Archiwum

Archive for Luty 2011

„Młot na czarownice” – Jacek Piekara

26 lutego 2011 11 komentarzy

Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom 2

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 368

Data wydania:  2007

Ocena: 5/10

——————————

„„Młot na czarownice” to przeredagowane i uzupełnione wznowienie tomu opowiadań o inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Czekają go wyzwania, zagadki i zmagania z wiedźmami i demonami oraz często gorszymi od nich heretykami i bluźniercami. Czy aby przetrwać, wystarczą: żarliwa wiara, stalowe nerwy i ostry niczym brzytwa umysł?” Taki brzmi krótki i niewiele mówiący na temat samej powieści opis. Jak możemy wywnioskować z trzech pierwszych słów, dotyczy on książki pt. „Młot na czarownice”, drugiego tomu sławetnego cyklu inkwizytorskiego Jacka Piekary. Autora poczytnego, twórcy i redaktora dwumiesięcznika „Fantasy” oraz znanego przede wszystkim maniakom gier komputerowych dziennikarza ukrywającego się pod pseudonimem Randall. Czy w kolejnym tomie powieści znajdziemy powiew świeżości, czy też Mordimer w żaden sposób nie uległ zmianie względem pamiętnego obrazu z pierwszego tomu (tj. „Sługa boży”) ?

Książka, podobnie jak jej poprzedniczka, składa się z kilku luźno powiązanych ze sobą opowiadań, a jedyną cechą łączącą te historie jest postać głównego bohatera i „tematyka” w której ów mężczyzna się porusza.

Opowiadanie numer jeden zatytułowane „Ogrody pamięci” niejako odsłania przed nami fragment przeszłości Madderina, gdy ten będzie zmuszony rozwiązać zagadkę pojawienia się u pewnego chłopca stygmatów. W drugim „Młot na czarownice” nasz uniżony sługa przebywający u swego przyjaciela burgrabiego postara się wyjaśnić przyczynę dziwnych zjawisk związanych z publiczną egzekucją jednego ze skazańców. Kolejne z nich „Mroczny krąg” dotyczy dość delikatnej sprawy za której załatwienie odpowiedzialny jest nie kto inny jak licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu, a samo zlecenie wyjdzie właśnie od wspomnianego tutaj Jego Ekscelencji. W „Wężu i gołębicy” Mordimer będzie wyjaśniał plebejskie wierzenia w wampiry, których istnienie negują wszyscy, a szczególnie uniżeni inkwizytorzy. Ostatnie z nich  pt. „Żar serca” wciągnie Madderina w dość niespotykaną sieć intryg z której by się wyplątać konieczne będzie postawienie na szali nie tyle swojej licencji, co życia. Tak mniej więcej rysuje się całokształt książki, która niestety w żaden sposób nie potrafiła na dobre przykuć mojej uwagi.

Chcąc być wyjątkowo niemiły można to zilustrować za pomocą znanej wszystkim gry „szubienica”, na której powinien zawisnąć „Młot na czarownice” razem z zacnym inkwizytorem. Pierwsze kreski, podstawa – postać głównego bohatera. W pewnym sensie rozumiem że Mordimer miał się nam jawić jako bicz boży, miecz aniołów, niszczyciel grzechu i można by tak długo, tyle że zamiast skrupulatnego inkwizytora, skupionego przede wszystkim na swoim fachu, otrzymaliśmy cynicznego, pysznego, pozbawionego skrupułów i poczucia humoru mężczyznę, albo trafniej byłoby powiedzieć chełpiącego się swym stanowiskiem podrostka. Odnoszę nieodparte wrażenie że mimo wszystko głównym powodem wykonywania poszczególnych zleceń była chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Kolejne kreski, „ramię szubienicy” – „wasz uniżony sługa”, „moi mili” itd. Każdy kto czytał zarówno pierwszy jak i drugi tom (być może w kolejnych uległo to diametralnej zmianie) zauważa że autor nie stroni od używania tych słów, które po n-tym razie działają na czytelnika jak płachta na byka. Przypuszczam że dalsze rozwijanie tej myśli nie jest konieczne. Ostatnie kreski i pętelka, sznur – Opowiadania nie zapadają w pamięć, wydają się niesłychanie płytkie, a czytając je nie potrafiłem choć na chwilę poczuć się jakbym brał w nich czynny udział. Zamiast wprowadzać nas w świat w którym Chrystus zstąpił z krzyża i ukarał zbrodniarzy, jesteśmy jedynie biernymi widzami dla których sama fabuła jest niewiele bardziej intrygująca od programu telewizyjnego (przepraszam za sformułowanie). Kolejnym aspektem jeśli chodzi o opowiadania jest dziwne wrażenie że zostały one „zlepione” w tom bez większego przemyślenia tego działania, w co drugim z nich dowiadujemy się iż Kostuch ma niebywałą pamięć, a Mordimer mimo swego fachu zna się co nieco na medycynie i jest dosyć sprawny fizycznie, a przecież wystarczyłoby raz o tym wspomnieć, a następnie kontynuować fabułę bez zbędnego „umilania” nam przyjemności z czytania.

