Archiwum

Archive for Styczeń 2011

„Szaleństwo aniołów” – Catherine Webb

25 stycznia 2011 11 Komentarzy

Tytuł: „Szaleństwo aniołów”

Autor: Catherine Webb

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 560

Data wydania:  2011

Ocena: 7/10

——————————

„Magia to życie” – napisał w jednym z artykułów Robert Bakker*.

„Magia nie jest życiem. Życie jest magią.” – odpowiedziały Niebieskie Anioły.

„Szaleństwo aniołów” to powieść fantastyczna, rozgrywająca się w realiach współczesnej Wielkiej Brytanii, co zalicza ją do podgatunku fantastyki zwanego Ubran Fantasy. Jej autorką jest Catherine Webb, młoda pisarka specjalizująca się w literaturze dla młodzieży. Jak wypadła w swej najnowszej powieści? Czy jest to tytuł który w najbliższym czasie zawładnie umysłami nastolatków? Na te i na inne pytania, postaram się wkrótce odpowiedzieć.

Jak już wspomniałem fabuła dzieje się na Wyspach Brytyjskich, a dokładniej w środowisku miejskim, pełnym tłoku, szumu rozmów, pracy silników, spalin samochodowych, dźwięków telefonów komórkowych, stukotu podziemnego metra i „śpiewu elektryczności”. W tym to właśnie miejscu przyjdzie poruszać się głównemu bohaterowi. Pewnego dnia budzi się on na podłodze jednego z mieszkań, mając wrażenie że jego ciało jest tylko i wyłącznie bezwładną masą, która w skutek bólu, nieskora jest do jakiegokolwiek ruchu. Chciałby spokojnie zebrać myśli, lecz natarczywy głos w jego umyśle nieustannie powtarza: „uciekajuciekajuciekaj…”. Mimo tak intrygującego prologu nie jest to ani mrożący krew w żyłach dreszczowiec, ani intrygujący kryminał, a po prostu opowieść o „Czarnoksiężniku w wielkim mieście”.

Głównym bohaterem książki jest Matthew Swift, znany w ówczesnym świecie czarnoksiężnik. Człowiek trochę…bez wyrazu. Ciężko jednoznacznie stwierdzić czy jest to bohater w pełni pozytywny, ponieważ jego losy są ściśle związane z dość nietypowymi osobnikami, które charakteryzują się jedynym w swoim rodzaju światłem, które mimo swego tradycyjnego pochodzenia nie do końca jest w pełni jasne i czyste. Swift będzie zmuszony odbyć długą wędrówkę, podczas której niejednokrotnie będzie walczył o własne życie. Autorka w dość zaskakujący sposób przedstawiła nam głównego bohatera ograniczając jego cechy charakteru. Jednym słowem możemy go zaliczyć do „pospolitych szaraków” (oczywiście przymykając oko na posiadane przez niego magiczne zdolności), nie wyróżniających się z tłumu, podobno właśnie o to chodzi w profesji czarnoksiężnika. Mimo to, jest w nim jeden aspekt który potrafi przyciągnąć uwagę, mianowicie rozgrywająca się w jego umyśle walka osobowości, nie powiem nic więcej, by nie zdradzać szczegółów.

Sama fabuła jest prostolinijna i dotyczy tylko i wyłącznie „krucjaty Swifta”, która to, napędza cały mechanizm następujących po sobie zdarzeń. Mimo licznych przygód i spotkań z nietuzinkowymi ludźmi, brakuje w niej pobocznych wątków, podczas których czytelnik mógłby choć na chwilę oderwać się od głównego nurtu książki. Całość utrzymana jest w wielkomiejskich realiach, gdzie każdy element tętniący życiem przepełniony jest magią. Autorka w znakomity sposób wplotła w ramy powieści „magiczne miejskie bóstwa”, takie jak Król Żebraków, Bezdomna, Lord Samotnych Podróży i wielu, wielu innych, między innymi liczne organizacje, zrzeszające specyficznych członków magicznej społeczności, którzy dodają uroku przedstawionemu nam miejskiemu obrazowi. Dodatkowo w „Szaleństwie aniołów” widzimy „współczesną magię”, niejednokrotnie opierającą się na farbach w sprayu, płytach cd czy książeczkach sudoku, która znacznie odbiega od znanego nam kanonu, występującego przede wszystkim w powieściach czysto fantastycznych. Mimo to, tej także nie brakuje, dzięki czemu fani tradycyjnego gatunku będą usatysfakcjonowani.

Język w jakim została napisana jest lekki, przyjemny w odbiorze, a do tego niezwykle obrazowy. Mimo kojarzącej się z miastem szarości, autorka wiele razy odrywa się od tego stereotypu przedstawiając nam niesłychaną gamę barw, która zazwyczaj jest niedostrzegalna. Mimo swojego młodego wieku Catherine Webb potrafi znakomicie operować słowem pisanym wciągając nas bez reszty w tętniące magią miejskie ulice.

Książka mimo wielu zalet nie jest idealna, brakuje w niej, jak już wspomniałem, wątków pobocznych, a cała fabuła, choć długa i wciągająca czytelnika, jest zdecydowanie zbyt powierzchowna i przewidywalna. Matthew Swift także nienajlepiej sprawdził się w roli głównego bohatera, mimo niesłychanie ważnej roli jaką odgrywa, jest płytki i pozbawiony cech, dzięki którym zapadłby w pamięć pospolitemu czytelnikowi.

Podsumowując, jak wypadła autorka w „Szaleństwie aniołów”? Było to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością i z pełną odpowiedzialnością mogę je zaliczyć do udanych, przede wszystkim dlatego, że mimo prostej  fabuły, wszystko zostało odrobione z nawiązką, dzięki sposobie w jaki książka została napisana. Czy jest to tytuł który w najbliższym czasie zawładnie umysłami nastolatków? Przypuszczam, albo raczej jestem w pełni przekonany że nie. Największym ku temu powodem jest główny bohater, który w żaden sposób nie przyciąga uwagi czytelnika, a to właśnie on powinien być punktem kulminacyjnym całości. Mimo wszystko jest to powieść godna przeczytania, która zapewne wiele razy nie pozwoli nam oderwać się od jej stronnic.

* – Robert Bakker – jeden z bohaterów powieści

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

Reklamy

„Gladiatorka” – Russell Whitfield

17 stycznia 2011 9 Komentarzy

Tytuł: „Gladiatorka”

Autor: Russell Whitfield

Wydawnictwo:  Bullet Books

Liczba stron: 538

Data wydania:  2010

Ocena: 6,5/10

——————————

Podchodziłem do tego tytułu z ogromnymi nadziejami, wierzyłem że debiutancka książka Russella Whitfielda na jakiś czas pozwoli zapomnieć o teraźniejszości, przenosząc mnie na rzymskie areny rodem z filmu „Gladiator”. Powiadają że „nadzieja matką głupich”, a ja miałem się właśnie o tym przekonać.

„W czasach , kiedy Rzymem rządziła dynastia Flawiuszy, a tradycyjne walki gladiatorów coraz rzadziej zaspokajały apetyty rządnej krwi gawiedzi, na arenie pojawił się nowy rodzaj wojownika: gladiator-kobieta.”
Tak brzmi ogólnikowy opis na okładce książki. Powieść opowiada o jednej z kapłanek świątyni Ateny, która w skutek niefortunnego biegu wydarzeń trafiła jako niewolnica do szkoły gladiatorskiej. To właśnie pobyt w tym miejscu będzie dla niej przełomowym momentem w jej doczesnym życiu. Od dnia kiedy się tam pojawiła coś bezcennego – jej życie, zostało wycenione na kilka złotych monet. Od teraz przyjdzie jej walczyć o każdy kolejny wschód słońca. Czy, mogłoby się wydawać delikatna i pełna wiary kapłanka, da sobie radę w tak niekorzystnym dla niej otoczeniu?

Główną bohaterką powieści jest Lysandra, z pochodzenia Spartanka, będąca niegdyś kapłanką w świątyni Ateny. Wychowywana wedle agoge stała się niezwykle dumną, pyszną, a zarazem pewną siebie kobietą. Czy te cechy charakteru pomogą jej w walkach o własne życie?
Jako pospolity czytelnik pałałem do Lysandry jedynie dwoma uczuciami – niechęcią i współczuciem, które wzajemnie się ze sobą przeplatały. Nie było takiego momentu powieści w którym mógłbym szczerze powiedzieć że ją polubiłem. Jeżeli taki był zamysł autora – stworzyć bohaterkę która pod żadnym względem nie jest osobą pozytywną, to w pełni mu się to udało, choć jestem lekko zaskoczony takim posunięciem.
Lysandra, nie stroniąc od arogancji zyskuje sobie coraz to większą rzeszę wrogów, jednocześnie zdobywając poparcie wśród innych, bardziej cywilizowanych mieszkanek szkoły gladiatorskiej. Do końca nie rozumiem co kierowało zwolenniczkami Lysandry, bo jedynym powodem jaki dostrzegłem był strach, tudzież szacunek dla jej umiejętności. Gladiatorka nie jest osobą do towarzystwa, gdyż wykształcenie jakie posiadała, wedle jej osądu rzeczywistości, stawiało ją o kilka stopni wyżej w hierarchii społecznej niż innych.
Taką to rodzynkę wykreował dla nas pan Whitfield.

Świat przedstawiony w „Gladiatorce” zdaje się nie odgrywać żadnej, znaczącej roli. Autor nie podsuwa nam obrazów, nie opisuje aren czy miast, w których akurat odbywają się igrzyska. Trochę to dziwne, zwłaszcza że w tej sferze mógł pokazać swoją fascynację starożytną Grecją i Rzymem, a tak, musimy polegać wyłącznie na własnej wyobraźni.
Kolejnym rozczarowaniem były dla mnie sceny walki. Po opiniach na ostatniej okładce oczekiwałem czegoś niezwykle brutalnego (to słowo pojawiło się aż w trzech, na cztery opinie) i dynamicznego, a autor po raz kolejny oddaje sprawę w nasze ręce, dając zajęcie lekko zdezorientowanej już wyobraźni. Pojedynki toczą się w dość „skokowy sposób”, nie widzimy płynności akcji. Niekiedy dochodzi do tego, że autor, zaraz po rozpoczęciu walki przeskakuje do momentu, gdzie walczące gladiatorki obfitują już w poważne rany. Pytam, dlaczego?! Pojedynki powinny być sprawą nadrzędną, a po każdym kolejnym powinniśmy mieć ochotę na więcej, tymczasem możemy ich oczekiwać niczym rolnicy opadów deszczu w czasie suszy.

Książka podzielona jest na 56 rozdziałów, które występują po sobie chronologicznie, ale dzieląca je przestrzeń czasowa jest zróżnicowana.
Mimo to osobiście podzieliłbym ją w inny sposób, bardziej nieformalny. Otóż książka zawiera tak jakby dwie części, druga, zdecydowanie lepsza i bardziej „gladiatorska” i pierwsza, której lektura przypominała mi jakiś film dla dorosłych, bądź poradnik seksualny. Byłem lekko zszokowany, gdy pan Whitfield postanowił cały swój kunszt włożyć w opis seksualnych igraszek bohaterów. Co tam walki, co tam areny, wreszcie co tam cały świat starożytnej Grecji i Rzymu – najlepiej skupić się na erotyce. Wnioskuję że właśnie z takiego założenia wyszedł autor książki. Być może w pewien sposób napędzi to sprzedaż jego debiutanckiej powieści, ale z drugiej strony zdezorientuje czytelników głodnych wszystkiego co gladiatorskie. Nie powiem, w niektórych momentach czułem się lekko nie tyle zdegustowany, co zażenowany torami myślowymi pana Russella.
Książka absolutnie dla dorosłych!
Czego mi jeszcze brakowało? Przypisów. Autor niekiedy posługuje się łacińskimi zwrotami, które wypadałoby przetłumaczyć, a tak, jesteśmy zmuszeni, albo zignorować te cytaty (co znacząco nie wpływa na sens wypowiedzi), albo poszukać tłumaczenia w innych źródłach.

Mimo tych minusów są także aspekty godne pochwały. Przede wszystkim wydanie, które jest naprawdę ciekawe. Do tego na pierwszych stronach powieści widzimy rysunki kilku rodzajów uzbrojenia gladiatorek, dzięki czemu, gdy autor opisując wojowniczkę daje do zrozumienia że tym razem wystąpi ona jako „secutor”, możemy swobodnie wrócić do pierwszych stron i przyglądnąć się, jakże ten „secutor” wygląda.
Chociaż z drugiej strony prawie 35 zł, w kryterium cena/jakość nie wypada zbyt oszałamiająco. Kolejnym plusem jest główna bohaterka, bo pomimo swoich wad i niechęci jaką do niej czujemy, została wykreowana w fantastyczny sposób. Mimo różnych sytuacji, w których przyjdzie jej się znaleźć, nadal pozostaje tą samą zadziorną osobą, ani na chwilę nie odbiegając od przyjętej dla niej osobowości. Pozostałe bohaterki także posiadają indywidualne charaktery, wzbogacając tym samym lekturę powieści.
Na pochwałę zasługuje także fabuła, prowadzona w staranny i przemyślany sposób. Do końca powieści nie jesteśmy pewni losów bohaterek, a liczne zwroty akcji i poboczne wątki są w stanie zniwelować wszystkie drażniące nas dotychczas aspekty powieści. To właśnie ona jest głównym powodem dla którego warto nazwać ten tytuł ciekawym debiutem.

