Strona główna > Fantastyka, Fantastyka zagraniczna, Opinie, Urban Fantasy > „Szaleństwo aniołów” – Catherine Webb

„Szaleństwo aniołów” – Catherine Webb

Tytuł: „Szaleństwo aniołów”

Autor: Catherine Webb

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 560

Data wydania:  2011

Ocena: 7/10

——————————

„Magia to życie” – napisał w jednym z artykułów Robert Bakker*.

„Magia nie jest życiem. Życie jest magią.” – odpowiedziały Niebieskie Anioły.

„Szaleństwo aniołów” to powieść fantastyczna, rozgrywająca się w realiach współczesnej Wielkiej Brytanii, co zalicza ją do podgatunku fantastyki zwanego Ubran Fantasy. Jej autorką jest Catherine Webb, młoda pisarka specjalizująca się w literaturze dla młodzieży. Jak wypadła w swej najnowszej powieści? Czy jest to tytuł który w najbliższym czasie zawładnie umysłami nastolatków? Na te i na inne pytania, postaram się wkrótce odpowiedzieć.

Jak już wspomniałem fabuła dzieje się na Wyspach Brytyjskich, a dokładniej w środowisku miejskim, pełnym tłoku, szumu rozmów, pracy silników, spalin samochodowych, dźwięków telefonów komórkowych, stukotu podziemnego metra i „śpiewu elektryczności”. W tym to właśnie miejscu przyjdzie poruszać się głównemu bohaterowi. Pewnego dnia budzi się on na podłodze jednego z mieszkań, mając wrażenie że jego ciało jest tylko i wyłącznie bezwładną masą, która w skutek bólu, nieskora jest do jakiegokolwiek ruchu. Chciałby spokojnie zebrać myśli, lecz natarczywy głos w jego umyśle nieustannie powtarza: „uciekajuciekajuciekaj…”. Mimo tak intrygującego prologu nie jest to ani mrożący krew w żyłach dreszczowiec, ani intrygujący kryminał, a po prostu opowieść o „Czarnoksiężniku w wielkim mieście”.

Głównym bohaterem książki jest Matthew Swift, znany w ówczesnym świecie czarnoksiężnik. Człowiek trochę…bez wyrazu. Ciężko jednoznacznie stwierdzić czy jest to bohater w pełni pozytywny, ponieważ jego losy są ściśle związane z dość nietypowymi osobnikami, które charakteryzują się jedynym w swoim rodzaju światłem, które mimo swego tradycyjnego pochodzenia nie do końca jest w pełni jasne i czyste. Swift będzie zmuszony odbyć długą wędrówkę, podczas której niejednokrotnie będzie walczył o własne życie. Autorka w dość zaskakujący sposób przedstawiła nam głównego bohatera ograniczając jego cechy charakteru. Jednym słowem możemy go zaliczyć do „pospolitych szaraków” (oczywiście przymykając oko na posiadane przez niego magiczne zdolności), nie wyróżniających się z tłumu, podobno właśnie o to chodzi w profesji czarnoksiężnika. Mimo to, jest w nim jeden aspekt który potrafi przyciągnąć uwagę, mianowicie rozgrywająca się w jego umyśle walka osobowości, nie powiem nic więcej, by nie zdradzać szczegółów.

Sama fabuła jest prostolinijna i dotyczy tylko i wyłącznie „krucjaty Swifta”, która to, napędza cały mechanizm następujących po sobie zdarzeń. Mimo licznych przygód i spotkań z nietuzinkowymi ludźmi, brakuje w niej pobocznych wątków, podczas których czytelnik mógłby choć na chwilę oderwać się od głównego nurtu książki. Całość utrzymana jest w wielkomiejskich realiach, gdzie każdy element tętniący życiem przepełniony jest magią. Autorka w znakomity sposób wplotła w ramy powieści „magiczne miejskie bóstwa”, takie jak Król Żebraków, Bezdomna, Lord Samotnych Podróży i wielu, wielu innych, między innymi liczne organizacje, zrzeszające specyficznych członków magicznej społeczności, którzy dodają uroku przedstawionemu nam miejskiemu obrazowi. Dodatkowo w „Szaleństwie aniołów” widzimy „współczesną magię”, niejednokrotnie opierającą się na farbach w sprayu, płytach cd czy książeczkach sudoku, która znacznie odbiega od znanego nam kanonu, występującego przede wszystkim w powieściach czysto fantastycznych. Mimo to, tej także nie brakuje, dzięki czemu fani tradycyjnego gatunku będą usatysfakcjonowani.

Język w jakim została napisana jest lekki, przyjemny w odbiorze, a do tego niezwykle obrazowy. Mimo kojarzącej się z miastem szarości, autorka wiele razy odrywa się od tego stereotypu przedstawiając nam niesłychaną gamę barw, która zazwyczaj jest niedostrzegalna. Mimo swojego młodego wieku Catherine Webb potrafi znakomicie operować słowem pisanym wciągając nas bez reszty w tętniące magią miejskie ulice.

Książka mimo wielu zalet nie jest idealna, brakuje w niej, jak już wspomniałem, wątków pobocznych, a cała fabuła, choć długa i wciągająca czytelnika, jest zdecydowanie zbyt powierzchowna i przewidywalna. Matthew Swift także nienajlepiej sprawdził się w roli głównego bohatera, mimo niesłychanie ważnej roli jaką odgrywa, jest płytki i pozbawiony cech, dzięki którym zapadłby w pamięć pospolitemu czytelnikowi.