Mimo tego dość niepochlebnego akapitu wypada wspomnieć o argumentach przemawiających na korzyść powieści. Przede wszystkim język, mimo dość płytkich opowiadań pan Piekara potrafi w niesłychany sposób operować poprawną polszczyzną. Szkoda tylko, że sposób w jaki pisze jest mało obrazowy, co jednak udaje mu się nadrobić skrupulatną dbałością o szczegóły (m.in. emocje bohaterów). Na pochwałę zasługują również ilustracje Dominika Brońka, który już wcześniej urzekł mnie pracami opublikowanymi w „Siewcy Wiatru”, szkoda tylko że inicjały na początku każdego opowiadania są łudząco podobne do tych ze wspomnianego przeze mnie tytułu autorstwa pani Kossakowskiej.

Podsumowując, „Młot na czarownice” rozczarował mnie praktycznie pod każdym względem, to co urzekło mnie w pierwszej części (choć nie do końca pamiętam wszystkie powody tak wysokiej oceny –  dziwne?) tutaj było tylko ledwie dostrzegalnym tłem. W „Słudze bożym” brutalność wręcz emanowała z każdej kartki,  zaś w „Młocie…” jest jej tyle co „kot napłakał”. Mam nieodparte wrażenie że drugi tom cyklu inkwizytorskiego jest książką napisaną bez większego nie tyle przekonania, co pomysłu, a sam Mordimer z każdym kolejnym opowiadaniem daje się nam we znaki, tym samym coraz bardziej nas irytując.

Jedynie dla zagorzałych fanów cyklu.

„Droga Cienia” – Brent Weeks

22 lutego 2011 18 komentarzy

Tytuł: „Droga Cienia”

Cykl: Anioł Nocy tom 1

Autor: Brent Weeks

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 576

Data wydania:  2009

Ocena: 7/10

——————————

Jak to mam w zwyczaju na wstępie zacytuję okładkowy opis, by w pewien sposób nakreślić wam  fabułę:

„Merkuriusz żyje z dnia na dzień, walcząc o przetrwanie. Jako szczur z ulicy wychował się w slumsach i nauczył szybko oceniać ludzi. I podejmować ryzyko – na przykład zgłaszając się na ucznia do Durzo Blinta. Jednakże, by zostać przyjętym do terminu, Merkuriusz musi porzucić swoje dawne życie i przyjąć nową tożsamość. Jako Kylar Stern nauczy się poruszać w świecie zabójców – w świecie niebezpiecznych polityków i dziwnej magii. A przede wszystkim rozwinie talent do zabijania.” . Tak pokrótce rysuje się scenariusz „Drogi Cienia”, książki sporych rozmiarów, wielu pomysłów, niezliczonych zwrotów akcji i ogólnego przepychu który niekiedy przekracza granicę przyzwoitości, tym samym otwierając furtkę dla błędów. Jej autorem jest niejaki Brent Weeks, debiutant, jeśli chodzi o dorobek literacki. Jak zatem wypadła jego debiutancka powieść? Czy wśród wielu nowych autorów zasługuje na zainteresowanie?

Sam pomysł jest trochę sztampowy, chłopak ze slumsów, brudny, smutny i wiecznie dostający w kość, pewnego dnia postanawia zmienić swoje życie. Zawiły los tak chciał, że zostaje czeladnikiem u najznakomitszego zabójcy, żywej legendy, największego artysty w swoim fachu. „Od zera do bohatera”, znany wszystkim motyw aż bije z każdej kolejnej kartki powieści. Mimo tego postanawiamy dać szansę początkującemu pisarzowi i wgłębiamy się w fabułę, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. Początek, jak to zwykle bywa z tą częścią książki, powoli buduje napięcie i tutaj jest podobnie, tyle że w niektórych momentach autor wręcz „bombarduje” nas gradem informacji, które po przeczytaniu wydają się nie mieć większego znaczenia dla treści lektury. Przebiwszy się przez tę „masę tekstu”, zaczynamy na poważnie wchłaniać atmosferę wykreowanego przez Weeksa świata. Widzimy brud, brutalność i wszechobecne zło, zamiast wykwintnych pałacowych dań i lśniących mieczy w zbrojowni, widzimy choroby, cierpienie i głód walczących o przetrwanie dzieci. Gildie, bo tak oficjalnie nazywają się ich zrzeszenia, walczą o terytoria i przetrwanie każdego dnia. Tak też poznajemy głównego bohatera powieści, niejakiego Merkuriusza, chłopaka odznaczającego się dobrocią i opiekuńczością, jeśli można przyjąć że takie cechy istnieją w Norach (dzielnice biedoty). Skupmy się teraz na przedstawionym przez autora świecie. Cenaria, bo taką nazwę nosi miasto w którym odbywa się większa część akcji, należy do dość sporych powierzchniowo miejsc (dlatego wspaniałym dodatkiem byłaby jakakolwiek mapka) w którym to dobro przeplata się ze złem. Istnieją dzielnice zarówno bogatych, jak i biednych, ludzi dobrych i typów spod ciemnej gwiazdy. Jednym słowem „siedlisko przeciwności” pełne zła i intryg.