Podsumowując, przede wszystkim „Gladiatorka” jest książką zaskakującą, choć nie w taki sposób jaki by się tego oczekiwało. Mimo gamy możliwości, jakie daje świat starożytnej Grecji i Rzymu, autor najzwyczajniej w świecie, nie wykorzystał tego potencjału. Język którym się posługuje jest lekki, ale zdecydowanie mało obrazowy. Potyczki przez niego przedstawione świecą „pustkami opisowymi” w skutek czego, nie jesteśmy w stanie do końca wyobrazić sobie zamysłu autora.
Jak na debiut, nie jest źle, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

„Siewca Wiatru” – Maja Lidia Kossakowska

9 stycznia 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „Siewca Wiatru”

Autor: Maja Lidia Kossakowska

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 656

Data wydania:  2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Przyznam szczerze że było to moje drugie podejście do powieści pani Kossakowskiej. Jedyne co mogę zrobić to pluć sobie w brodę, dziwiąc się, dlaczego dotychczas jej nie przeczytałem.

Na okładce znajduje się intrygujący opis:
„Bóg umarł – stwierdził filozof.
A może odszedł? – zapytała Kossakowska.
I postawiła BezPańskie anielskie zastępy w obliczu Armagedonu”.

Maja Lidia Kossakowska – urodzona w 1972 roku, jest jedną z autorek publikujących swe powieści na łamach wydawnictwa Fabryka Słów. W 2007 roku otrzymała prestiżową nagrodę – „Śląkfę” – dla Twórcy Roku. W ostatnich dniach miałem okazję przeczytać jedną z jej najsłynniejszych książek, mianowicie, „Siewcę Wiatru”.

Powieść opowiada o zastępach niebieskich, które pewnego dnia zdają sobie sprawę że Pan ich opuścił. Pozostawione na pastwę losu, zmuszone są radzić sobie same. Pomysł na fabułę – idealny, lecz czy możliwości zostały w pełni wykorzystane? Królestwo niebieskie, którego głównymi zarządcami są archaniołowie, skupiało się dotychczas wokół Jasności. To ona było motorem ich poczynań i to jej zawdzięczali wszystko. Zajęci sobią i własnymi problemami, nie dostrzegli że pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zostali ogołoceni z najdroższego skarbu. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że nikt nie ma najmniejszego pojęcia co jest przyczyną takiego obrotu spraw. Jak w takiej sytuacji zachowają się skrzydlate osobowości? Czy wysłannicy Pana będą w stanie poradzić sobie bez jego wstawiennictwa? Czy osieroceni będą na tyle silni by stawić czoła ciemności? Złu, które gotowe jest zaatakować w każdej chwili i zniszczyć to co najpiękniejsze? Siewca Wiatru jest już na tyle silny, by móc, po raz kolejny zagrozić Królestwu…

Powieść napisana jest lekkim, ale jednocześnie bardzo obrazowym językiem. Autorka nie oszczędzała nam licznych opisów wykreowanego przez nią świata. Dzięki czemu czujemy się, jakbyśmy sami byli jednymi z jego mieszkańców. Znaczną uwagę przykłada do wyglądu bohaterów, począwszy od opisu strojów, przez twarze, aż do koloru tęczówek, które należą do najbardziej charakterystycznych cech zewnętrznych każdego z nich. Jeśli chodzi o wydanie, to Fabryka Słów jak zwykle wzniosła się na wyżyny. Wspaniałe ilustracje Dominika Brońka i Grzegorza Krysińskiego idealnie odzwierciedlają stworzony przez autorkę świat. Do tego dochodzi także fantastyczna okładka, w tym obraz jagnięcia na ostatniej stronie, widoczny jedynie pod światło. Na uwagę zasługuje również Glosa, znajdująca się na ostatnich kartach powieści, wyjaśniająca pochodzenie zarówno imion bohaterów, kast czy miejsc, pojawiających się w książce.

Głównymi bohaterami powieści są archaniołowie, w składzie: Gabriel (Regent Królestwa), Razjel, Rafael, Michał, po za tym panowie z Głębin, bądź jak kto woli z Piekła, tj. Lucyfer i Asmodeusz, do tego dochodzi także wiele innych postaci, pojawiających się w różnych wątkach powieści i słynny Daimon Frey (postać z okładki), Abbaddon, Burzyciel Starego Porządku, Tańczący na Zgliszczach, Anioł z Kluczem do Czeluści. Każdy z nich posiada indywidualny charakter, zależny zarówno od osobowości, jak i piastowanego stanowiska. Mimo swojego anielskiego pochodzenia zachowują się jak ludzie, co jest idealnym posunięciem autorki. Zamiast podniebnych świętych, gotowych śpiewać jedynie pieśni uwielbienia (choć takich także w powieści nie brakuje), widzimy aniołów, którzy są niesamowicie człowieczy. Są światłością Pana, ale nie przeszkadza im to w tym by grzeszyć, kłócić się, wszczynać burdy i klnąć. Nie stronią od używek (takich jak alkohol czy papierosy), a do tego zakochują się w ludzki sposób. Jednym słowem są nam zaskakująco bliscy i wyraźnie do nas podobni, zarówno w zaletach, jak i wadach.

Na uwagę zasługuje stworzony przez autorkę obraz nieba. Zamiast tysięcy białych chmurek i szczęśliwych aniołków, grających na harfach, widzimy normalne miasta: Królestwo (siedziba dobra) jest podzielona na pomniejsze nieba, od pierwszego do siódmego. Głębię, miejsce zakwaterowania „oficjalnych wrogów skrzydlatych”, czyli Lucyfera z całą jego świtą. Po za tym, autorka serwuje nam takie miasta jak Limbo, znajdujące się pomiędzy murami Królestwa, a otchłanią Głębi, będące siedliskiem wszelkiej niegodziwości, złodziejstwa, burdy i pijaństwa. Czy Sfery Poza Czasem, gdzie czas zwykł udać się na drzemkę i zapomnieć o swoim nieustającym biegu.

Dodatkowym atutem powieści jest jej wielowątkowość. Mimo głównej fabuły, którą de facto jest walka dobra ze złem, autorka przygotowała nam liczne, poboczne przygody. Dzięki czemu przyjdzie nam wybrać się na misję razem z Drago, jednym z żołnierzy oddziału Komando Szeol czy też zwiedzić Ziemię razem z byłym dowódcą Aniołów Miecza, Kamaelem.

Do minusów „Siewcy Wiatru” można zaliczyć niejednokrotnie dłużącą się fabułę, do tego brakuje zaskakujących zwrotów akcji, które zapewne wzbogaciłyby przyjemność z czytania.

Chcąc podsumować książkę jednym zdaniem, można powiedzieć, że „Siewca Wiatru” ma zapewnione miejsce w kanonie polskiej fantastyki. Obok niesłychanie fascynującego i zarazem niezwykle bogatego świata, mamy do czynienia z dość nietypowym obrazem Sług Pana. Powieść, która jednoznacznie kojarzy się nam z odwieczną walką dobra ze złem, pełna jest licznych, pomniejszych wątków, w tym romansu, kryminału czy choćby dramatu. Autorka niesłychanie dynamicznie przedstawiła wszelkie sceny batalistyczne, których mamy pod dostatkiem, nie stroniąc od ścielących się gęsto trupów.

Jednym słowem – polecam.

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

Stosik #2

8 stycznia 2011 14 Komentarzy

Współpraca z FantasyBookiem przynosi pierwsze efekty, po za tym standardowa wizyta w bibliotece publicznej 🙂

Pozycje, od dołu:

1. Tytuł: „Miasto Kości”

Autor: Cassandra Clare

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Szczerze powiedziawszy nie miałem jej na liście do wypożyczenia, ale w skutek licznych braków wybranych przeze mnie tytułów, pomyślałem, że warto sięgnąć po powieść pani Clare. Nie czytałem, nie oglądałem „Zmierzchu” ale trzymam się od niego z daleka, mam nadzieję że wypowiedź autorki tej sagi, znajdujący się na stronie tytułowej nie oznacza że to będzie książka typowo dla nastolatek.

2. Tytuł: „Gladiatorka”

Autor: Russell Whitfield

Wydawnictwo: Bullet Books

Ode mnie: Wygrana na portalu FantasyBook !! Jestem strasznie szczęśliwy, że wreszcie udało mi się coś wygrać i to tak atrakcyjnego!:)  W tym miejscu pozdrawiam całą ekipę FantasyBooka!

3. Tytuł: „Szaleństwo Aniołów” (egzemplarz recenzencki)

Autor: Kate Griffin

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Ta niepozorna książka to prezent od wymienionego już portalu (tj. FantasyBook), za który równie gorąco dziękuję i obiecuję wznieść się na wyżyny swych możliwości recenzując ten tytuł.

4. Tytuł: „Prawda”

Autor: Terry Pratchett

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ode mnie: Szczerze powiedziawszy w bibliotece polowałem na „Morta” i „Kosiarza”, ale lepsza „Prawda” niż nic 😉

5. Tytuł: „Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”

Autor: C. S. Lewis

Wydawnictwo: Media Rodzina

Ode mnie:  Tak naprawdę to książka brata, już nie pamiętam gdzie ją dostał. Od jakiegoś czasu leżała zapomniana na półce, a w skutek ostatnich poszukiwań czegoś do czytania, przypadkiem się na nią natknąłem 🙂

Pozdrawiam 🙂

Kategorie:Stosiki, Wszystko Tagi: ,

„Paragraf 22” – Joseph Heller

4 stycznia 2011 16 Komentarzy

Tytuł: „Paragraf 22”

Autor: Joseph Heller

Wydawnictwo:  Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 489

Data wydania:  1990

Ocena: 9,5/10

——————————

Czy książka potrafi rozbawić do łez? Potrafi.

Czy książka potrafi zmusić do myślenia? Potrafi.

Czy książka potrafi zaskakiwać czytelnika każdą kolejną stroną? Potrafi.

Czy „Paragraf 22” zalicza się do tego typu książek? Tak

Czy „Paragraf 22” jest wolny od wad? Niestety nie.

Książka pt. „Paragraf 22” opowiada o jednostce amerykańskich bombardierów, którzy w czasie trwania wojny przebywają na wyspie Pianosa, znajdującej się na Morzu Śródziemnym. Jak wyjaśnia autor na pierwszej stronie: „[…]Jest bardzo mała i oczywiście nie mogły się na niej pomieścić wszystkie wydarzenia opisane w książce. Podobnie jak miejsce akcji, również wszystkie osoby są fikcyjne.” Ich zadaniem są ciągłe ataki powietrzne na terytorium Włoch. Jej autorem jest Joseph Heller, amerykański pisarz, urodzony w 1923 roku, największą sławę przyniósł mu wspomniany już „Paragraf 22”. Tyle tytułem wstępu.

Jest napisana lekkim i przyjemnym językiem, a przez cały czas lektury nieodłącznie towarzyszy nam absurd i czarny humor. Wertując kolejne strony z coraz większym zaskoczeniem dowiadujemy się o zwyczajach, historii czy poglądach danych bohaterów, a kolejne wątki, których jest mnóstwo nie pozwalają nam oderwać się od lektury. Całość podzielona jest na 42. rozdziały, z których każdy zatytułowany jest imieniem, bądź pseudonimem osoby, o której będzie w nim mowa.

Głównym bohaterem powieści jest niejaki Yossarian, którego to poznajemy zaraz na początku, gdy z kilkoma innymi żołnierzami przebywa w tamtejszym szpitalu, chcąc wymigać się od czynnej służby. Yossarian należy do tego typu osób, które w skutek swojego sposobu bycia znajdują się w centrum zainteresowania, mimo tego iż przez cały czas po prostu są sobą. Jedyną cechą która odróżnia go od pozostałej grupy, jest normalność. „Yo-Yo”, bo tak jest nazywany przez przyjaciół, jako jedyny dostrzega niebezpieczeństwo płynące z ciągłych lotów i podnoszenia wymogu odbytych wypraw (którego to przekroczenie, wedle przyjętych reguł, powinno pozwolić na powrót do ojczyzny) przez niejakiego pułkownika Cathcart’a. Yossarian od początku książki na wszelki dostępny sposób próbuje otrzymać pozwolenie na natychmiastowy powrót do kraju, niestety na przeszkodzie stoi tytułowy „Paragraf 22”. O czym mówi tytułowy paragraf? Wbrew pozorom nie jest to taka prosta sprawa, w celu odnalezienia odpowiedzi na to pytanie odsyłam do lektury. Po za Yossarianem, poznajemy masę bohaterów, którzy to ciągle przewijają się przez fabułę odkrywając przed nami kolejne karty ze swojego życia.

