakterów. Sytuacje, w których niejednokrotnie znajdują się bohaterowie powinny bez najmniejszych trudności odcisnąć piętno na ich życiu i poważnie wpłynąć na sposób postrzegania świata. Czy tak się dzieje? Poniekąd tak, ale potencjał był znacznie większy i grzechem było nie czerpać z niego garściami.

Podsumowując, Agatha Christie, zwana „królową zbrodni”, w książce „Dziesięciu Murzynków”, pokazała swój kunszt pisarki. Czy w pełni? Tego nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić.  Powieść o dziecinnym tytule po kilku pierwszych stronach urasta w naszych oczach do rangi solidnego ”kryminału”, albo „kryminału podróżnego”. Określenie to dotyczy raczej objętości powieści, aniżeli potencjału. Książka napisana przyjemnym językiem, pełna dialogów i licznych zwrotów akcji jest idealnym tytułem do rozpoczęcia przygody z kryminałami.

„Sługa Boży” – Jacek Piekara

20 grudnia 2010 5 Komentarzy

Tytuł: „Sługa Boży”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom I

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 280

Data wydania:  2003

Ocena: 9/10

——————————

Jestem na świeżo po jej lekturze, także postaram się w miarę obiektywnie wyrazić swoje zdanie.

Szczerze powiedziawszy idealnie opisują książkę stwierdzenia na jej odwrocie, pozwolę sobie przytoczyć:

„Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stosów i prześladowań”

„Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – przynajmniej w moim dotychczasowym odczuciu w pewnym sensie pełni ona taką rolę, a czy ta sentencja jest prawdziwa, czas pokaże. Do książki zabrałem się z wielkim zapałem, po lekkim „poślizgu” na „Charakterniku” postanowiłem sięgnąć do bardziej cenionych pozycji pana Jacka Piekary. Czy się zawiodłem? Odpowiem bez zawahania że nie. Czy spodziewałem się więcej okrucieństwa, krwi i bluźnierstw? Odpowiem że było ich wystarczająco dużo, co by nie powiedzieć że w pewnych momentach aż za dużo. Bynajmniej nie uważam że książka w pewien sposób raziła w moje uczucia itd., osobiście uważam że do takich rzeczy trzeba mieć dystans i patrzeć na nie, przez zupełnie inny pryzmat.

Wracając do powieści. Jej głównym bohaterem jest niejaki Mordimer Madderdin, młody inkwizytor odznaczający się gorliwością, pysznym jak na swój wiek charakterem i innymi, tym razem wyróżniającymi go z tłumu cechami, o których się przekonacie podczas lektury. Jako miecz w ręku Pana i sługa Aniołów, zajmuje się tępieniem wszelkich oznak „odstępstwa od normy”, bądź jak kto woli herezji, bluźnierstw, pradawnych rytuałów i wielu, wielu innych zakazanych, mniej lub bardziej, spraw. Przez większość książki podróżuje w towarzystwie swoich kompanów, jak to sam ujął zawodowych morderców, wszak zwyczajem inkwizytora jest posiadanie większej liczby wrogów, aniżeli przyjaciół.  Mordimera cechuje specyficzne podejście do swojego zawodu, ośmielę się powiedzieć, że mimo trudnej pracy, jest do niej bardzo przywiązany i wypełnia ją z największą czcią i przyjemnością.

Książka składa się z pięciu opowiadań luźno ze sobą powiązanych, występują one chronologicznie, ale nie wiemy ile czasu minęło między każdym z nich. Język jakim posługuje się autor jest lekki i przyjemny, mimo „interesujących” opisów które nam serwuje podczas lektury. Pan Piekara zdołał nawet w tak, mogło by się wydawać poważnej i brutalnej powieści, umieścić kilka humorystycznych czy to dialogów, czy sytuacji. Dość trafnym pomysłem ( w moim odczuciu) okazało się przedstawienie sposobu wysławiania się niektórych z bohaterów (czy to bez zębów, czy w apogeum zdenerwowania). Być może w tej chwili wydaje się to lekko niejasne, ale jestem w pełni przekonany że przy pierwszej okazji zauważycie co miałem na myśli.