Jest wiele powodów dla których książka może być nazwana dobrym debiutem, przede wszystkim sama fabuła, której towarzyszą liczne, niekiedy wręcz powalające z nóg zwroty akcji. Do tego dochodzi także obraz życia skrytobójców, opis ich fachu, przygotowań do każdego zadania i przede wszystkim morderczych treningów. Weeks nie stroni od szczegółów uzbrojenia, receptur trucizn czy pułapek. Dzięki tym zabiegom niekiedy czujemy się jak adepci sztuki zabijania, siedzący na jednym z wykładów dotyczących omawianego problemu związanego z uczonym się przez nas zawodem. Jest jednak pewien szkopuł, jak napisał George R.R. Martin w „Podziękowaniach” na jednej z ostatnich stron „Gry o Tron”:

„Mówią, że diabeł tkwi w szczegółach. Powieść takich rozmiarów zawiera w sobie wiele diabłów, które mogą dać o sobie znać, jeśli nie będziecie uważać[…]”

Czytając jakiś czas temu wspomnianą powieść Martina nie mogłem powstrzymać się od porównań, wbrew pozorom w wielu elementach (mimo zupełnie odmiennej fabuły) książki były podobne, z tą drobną różnicą że u pana Georga wszystko było uporządkowane i mimo licznych zwrotów akcji kolejne „nowinki” dopasowywały się do układanki, tworząc wspaniały, wręcz misterny plan, kreowany od samego początku. U Weeksa tego nie doświadczyłem, miałem wrażenie że autor mimo osiągnięcia apogeum „zakręcenia z pokręceniem”, postanowił dalej brnąć w tym temacie i zaserwował nam jeszcze kilka nowinek, które zamiast wbić nas w podłogę, spowodowały powątpiewanie odnośnie racji autora. Być może jest to kwestia doświadczenia, podobnie jak skrytobójca musi odmierzyć odpowiednie dawki ziół do trucizn, tak samo autor musi zadbać by ilość wszystkich elementów powieści była w stanie idealnym. Przypuszczam że pan Brent w najbliższym czasie nabierze „doświadczenia” i będzie w pełni kontrolował „tkwiące w szczegółach diabły”.

Sam język powieści jest troszkę „drewniany” (przepraszam za określenie), nie wiem czy to z przyczyny autora, czy też tłumacza, niejednokrotnie nie miałem zielonego pojęcia co takiego wykonywali bohaterowie, bo opis ich czynności zamiast ułatwiać wyobrażenie danej akcji, potrafił, przekształcając to na opis matematyczny, działanie opierającego się na dodawaniu i odejmowaniu, sprowadzić do postaci całek i różniczek.  Niektóre czynności były tak zawiłe że niejednokrotnie zmuszony byłem oderwać wzrok od kartek, by zdać sobie sprawę gdzie jest góra, a gdzie dół.

„Trening czyni mistrza” i tyle.

Wypada także wspomnieć że wydanie posiada wiele literówek, jak również niektóre zdania (nie wiem z czyjej winy) nie mają najmniejszego sensu logicznego.

Podsumowując, „Droga Cieni” należy do debiutów z którymi warto się zapoznać, mimo banalnego pomysłu, autor był w stanie zachęcić czytelnika i porwać całą jego uwagę w świat Cenarii, rządzony intrygami i pieniądzem. Jeżeli myśleliśmy że są książki, które poprzez „oklepany pomysł” nie są w stanie niczym nas zaskoczyć to jesteśmy w błędzie. Jak już wspomniałem, opowieść o Merkuriuszu pełna jest zwrotów akcji i to one wysuwają się na czoło elementów zasługujących na uwagę. W porównaniu z niektórymi debiutami, „Droga Cienia” w pełni zalicza się do tych udanych.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]


„Brudnopis” – Sergiej Łukjanienko

12 lutego 2011 23 komentarze

Tytuł: „Brudnopis”

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 368

Data wydania:  2008

Ocena: 9,5/10

——————————

Zazwyczaj głównym powodem dla którego sięgamy po wybraną książkę jest opis na jej odwrocie. Nie inaczej było w tym przypadku: „Dwudziestokilkuletni Kirył Maksimow, menadżer w firmie komputerowej, właściciel skromnej kawalerki i psa wraca pewnego dnia do domu i zastaje  tam…nieznajomą kobietę. Po pewnym czasie rodzice Kiryła zaczynają utrzymywać, że nie mają syna o tym imieniu, przyjaciele cierpią na zanik pamięci, nawet ludzie, którzy rozmawiali z nim przed pięcioma minutami nie pamiętają go, jakby natychmiast usuwano im wspomnienia…”. Przeczytawszy ten fragment w głowie rysuje się nam scenariusz rodem z „Gry” Davida Finchera. Pytamy sami siebie co to wszystko ma znaczyć? Gdzie tu logika i gdzie leży podłoże tych dziwnych zjawisk? Bez chwili zawahania bierzemy w ręce powieść Łukjanienki i rozpoczynamy pasjonującą lekturę, która podobnie jak w przypadku Kiryła, oderwie nas od rzeczywistości, z tą różnicą że tym razem to my zapomnimy o wszystkim co nas otacza.

„Brudnopis” to jedna z najbardziej znanych powieści rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki, cenionego przede wszystkim za cykl „Patroli” („Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” i „Ostatni patrol”). Autor przenosi nas do Moskwy na przełomie XX i XXI w której przyszło egzystować głównemu bohaterowi. Mężczyźnie, którego życie zaczyna przybierać zupełnie niespodziewany obrót, a wszystkie sytuacje które go spotykają mogą kojarzyć się jedynie z najgorszym koszmarem. Jak to jest być bezimiennym? Człowiekiem bez żadnej tożsamości, nie tyle odrzuconym przez społeczeństwo co zapomnianym. Pierwsze 100 stron powieści „gna na złamanie karku”, skupiając się na przedstawionej w opisie fabule. Sam nie wiem jak nazwać pierwszą część książki, być może thriller psychologiczny byłoby jak najbardziej na miejscu. Pochłonięci przez lekturę w pewnym momencie mamy wrażenie że autor coś „pomieszał”, cały misternie kreowany scenariusz pryska jak bańka mydlana, a książka przybiera zupełnie inną postać. Nagle trzymamy w dłoniach swoiste science fiction rozgrywające się na terenie Moskwy. Przez kilka chwil jesteśmy nieco zdezorientowani, być może czujemy pewien niedosyt, ale po kilku kolejnych stronach owo nieprzyjemne uczucie mija, a my upajamy się rozwijającą się w szaleńczym tempie fabułą. Tak pokrótce rysuje się obraz napisanej przez Łukjanienkę książki, coś co zapowiadało się na opowieść z elementami psychologicznego „misz-maszu” przekształca się w intrygującą powieść science fiction.

Głównym bohaterem jest Kirył Maksimow, pracujący w jednej z moskiewskich firm komputerowych. Kawaler, po niedawnym rozstaniu z partnerką. Mieszkający samotnie w kawalerce, którego najlepszym przyjacielem jest skye terrier o dość dziwnie brzmiącym imieniu Keszju. Kirył wydaje się być przykładem niewyróżniającego się z tłumu dwudziestokilkulatka, zatem dlaczego tak dziwny los spotkał właśnie jego? To jedno z pytań, które przewija się przez całą treść powieści. Razem z Maksimowem zagłębiamy się w mechanizmy rządzące światem, rozmyślamy na temat ludzkiej egzystencji, jak również wartości jednostki ludzkiej. Czy jesteśmy sami we wszechświecie, czy też istnieją światy nie tyle równoległe, co zupełnie odmienne od naszych, wyciągnięte wprost z wyobraźni człowieka?

Pierwsze co rzuca się w oczy to niezwykły sposób pisania Łukjanienki, autor nie boi się wtrącić do powieści własnych przemyśleń czy zabawnych anegdot. Większość rozdziałów rozpoczyna się od kilku, do nawet kilkudziesięciu zdań poświęconych opinii autora na temat związany zazwyczaj z zakończeniem poprzedniego rozdziału. Dzięki temu dowiemy się co pan Sergiej sądzi na temat chorób, przestępstw, strachu czy szaleństwa, a to tylko garstka poruszanych przez niego zjawisk. Do tego operuje on niesłychanie lekkim i przyjemnym językiem, a jego wyobraźnia zdecydowania nie ma żadnych granic. Potrafi intrygować, zaskakiwać i dezorientować czytelnika. Zwroty akcji to w jego powieści chleb powszedni, a próby przewidywania fabuły lepiej odłóżmy na bok, bo będzie to jedynie marnowanie czasu.

Naprawdę ciężko mi znaleźć słabe strony książki, początkowo możemy czuć pewne rozgoryczenie że opowieść o traceniu tożsamości przez głównego bohatera zostaje w pewnym momencie „zdjęta ze sceny”, ale jest to tylko chwilowe wrażenie, bo w konsekwencji dochodzimy do wniosku że wszystko jest na swoim miejscu i współgra ze sobą idealnie.

Podsumowując, „Brudnopis” należy do tych książek które czyta się z zapartym tchem i szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Przez całą fabułę nie przestaje zaskakiwać, a występujących w niej bohaterów można przyrównać do rosyjskich matrioszek. Początkowo wiemy o nich jedynie ogólne informacje, by z każdym kolejnym „otwarciem lalki” uchylać rąbka tajemnicy i dowiadywać się coraz to nowszych wieści na ich temat. Łukjanienko należy do pisarzy których warto poznać, bo wykreowany przez niego sposób pisania śmiało można zaliczyć do wyjątkowych.

Polecam.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]

„Koralina” – Neil Gaiman

11 lutego 2011 16 komentarzy

Tytuł: „Koralina”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 160

Data wydania:  2003

Ocena: 9/10

——————————

„Lektura tej książki sprawi, że dreszcz przebiegnie Wam po plecach, wymknie się butem i ucieknie taksówką na lotnisko. Przepełnia ją subtelna groza, właściwa najlepszym baśniom. To arcydzieło. A guziki nigdy już nie będą takie, jak kiedyś.” – Terry Pratchett

Słowa tego legendarnego pisarza w zupełności wystarczą za całą recenzję „Koraliny”, jednak mimo wszystko, postaram się dodać coś od siebie.

Autorem tej krótkiej powieści jest Neil Gaiman, znany z takich tytułów jak: „Gwiezdny pył”, „Amerykańscy bogowie”, „Księga cmentarna” czy „Dym i lustra”. Jednym słowem poczytny pisarz, mający spore grono fanów na całym świecie.

Tym razem dane mi było poznać losy małej dziewczyny, która wychowuje się w dość „zapracowanej” rodzinie. Zarówno ojciec, jak i matka całe dnie spędzają przed ekranem komputera, zbywając córkę, gdy ta próbuje nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Ta dość „toksyczna” rodzinka mieszka w ogromnym domu dzieląc go z trójką innych lokatorów; emerytowanymi aktorkami z parteru i szalonym staruszkiem zajmującym pomieszczenia na poddaszu, to ci państwo są towarzyszami Koraliny którzy spędzają z nią więcej czasu niż jej prawowici opiekunowie. Mimo dość niekorzystnej sytuacji rodzinnej dziewczynka nie traci ochoty na zabawę, a jej ulubionym zajęciem jest „badanie”, co można rozumieć jako wyprawę w nieznane, w poszukiwaniu pewnych, wcześniej wybranych rzeczy bądź miejsc. Tak więc jednego dnia Koralina szuka studni, innym razem liczy drzwi i okna w domu, a w jeszcze innym zagląda do tajemniczych drzwi w jej mieszkaniu. Drzwi, po których otworzeniu widzi jedynie ścianę z chropowatych cegieł.

Co jest za tą ścianą i dlaczego myszy szalonego staruszka zabroniły jej przez nie przechodzić?  Na te i inne pytania które pojawią się podczas lektury z największą przyjemnością będziemy szukali odpowiedzi, wczytując się w kolejne strony powieści.

Nie ma powodu rozdrabniać się na temat bohaterów, bo jak to w bajkach bywa, zostali rozbudowani na tyle, na ile było to niezbędne w odbiorze tekstu. Dlatego widzimy starsze panie które całe dnie na przemian wspominają dawne czasy, bądź zajmują się psami, czy też ojca, który po za pracą uwielbia przyrządzać wymyślne dania. Nawet tytułowa Koralina została skonstruowana w taki sposób, by rozmyślania na temat jej osobowości stanowiły zaledwie ledwo dostrzegalne tło. Do końca nie wiemy jak dokładnie wygląda, ale w żaden sposób nie ujmuje to przyjemności z czytania.

Gaiman przygotował dla nas bajkę która w żaden sposób nie zalicza się do tych które chcielibyśmy usłyszeć na dobranoc, co więcej, nie powinno się jej czytać przed snem, chyba że wasze pociechy uwielbiają trząść się pod łóżkiem ze strachu. W porównaniu do niedawno czytanych „Opowieści z Narnii”, widzę olbrzymią rozbieżność adresatów. „Koralina” to powieść grozy która została ubrana w bajkową otoczkę, dziejąca się w bajkowym świecie i posiadająca bajkowych bohaterów. Ten zabieg pod każdym względem wyszedł jej na dobre. Gaiman pod niepozorną fabułą ukrył niesamowite pokłady emocji i dreszczyku. Niejednokrotnie podczas lektury po plecach przebiegły mi ciarki, nie mówiąc już o całkowitym zagłębieniu się w losy małej dziewczynki. Od początku książki byłem jej największym fanem i przyjacielem, mimo tego iż nie wiedziała o moim istnieniu do ostatniej kropki trzymałem za nią kciuki, nie chcąc patrzeć na nieprzyjemności z którymi musiała się zmierzyć. Jeśli miałbym określić „Koralinę” kilkoma przymiotnikami powiedziałbym: rewelacyjna, niepozorna i emocjonująca. Książka Gaimana jest przykładem tego jak zaskakująca może być literatura. Mógłbym wiele opowiadać o wykreowanym przez autora świecie, a losach głównej bohaterki, ale nie śmiem odbierać przyjemności z, jakby to powiedziała Koralina, badania 🙂

Kolejną kwestią do rozważenia jest język. Autor odpuszcza sobie wymyślne słownictwo, skupiając się na prostym, aczkolwiek niebywale obrazowym języku. Do tego od czasu do czasu wplata w treść książki humorystyczne aspekty, które mimo emanującej zewsząd grozy powodują uśmiech na naszych twarzach. Nie wiem czy to zasługa Gaimana czy samej fabuły, ale czyta się ją z zapartym tchem, u kresu omdlenia przypominając sobie o konieczności oddychania.

Podsumowując, „Koralina” to książka dla wszystkich którzy lubią poczuć dreszcz emocji, a nie straszne im są proste rozwiązania. Autor postawił przede wszystkim na treść, która w żaden sposób nie ustępuje bardziej „obszernym” koleżankom z gatunku „opowieści z dreszczykiem”. Gaiman przygotował dla nas bajkę dla starszych dzieci. Sam pomysł na fabułę jest tak niezwykły, że choćby dla niego samego warto sięgnąć po tę lekturę.

Polecam wszystkim.

—————————————————————————————————————-

Będąc dziś niedaleko biblioteki nie mogłem się powstrzymać przed zaglądnięciem do przytulnych czterech ścian, konsekwencją tej krótkiej wyprawy są:

Od lewej:

1. Tytuł: „Straż! Straż!”

Autor: Terry Pratchett

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ode mnie: Można śmiało powiedzieć że jestem kolejną „ofiarą :)” „Pratchett’owskiej indoktrynacji” prowadzonej przez Enedtil (Link do jej bloga ->Kliknij<-), mam nadzieję że Świat Dysku „kosztowany” z odpowiedniej strony będzie smakował znacznie lepiej 🙂

2. Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom II

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Ode mnie: Kolejny tom przygód znanego wszystkim inkwizytora Mordimera, czas pokaże czy druga część jej lepsza od pierwszej, czy też idąc śladami wielu znanych filmów sequel okaże się klapą 🙂

„Lew, czarownica i stara szafa” – C. S. Lewis

5 lutego 2011 25 komentarzy

Tytuł: „Lew, czarownica i stara szafa”

Cykl: Opowieści z Narnii

Autor: Clive Staples Lewis

Wydawnictwo:  Media Rodzina

Liczba stron: 182

Data wydania:  2005

Ocena: 9/10

——————————

Niejednokrotnie w dzieciństwie bawiłem się w chowanego. Niejednokrotnie przyszło mi chować się w szafie. Niejednokrotnie wierzyłem że to idealna kryjówka, co zwykle było mylnym osądem. Niestety nigdy nie było mi dane trafić do Narnii.

„Narnia – skuta wiecznym mrozem kraina, która czeka na wyzwolenie. Czworo śmiałków wchodzi przez drzwi szafy do Narnii, świata zniewolonego mocą Białej Czarownicy. I gdy prawie nie ma już nadziei, powrót Wielkiego Lwa Aslana staje się zwiastunem zmian – ale nie za darmo…”

Krótki, ale treściwy opis na jej odwrocie sugeruje że będziemy mieli do czynienia z odwieczną walką dobra ze złem. Co jest jak najbardziej trafnym spostrzeżeniem.

Autorem powieści jest C.S. Lewis, który w pięknej dedykacji (przedmowie) oznajmia iż książkę napisał z myślą o swojej chrześnicy. „Narnia” (tak pozwolę sobie skracać jej tytuł), jak można wyczytać z przytoczonego opisu, opowiada o czwórce rodzeństwa, które pewnego dnia trafia do skutej lodem krainy. Miejsca tak pięknego i baśniowego, jakie możemy znaleźć jedynie w opowieściach. Trudno doszukiwać się w książce szczegółowych charakterystyk bohaterów, na próżno szukać w niej przydługich dialogów i niepotrzebnych opisów. „Narnia” z całym swym bogactwem jest najprawdziwszą baśnią, która swą magią w niczym nie ustępuje legendom tego gatunku jakimi są Bracia Grimm czy Hans Christian Andersen.

Autor pisał ją z myślą o małej dziewczynce i tak też powinna zostać odebrana. Jeżeli oczekujecie mocnej dawki prawdziwej fantastyki, to źle trafiliście. „Narnia” pozwala na chwilę oderwać się od rzeczywistości, poczuć jak 5-6 latek, który chowając się po uszy pod kołdrą z napięciem oczekuje na szczęśliwe zakończenie opowiadanej mu bajki. Fabuła powieści mknie do przodu i nie pozwala zatrzymać się choćby na ułamek sekundy. Całość napisana jest w taki sposób by najmłodszy słuchacz nie czuł znużenia, jednocześnie zaś, by starsi czytelnicy także odbierali przyjemność z lektury. Bohaterowie przedstawieni w powieści są ukierunkowani na pewne cechy charakteru, które niczym ich drugie imiona towarzyszą im przez całą fabułę. Świat podzielony jest na jasno sprecyzowane dobro i zło, a mimo to nie brakuje i zaskakujących momentów i interesujących zwrotów akcji.

Podsumowując, „Lew, czarownica i stara szafa” to książka dla każdego, niezależnie od wieku. Z pełną odpowiedzialnością mogę ją sklasyfikować jako pełnokrwistą baśń, która nie tylko intryguje i „porywa” w przepiękny świat, ale także uczy. Jest to idealna pozycja jeśli chodzi o bajki na dobranoc. Długość rozdziałów jest tak dopasowana by fabuła znacząco ruszyła do przodu, a jednocześnie ich długość nie nużyła najmłodszych czytelników. Do tego dochodzą także liczne ilustracje, które wprawdzie mogły by być bogatsze, ale grunt że są, a także zdjęcia z filmu (jeśli czytamy filmowe wydanie powieści). Jedno jest pewne, któregoś dnia przeczytam swemu dziecku o Aslanie, Piotrze, Edwardzie, Zuzannie, Łucji, Tumnusie i reszcie moich znajomych.

Stosik #3

3 lutego 2011 15 komentarzy

 

Kolejny, tym razem uboższy stosik. Wzięcie ostatniego na gorączkowy czas „przed-sesyjny” zakończyło się oddaniem „Miasta Kości” bez uprzedniego zagłębienia się w literaturę – prolongata odpadała ze względu na rezerwację. Dlatego teraz postanowiłem troszkę ograniczyć zapędy biblioteczne, zwłaszcza że dwa inne tytuły mam zarezerwowane i wiadomość z biblioteki o ich dostępności może mnie zaskoczyć każdego dnia.

Stosik prezentuje się następująco, poczynając od dołu:

1. Tytuł: „Droga Cienia”

Autor: Brent Weeks

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Jako że na jednej z półek dostrzegłem powieść o skrytobójcy, o której ostatnio było głośno, postanowiłem na własnej skórze przekonać się czy warto poznać przygody Merkuriusza.

2. Tytuł: „Brudnopis”

Autor: Siergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Ostatnio wysyłając znajomego po „Nocny patrol” ten przyniósł mi „Patrol zmroku”, tym razem sam postanowiłem udać się po książki rosyjskiego pisarza, a fakt że od jakiegoś czasu chciałem zapoznać się z „Brudnopisem” sprawił, iż po dostrzeżeniu go wśród innych powieści tego autora zapomniałem o Bożym świecie 🙂 Zaintrygował mnie szczególnie opis na okładce.

3. Tytuł: „Sternberg”

Autor: Szczepan Twardoch

Wydawnictwo: superNOWA

Ode mnie: Zakupiony za punkty w sklepie POLTERGEISTa. Miejmy nadzieję że wysokie oceny recenzenckie przełożą się na przyjemność czytania.

4. Tytuł: „Koralina”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Początek przygody z powieściami Gaimana 🙂

Kategorie:Stosiki, Wszystko Tagi:

„Prawda” – Terry Pratchett

1 lutego 2011 19 komentarzy

Tytuł: „Prawda”

Cykl: Świat Dysku

Autor: Terry Pratchett

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 336

Data wydania:  2007

Ocena: 8/10

——————————

Zastanawialiście się kiedykolwiek jak niebezpieczny może być zawód dziennikarza? Albo dlaczego mówi się iż pióro jest mocniejsze niż miecz? Jeśli tak, to „Prawda” jest najlepszą odpowiedzią na wasze wątpliwości.

„William chce tylko dotrzeć do prawdy. Niestety, wszyscy inni chcą dotrzeć do Williama, i to w złych zamiarach. A to dopiero trzeci numer… […]de Worde jest przypadkowym wydawcą pierwszej gazety na Dysku. Teraz musi sobie radzić z tradycyjnymi problemami dziennikarskiego życia…”

„Prawda” jest kolejną częścią kultowego cyklu „Świat Dysku”, którego twórcą jest jeden z najbardziej poczytnych autorów powieści fantastycznych – Terry Pratchett. Po raz kolejny przyjdzie nam odwiedzić niesłychanie bajeczne miasto-państwo Ankh-Morpork, z tą różnicą, że obserwowane z perspektywy dziennikarza, człowieka goniącego za sensacją. Zapewne wielu czytelników zna je jak własną kieszeń, dla innych zaś, jest tak tajemnicze jak czarne światło emitowane przez węgorze Otta* czy choćby ułożenie kostki Rubika – sam zaliczam się do drugiej grupy, tym samym rozpoczynając przygodę z powieściami Pratchetta. Jaka jest zatem moja opinia na temat „Prawdy” jako furtki do „Świata Dysku”? O tym na końcu.