Co takiego ma w sobie „Paragraf 22” że potrafi przyciągnąć czytelnika mimo swojego „dojrzałego” wieku? Zapewne aktualność zawartych w nim treści. Autor pokazuje nam żołnierzy jako ludzi z krwi i kości. Widzimy w ich oczach strach, niechęć do wykonywania rozkazów, lubieżność i wiele innych wad. Oczywiście przeplatanych jednocześnie z zaletami, których także im nie brakuje.

W sytuacji zagrożenia życia, do której zapewne należy stacjonowanie w jednostce pułkownika Cathcarta, nie omieszkają się oszukiwać i szukać wszelkich dostępnych sposobów by w jakiś sposób uwolnić się od obowiązku wykonywania rozkazu, którym zazwyczaj jest bombardowanie najpilniej strzeżonych miejsc we Włoszech. Do takich osobistości należy przede wszystkim opisywany już Yossarian, który w sprawach krętactwa i kombinowania jest niedoścignionym mistrzem, a wszelkie przejawy niesubordynacji dotychczas uchodzą mu płazem.

Zapewne największą zaletą powieści jest potężna dawka czarnego humoru i szczerzący się do nas z każdej kolejnej strony absurd. Absurd, który w niektórych sytuacjach doprowadza nas do granic całkowitego zaplątania z pogmatwaniem, zmuszając jednocześnie do głębszej analizy danego fragmentu. Czy w książce zdominowanej przez humorystyczne sceny zabrakło miejsca dla innych, czasem zupełnie odmiennych konwencji? Otóż nie, aczkolwiek nawet one przedstawione są w dominującym świetle absurdu. Tak np. razem z Yossarianem zastanawiamy się dlaczego Bóg stworzył m.in. próchnicę, współpracując z tamtejszym kapelanem próbujemy znaleźć odpowiedź gdzie jest niebo, bądź dyskutujemy z Natelym o ojczyźnie i patriotyzmie. Te i wiele innym wątków pozwalają nam na chwilę odetchnąć od głównej fabuły i spojrzeć na niektóre współczesne problemy z zupełnie odmiennej, nieznanej nam dotychczas perspektywy.

Jak wspomniałem na wstępie, książka mimo wszystko nie jest wolna od wad. W wydaniu jako takich się nie doszukałem, być może po za jedną, czy dwoma literówkami. Jeżeli zaś chodzi o całokształt, to w pewnym momencie odczuwamy przesyt. Nie tyle samym biegiem wydarzeń co absurdalnymi dialogami. Niejednokrotnie mamy do czynienia z identycznym schematem, tzn. dostajemy taki sam szablon dialogu, którego źródło rozbawienia jest niemal identyczne jak wszystkich pozostałych, z tą różnicą że zostało one ubrane w inne zdania. Jednym słowem, co za dużo to nie zdrowo. Owszem, autorowi do końca nie zabrakło świeżych pomysłów i często zaskakuje nas nowym obrazem humoru, co zaś tyczy się wspomnianych schematycznych dialogów – można by było skrócić ich liczbę o połowę, bo w drugiej części powieści po prostu nużą, serwując nam ten sam coraz mniej zabawny „odgrzewany kotlet”.

Podsumowując, „Paragraf 22” należy do tego typu książek, których przekaz, mimo wszechobecnego żartu, jest nadal aktualny i potrafi pociągnąć za sobą czytelnika. Joseph Heller zaserwował nam niebywałą dawkę humoru, który niejednokrotnie rozśmiesza nas do łez, tym samym miażdżąc, nie zawaham się użyć tego słowa, takie popularne humorystyczne powieści z naszego kraju jak cykl opowiadań o Jakubie Wędrowyczu. Być może nie jest to najlepsze porównanie, ale niektórym uzmysłowi jak dalece posunął się Heller w swojej książce.

Jeżeli nie wiecie jak można skupować jajka po 7 centów i sprzedawać je z zyskiem po 5 centów, to zachęcam do poznania Mila Minderbindera, jednego z bohaterów powieści.

Polecam, pozycja obowiązkowa.