Przejdę teraz do najważniejszej kwestii utworu, czy też najbardziej powszechnej opinii na jej temat. „Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – dysponując obecnym doświadczeniem nie jestem w stanie obiektywnie ocenić prawdziwości tych słów, lecz być może moje stanowisko w pewien sposób ustosunkuje odczucia potencjalnego „świeżego” czytelnika na lekturę „Sługi Bożego”. Czy poczułem się zgorszony, bądź obrażony iż fundamenty chrześcijaństwa zostały poważnie naruszone, co by nie powiedzieć że całkowicie przebudowane? Absolutnie nie. Pan Jacek Piekara serwuje nam kilka godzin świetnej fantastyki, opisując brutalność, wszechobecny grzech i wady tamtego nie tyle samego świata, co przede wszystkim ustroju społecznego. Widzimy znaczne różnice pomiędzy klasami społecznymi, na których czele mogłoby się wydawać, nieoficjalnie stoi grupa odzianych na czarno mężczyzn, ze srebrnym, wyszytym krzyżem i skrzynką z „narzędziami zawodowymi”. Zgromadzenie które „trzęsie” podwalinami tamtego systemu i sprowadza na każdego strach i trwogę. Czyżby ludzie, wydający się być uosobieniem dobra, przynajmniej wedle swoich przekonań mogą być straszni – żeby nie powiedzieć źli? Ano mogą, i wychodzi im to wręcz doskonale.

Podsumowując. Jacek Piekara w pierwszym tomie „Cyklu Inkwizytorskiego” niejako wprowadza nas w świat po którym kroczy młody Mordimer. W kilku luźno ze sobą powiązanych opowiadaniach rysuje przed nami obraz grupy zwanej inkwizytorami, pełnej nie tylko cnót, co raczej cech zupełnie przeciwnych. Z największą przyjemnością śledzimy przygody głównego bohatera i jego kompanów, co jakiś czas zatrzymując się, by uzmysłowić sobie jak wyglądają ich „przyzwyczajenia”, albo inaczej, nieodłączne dodatki do ich fachu. Książka warta polecenia, toteż nie zawaham się powiedzieć: Polecam!

p.s. Jestem ciekaw jak dokładnie wygląda nasz przystojniaczek, Kostuch 🙂

Stosik #1

16 grudnia 2010 10 Komentarzy

Podczas ostatniej wyprawy do biblioteki wzbogaciłem się o kolejne, miejmy nadzieję że ciekawe pozycje do czytania.

 

Pozycje, od dołu:

1. Tytuł: „Siewca Wiatru”

Autor: Maja Lidia Kossakowska.

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Ode mnie: Książka zakupiona już jakiś czas temu, niestety pierwsze spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych. Mimo to postanowiłem dać jej drugą szansę i z większym zapałem zabrać się do lektury. „Bóg umarł – stwierdził filozof. A może odszedł? – zapytała pisarka. I postawiła BezPańskie anielskie zastępy w obliczu Armagedonu.”


2. Tytuł: „Sługa Boży”

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Ode mnie: Długo oczekiwałem na tę pozycję, odczekując swoje w kolejce do rezerwacji. Na szczęście wreszcie nadszedł ten dzień, gdy trafiła ona w moje ręce. Miejmy nadzieję że było warto. „Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stosów i prześladowań.”


3. Tytuł: „Paragraf 22”

Autor: Joseph Heller

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy

Ode mnie: Jestem niezwykle ciekaw co kryje w sobie wyżej wymieniona książka. Czytałem wiele pozytywnych opinii na jej temat i mam nadzieję że były one w 100% słuszne.

4. Tytuł: „Wielki Marsz”

Autor: Stephen King

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ode mnie: Bodajże kilka razy miałem ją w rękach przeglądając dostępne w zasobach biblioteki tytuły. Nigdy bym nie pomyślał że powieść o tak, przepraszam za sformułowanie „dziwnej”, bądź „prostej” fabule może zjednać sobie czytelników. Po jakimś czasie wyczytałem że według niektórych jest to jedna z lepszych powieści Kinga, postanowiłem sam się o tym przekonać.

5. Tytuł: „Dziesięciu Murzynków”

Autor: Agatha Christie

Wydawnictwo: ISKRY

Ode mnie: Podobno obowiązkowa pozycja dla każdego czytelnika. Skoro obowiązkowa to nie wypada dłużej zwlekać.

Pozdrawiam 🙂

Kategorie:Stosiki, Wszystko Tagi:

„Portret Doriana Graya” – Oscar Wilde

15 grudnia 2010 Dodaj komentarz

Tytuł: „Portret Doriana Graya”

Autor: Oscar Wilde

Wydawnictwo:  Dolnośląskie

Liczba stron: 270

Data wydania: 1996

Ocena: 8/10

——————————

Czytałem o tej książce wiele dobrego, przymiotniki: „wspaniała”, „porywająca” i wiele wiele innych pozytywów, przewijały się częściej niż sam tytuł powieści. Inni zaś po seansie filmowym twierdzili że nie był to zmarnowany czas, a adaptacja była „świetna”.

W skutek tak pochlebnych opinii z olbrzymią chęcią przystąpiłem do lektury „Portretu Doriana Graya”. Pierwsze były wrażenia „fizyczne”, tzn. piękne wydanie, twarda oprawa i pozłacane z wierzchu kartki, które wywarły na mnie piorunujące wrażenie, podobno jest ono najważniejsze, tyle że nie w przypadku większości książek (przynajmniej w mojej opinii).

Przewróciłem stronę tytułową, gdzie mym oczom ukazała się przedmowa autora powieści, szczerze powiedziawszy nigdy dotąd tak dużo czasu nie zajęło mi czytanie raptem dwóch stron. Przyznam bez ogródek że nigdy nie byłem orłem w interpretacji różnego rodzaju liryki, ale mimo to nie poddałem się i brnąłem do przodu. Brnąłem, bo język w którym został napisany Dorian jest stosunkowo trudny, a niektóre opinie lorda Henryka przez dobrych kilka minut zaprzątały mi umysł i zmuszały wzrok do ponownej lektury danego fragmentu. Wrócimy do tego wątku, teraz czas na omówienie:

„Portret Doriana Graya” opowiada o kimś, kto pragnie zachować wieczną młodość. Tym kimś jest niejaki Dorian Gray, młodzieniec którego poznajemy poprzez jednego z angielskich malarzy imieniem Bazyli Hallward. Bazyli czerpie niejako inspirację z niesłychanie pięknego, delikatnego i niewinnego chłopca, który wydaje mu się być ucieleśnieniem wszelkich cnót, nieskalanym wpływem brutalnego i cynicznego świata. Dorian jest dżentelmenem który odziedziczył spory spadek i nadszedł wreszcie w jego życiu moment by zacząć gościć na salonach ludzi z wyższych sfer. Jego przewodnikiem zostaje niejaki lord Henryk, przyjaciel Bazylego. Człowiek cyniczny, arogancki, kpiący z życia i wszelkiej świętości, niebywale ceni sobie słowo, a umiejętność z jaką się wysławia rozbrzmiewa echem po wszystkich wytwornych salonach. Dorian poddany jego wpływom niejako ulega zmianie wewnętrznej, lecz wbrew pozorom to nie „doświadczony nauczyciel” jest punktem zwrotnym jego życia, a obraz, portret namalowany przez kochającego go Bazylego, który włożył weń cały swój kunszt. Portret który zmieni całe jego życie, a jak zmieni? Odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie skomplikowana i pozwolę sobie nie udzielać wam jej, tym samym zostawiając nutkę tajemniczości.

Wracając do wcześniej rozpoczętej opinii. Nigdy nie byłem zwolennikiem literatury pięknej, być może katorga (przepraszam jeśli kogoś uraziłem) którą przeżyłem wczytując się w „Cierpienia młodego Wertera”, pozostawiła we mnie pewne piętno i niechęć do tego typu dzieł. Szczerze powiedziawszy, co zapewne wyda się wam żałosne, nie sądziłem iż „Portret Doriana Graya” należy do tego typu literatury. Dopiero teraz, po przeczytaniu posłowia Jana Kurowickiego dochodzę do wniosku że ta książka liczy sobie blisko 120 lat, a mimo to jej przekaz w wielu aspektach życiowych jest nadal aktualny.

Największe wrażenie, przypuszczam że na większości czytelników także, wywarł lord Henryk, który swoimi wypowiedziami całkowicie przyćmił owo piękno Doriana. Jego kunszt słowa i prawdy życiowe dodają książce niebywałego piękna, którego szczerze powiedziawszy nie dostrzegłem w postaci pana Graya.

Nie ukrywam że jeszcze nie raz do niej wrócę, wtedy zapewne spojrzę na nią z innej, bardziej obiektywnej perspektywy. Póki co, godna polecenia, ale czy każdemu? Raczej tak, choć nie wszystkim musi przypaść do gustu.

„Życie nie może być sztuką, a sztuka życiem”

„Rok 1984” – George Orwell

14 grudnia 2010 Dodaj komentarz

Tytuł: „Rok 1984”

Autor: George Orwell

Wydawnictwo:  MUZA

Liczba stron: 360

Data wydania:  2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Co byś zrobił/a gdybyś pewnego dnia dostrzegł/a za oknem plakat WIELKIEGO BRATA, wąsatego jegomościa którego oczy śledzą każdy twój krok, a olbrzymia głowa nie znika nawet wówczas, gdy z całych sił zaciskasz powieki?

Moja odpowiedź brzmi: Nie wiem i nigdy bym nie chciał tego sprawdzić.

Autorem książki jest George Orwell, jak głosi opis na jej okładce – angielski powieściopisarz, eseista i publicysta. Największy rozgłos przyniosły mu powieści „Folwark zwierzęcy” i „Rok 1984″. Jeżeli dla kogoś „Rok 1984” jest pierwszym spotkaniem z panem Georgem, to zapewne zaliczy je do wstrząsających i pamiętliwych, bo określenia: przyjemne, przyjazne nie do końca są na miejscu.

Książka opowiada o wizji świata totalitarnego, świata w którym każdy nasz czyn, każdy oddech i słowo, są stale monitorowane przez tzw. Policję Myśli. Partia, bo ona trzyma władzę w garści poprzez politykę strachu, nienawiści i gróźb „zjednywa” sobie masy, a wybitne, niebezpieczne jednostki stara się w dość specyficzny sposób izolować.

WOJNA TO POKÓJ

WOLNOŚĆ TO NIEWOLA

IGNORANCJA TO SIŁA

Puste sklepy, angsoc, nowomowa i olbrzymie plakaty Wielkiego Brata rozwieszone wszędzie tam, gdzie tylko jest to możliwe, to nieodłączne części tamtejszych czasów. Świat podzielony jest na trzy olbrzymie państwa (Oceanię, Eurazję i Wschódazję) oraz tereny „niezależne”, nie leżące w obrębie żadnych z wymienionych wcześniej terytoriów. Natomiast sama akcja toczy się w pierwszym z nich, tj. Oceanii, która swym zasięgiem obejmuje m.in dzisiejsze Stany Zjednoczone i Wyspy Brytyjskie.

Głównym bohaterem powieści jest Winston Smith, jeden z pracowników Ministerstwa Prawdy, zajmującego się między innymi „estetyczną edycją” gazet i wszelkiego rodzaju książek dostępnych wówczas na rynku. Smith należy do ludzi którzy w pewnym momencie doznali „olśnienia” i w pewien sposób buntują się przeciwko rządom Partii. Niestety jak można przewidzieć, walka z tak potężnym organem władzy, jest porównywalna z każdym pojedynkiem słynnego Don Kichota z Manchy, albo jak kto woli wyprawą z motyką na Słońce. Jako jednostka czuje się zdany na porażkę, jest świadom tego że z każdym kolejnym krokiem ku „wolności”, istnieje coraz większe prawdopodobieństwo błędu i idącego z nim w parze „oddania ducha”. Mimo to, jego pogląd utwierdza się z minuty na minutę, jutro nie ma znaczenia, w tej chwili liczy się jedynie wiara, nadzieja i choćby cień szansy na powodzenie.

Cnoty, takie jak choćby wcześniej wspomniana wiara i nadzieja, powszechnie przestały już istnieć, tak jak miłość, sprawiedliwość czy wolność które podzieliły ich los. Partia stara się na każdym kroku obedrzeć ludzi z tego co im najdroższe, z człowieczeństwa i wszelakich więzi społecznych. W tym momencie przypomina mi się scena filmu Equilibrium (zainspirowanego m.in. „Rokiem 1984″), przepraszam jeśli coś pokręcę, jeden z bohaterów siedzi w jakimś zrujnowanym domu, być może teatrze i płacze czytając książkę, odkrywszy z jakiego skarbu został ograbiony. W wizji Orwella człowiek jest niczym innym jak bezwartościową jednostką, masą mięśni i kości, pozbawionym racjonalnego myślenia. Widzimy sytuacje absurdalne, które mają miejsce choćby w rodzinach, upodlenie piękna czy wyszydzanie prawdy.

„Rok 1984″ należy do książek które potrafią wstrząsnąć czytelnikiem, niejednokrotnie zagłębiwszy się w fabułę z pewną obawą podnosiłem wzrok obserwując czy w zajmowanym przeze mnie przedziale pociągowym, nie pojawił się mężczyzna w ciemnym kombinezonie z czymś podłym na twarzy, przypominającym sztuczny uśmiech.

George Orwell uchylił przed nami rąbek tajemnicy, pokazał jak może wyglądać nie tyle świat przyszłości, co „życie po jego (świata) śmierci”. Trudno nazwać egzystencją coś, co zostało pozbawione jej sztandarowych cech. Widzimy nie tyle ludzi, co zastępujące ich „cielesne maszyny”, skorych do powtarzania wbijanych im w głowy sloganów i pustych hasełek. Człowiek przyszłości, pozwolę sobie użyć takiego sformułowania, w wizji Orwella nawet w sprawach fizjologicznych nie jest w pełni człowiekiem. To tak jakby pozbawić ptaka skrzydeł, piór i kości pneumatycznych, a mimo to, nadal upierać się że mamy przed sobą latające stworzenie.

Podsumowując, książka dla wszystkich którzy cenią sobie przede wszystkim przekaz jaki za sobą niesie, jak również złożoność bohaterów i liczne okazje do przemyśleń, nad piękny język i wyjątkowo barwne opisy świata.

Polecam i zapewne w niedalekiej przyszłości powrócę do pamiętnego tytułu.