Jak już wspomniałem, przytaczając opis z okładki: książka opowiada o Williamie, który mimo pochodzenia z bardzo bogatej i wpływowej rodziny, postanowił sam zarobić na własne życie, zajmując się początkowo pisaniem listów, za które otrzymywał wyznaczoną, lecz niesłychanie skromną wypłatę od adresatów. Całe jego rutynowe życie ulega diametralnej zmianie gdy pewnego dnia poznaje krasnoluda imieniem Dobrogór. Jak potoczą się losy Williama i jaki mają związek z planowanym zamachem na Patrycjusza? Dlaczego pan Szpila i pan Tulipan będę mu deptać po piętach, a Otto, znany szerzej jako wampir czarno-wstążkowiec, pała się takim zajęciem jak fotografia? Te i wiele innych wątków zawiera się w niesłychanie zabawnej i wciągającej powieści, jaką przygotował dla nas sir Pratchett.

Jednym z jej największych atutów są bohaterowie, niezwykle barwni, wyraziści i niekiedy wręcz absurdalni. Po za Williamem dostrzegamy taki ogrom indywidualności, że samo ich wypisywanie zajęłoby jakąś połowę opinii. Dodam jedynie, że nigdy dotąd nie spotkałem się z takim przywiązaniem do szczegółowości bohaterów, nawet tych epizodycznych, których wkład w fabułę jest znikomy. Grzechem byłoby nie wspomnieć o kunszcie autora. Sposób w jaki Pratchett pisze powinien znaleźć się w Serves, w sąsiedztwie wzorca metra, zatytułowany: „wzór poczucia humoru, absurdu i wyróżniania się w fantastyce”. Język jakim posługuje się autor jest lekki (niekoniecznie dla oczu  🙂 np. nyip-niap mapniap nyii-uidluidlwiii), humorystyczny i specyficzny. Po lekturze „Prawdy” mogę śmiało powiedzieć że sir Terry potrafi wyczarować coś z niczego, dodając magii tak codziennej czynności jaką jest powstawanie gazety. Coś co na pierwszy rzut oka może się wydawać banalne albo wręcz nudne, zostaje rozbudowane w taki sposób, że podczas lektury zdajemy się być zafascynowanymi dziećmi, dopiero co poznającymi cały mechanizm działania danej czynności. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym że drukowanie gazet, czy nieodłączne chodzenie po mieście z notesem może być tak intrygujące.

Nie mógłbym nie wspomnieć o wydaniu. Jak większość wie, książki Pratchetta mają specyficzne okładki, przez niektórych uwielbiane, przez innych ganione. Po lekturze „Dysku” (moje pierwsze spotkanie z autorem), należałem do drugiej grupy, zastanawiając się, co takiego kierowało grafikiem, tudzież autorem, że zapragnął umieścić na okładce takie „dziwolągi”. Dopiero teraz, gdy przeczytałem pełną specyficznego humoru „Prawdę” dochodzę do wniosku że przedstawiona szata graficzna idealnie współgra z całością i nie wyobrażam sobie by okładka mogła wyglądać w inny sposób.

Wypadałoby opisać świat w którym dzieje się akcja, ale Ankh-Morpork jest tak zróżnicowane, że ciężko je zmieścić w jakiekolwiek ramy. Mogę jedynie powiedzieć że w tym mieście nie ma rzeczy niemożliwych.

Zatem książka jest idealna? Nie do końca. Mimo iż Pratchett jest „czarodziejem” w swoim gatunku, to „Prawda” już taka „arcy-magiczna” nie jest. Mimo iż z fabuły, której zarysy widzimy na odwrocie, zostało wyciągnięte wszystko, a nawet jeszcze więcej, to nadal nie jest to powieść która może być uznawana za wzór fantastyki, owszem, do kanonu „Świata Dysku” zapewne zalicza się bez mrugnięcia okiem, ale jest to opowieść trochę jakby o niczym. Same poboczne wątki potrafią zjednać sobie czytelnika, jednak nie przysłania to pewnego niedosytu związanego z główną fabułą.

Czas na ostatnią wątpliwość, czy „Prawda” jest dobrym tytułem do rozpoczęcia przygody z całym cyklem? Nie do końca, zapewne nie jestem w pełni świadom ile zabawnych odwołań do wcześniejszym powieści przypadkiem mi umknęło, ale mogę jedynie przypuszczać że było ich wiele (jak choćby sam motyw Straży, czy innych bohaterów). Po za tym sama idea Dysku nie jest w żaden sposób przybliżona czytelnikowi, by ten, mógł choć w najmniejszym stopniu oswoić się z rządzącymi nim prawami.

Podsumowując, „Prawda” to kolejna bardzo dobra porcja humoru od Terrego Pratchetta, która potrafi zjednać sobie nawet najbardziej sceptycznych czytelników. Choćby fantastyka była nam obca jak serce amazońskiej dżungli powinniśmy sięgnąć po jeden z tytułów cyklu „Świat Dysku” (niekoniecznie po opisywaną przeze mnie książkę) i poznać styl pisania tego niecodziennego autora. Dodając do szerokiej gamy absurdu i fantastyki kultową okładkę, otrzymujemy idealną powieść na mroźne dni, dla poprawienia ogólnego samopoczucia i humoru.

* – motyw z „Prawdy”

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]