Podsumowując, jak wypadła autorka w „Szaleństwie aniołów”? Było to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością i z pełną odpowiedzialnością mogę je zaliczyć do udanych, przede wszystkim dlatego, że mimo prostej  fabuły, wszystko zostało odrobione z nawiązką, dzięki sposobie w jaki książka została napisana. Czy jest to tytuł który w najbliższym czasie zawładnie umysłami nastolatków? Przypuszczam, albo raczej jestem w pełni przekonany że nie. Największym ku temu powodem jest główny bohater, który w żaden sposób nie przyciąga uwagi czytelnika, a to właśnie on powinien być punktem kulminacyjnym całości. Mimo wszystko jest to powieść godna przeczytania, która zapewne wiele razy nie pozwoli nam oderwać się od jej stronnic.

* – Robert Bakker – jeden z bohaterów powieści

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

Reklamy
  1. 25 stycznia 2011 o 22:05

    Mnie jakoś ta książka nie ciągnie. Mam ostatnio tak wyselekcjonoweną masę książek, że na tytuły niepewne jak ten, po prostu nie mam czasu:)
    Chciałem zaznaczyć, że coraz lepiej piszesz!:) Tak trzymać:) Takich recenzji moim zdaniem potrzeba na blogach:)

    • 25 stycznia 2011 o 22:28

      Po ostatnich stosach jakie opublikowałeś, ciężko jakąkolwiek książkę wepchnąć w Twoją kolejkę do czytania 🙂
      Swoją drogą „Szaleństwo aniołów” czytałem nie mając zielonego pojęcia o czym jest ta książka (tzn. egzemplarz recenzencki – brak opisu na okładce, a celowo nie szukałem go w sieci) i przyznam że to dość ciekawy sposób lektury 🙂

      p.s.Dzięki za miłe słowa, staram się jak mogę 🙂

  2. 26 stycznia 2011 o 13:00

    Trochę się obawiam, że po wielkiej modzie (głównie wśród debiutantów właśnie) na wampiry powoli następuje moda na anioły. Bardzo bym tego nie chciała.
    Pablo ma rację – coraz lepiej piszesz 🙂 Z wielką przyjemnością mi się czyta 🙂

  3. 26 stycznia 2011 o 20:01

    Popieram przedmówców 🙂
    A Arsenkę dodatkowo jeszcze z tą modą na Anioły… 😉
    Jeśli spodobało Ci się urban fantasy być może spodobałoby Ci się Nigdziebądź Gaimana? (tam też jest anioł…) Polecam i książkę i autora 🙂

  4. 26 stycznia 2011 o 21:43

    @Arsenka – miejmy nadzieję że „moda na anioły” jest tylko chwilowym zjawiskiem, nie chciałbym by na półki wchodził coraz to „nowszy” odgrzewany kotlet w tej tematyce. Będąc pesymistą można powiedzieć że z każdym kolejnym rokiem ubywa nietuzinkowych stworzeń fantastycznych.

    @Magda – „Nigdziebądź” od dawna jest na mojej liście, ale jako że nie ma go w bibliotece, jestem „zmuszony” kupić, a pod tym względem mam na celowniku inne, bardziej priorytetowe tytuły 🙂

    @Wszyscy – dziękuję za miłe słowa 😉

  5. 27 stycznia 2011 o 14:18

    Ja również podłączę się to pochwał pod Twoim adresem. Świetna recenzja 😀 Chciałbym tak pisać i mieć takie spojrzenie na książki 🙂

    Co do Szaleństwa – jakoś nie bardzo mnie ciągnie do Urban fantasy … może kiedyś się skuszę. Na razie mam na horyzoncie dużo smakowitych tytułów, do których śpieszno mi bardziej 😉

    • 27 stycznia 2011 o 22:27

      @Enedtil – Bądźmy szczerzy, piszesz znacznie lepiej 🙂
      Co do samego tytułu, to sam bym po niego nie sięgnął, ale otrzymawszy go w prezencie wypadało przeczytać 🙂 W żadnym wypadku nie uważam iż był to czas stracony 🙂 Dobra książka dla oderwania się od samych sławnych powieści 😉

      • 4 lutego 2011 o 18:25

        Nie słodź 😉

        Ja ostatnio na „oderwanie” dawkuję sobie po raz kolejny Dożywocie 😉 Dobre to to, że aż miło. Mam nadzieję, że niedługo uda Ci się je dorwać w bibliotece 🙂

  6. 4 lutego 2011 o 20:38

    Nie słodzę, mówię jak jest 🙂
    Też mam taką nadzieję, bo gdy opowiedziałem o tej książce Ukochanej, po raz pierwszy zauważyłem co to znaczy prawdziwy „książkowy głód” 😛
    Wygląda na to, że skrupulatnie odkładane studenckie pieniążki, zamiast na Wegnera pójdą na rzecz Lichotki 😛

  7. 5 lutego 2011 o 11:49

    Powiem Ci szczerze, że w tym momencie mnie zagiąłeś i nie jestem w stanie Ci powiedzieć, na którą pozycje lepiej wydać uciułane pieniążki. Brać obie i tyle 😉

    • 5 lutego 2011 o 21:12

      Nie wątpię, zwłaszcza po tak pochlebnych recenzjach 🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: