Strona główna > Fantastyka, Fantastyka polska, Opinie, Wszystko > „Młot na czarownice” – Jacek Piekara

„Młot na czarownice” – Jacek Piekara

Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom 2

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 368

Data wydania:  2007

Ocena: 5/10

——————————

„„Młot na czarownice” to przeredagowane i uzupełnione wznowienie tomu opowiadań o inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Czekają go wyzwania, zagadki i zmagania z wiedźmami i demonami oraz często gorszymi od nich heretykami i bluźniercami. Czy aby przetrwać, wystarczą: żarliwa wiara, stalowe nerwy i ostry niczym brzytwa umysł?” Taki brzmi krótki i niewiele mówiący na temat samej powieści opis. Jak możemy wywnioskować z trzech pierwszych słów, dotyczy on książki pt. „Młot na czarownice”, drugiego tomu sławetnego cyklu inkwizytorskiego Jacka Piekary. Autora poczytnego, twórcy i redaktora dwumiesięcznika „Fantasy” oraz znanego przede wszystkim maniakom gier komputerowych dziennikarza ukrywającego się pod pseudonimem Randall. Czy w kolejnym tomie powieści znajdziemy powiew świeżości, czy też Mordimer w żaden sposób nie uległ zmianie względem pamiętnego obrazu z pierwszego tomu (tj. „Sługa boży”) ?

Książka, podobnie jak jej poprzedniczka, składa się z kilku luźno powiązanych ze sobą opowiadań, a jedyną cechą łączącą te historie jest postać głównego bohatera i „tematyka” w której ów mężczyzna się porusza.

Opowiadanie numer jeden zatytułowane „Ogrody pamięci” niejako odsłania przed nami fragment przeszłości Madderina, gdy ten będzie zmuszony rozwiązać zagadkę pojawienia się u pewnego chłopca stygmatów. W drugim „Młot na czarownice” nasz uniżony sługa przebywający u swego przyjaciela burgrabiego postara się wyjaśnić przyczynę dziwnych zjawisk związanych z publiczną egzekucją jednego ze skazańców. Kolejne z nich „Mroczny krąg” dotyczy dość delikatnej sprawy za której załatwienie odpowiedzialny jest nie kto inny jak licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu, a samo zlecenie wyjdzie właśnie od wspomnianego tutaj Jego Ekscelencji. W „Wężu i gołębicy” Mordimer będzie wyjaśniał plebejskie wierzenia w wampiry, których istnienie negują wszyscy, a szczególnie uniżeni inkwizytorzy. Ostatnie z nich  pt. „Żar serca” wciągnie Madderina w dość niespotykaną sieć intryg z której by się wyplątać konieczne będzie postawienie na szali nie tyle swojej licencji, co życia. Tak mniej więcej rysuje się całokształt książki, która niestety w żaden sposób nie potrafiła na dobre przykuć mojej uwagi.

Chcąc być wyjątkowo niemiły można to zilustrować za pomocą znanej wszystkim gry „szubienica”, na której powinien zawisnąć „Młot na czarownice” razem z zacnym inkwizytorem. Pierwsze kreski, podstawa – postać głównego bohatera. W pewnym sensie rozumiem że Mordimer miał się nam jawić jako bicz boży, miecz aniołów, niszczyciel grzechu i można by tak długo, tyle że zamiast skrupulatnego inkwizytora, skupionego przede wszystkim na swoim fachu, otrzymaliśmy cynicznego, pysznego, pozbawionego skrupułów i poczucia humoru mężczyznę, albo trafniej byłoby powiedzieć chełpiącego się swym stanowiskiem podrostka. Odnoszę nieodparte wrażenie że mimo wszystko głównym powodem wykonywania poszczególnych zleceń była chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Kolejne kreski, „ramię szubienicy” – „wasz uniżony sługa”, „moi mili” itd. Każdy kto czytał zarówno pierwszy jak i drugi tom (być może w kolejnych uległo to diametralnej zmianie) zauważa że autor nie stroni od używania tych słów, które po n-tym razie działają na czytelnika jak płachta na byka. Przypuszczam że dalsze rozwijanie tej myśli nie jest konieczne. Ostatnie kreski i pętelka, sznur – Opowiadania nie zapadają w pamięć, wydają się niesłychanie płytkie, a czytając je nie potrafiłem choć na chwilę poczuć się jakbym brał w nich czynny udział. Zamiast wprowadzać nas w świat w którym Chrystus zstąpił z krzyża i ukarał zbrodniarzy, jesteśmy jedynie biernymi widzami dla których sama fabuła jest niewiele bardziej intrygująca od programu telewizyjnego (przepraszam za sformułowanie). Kolejnym aspektem jeśli chodzi o opowiadania jest dziwne wrażenie że zostały one „zlepione” w tom bez większego przemyślenia tego działania, w co drugim z nich dowiadujemy się iż Kostuch ma niebywałą pamięć, a Mordimer mimo swego fachu zna się co nieco na medycynie i jest dosyć sprawny fizycznie, a przecież wystarczyłoby raz o tym wspomnieć, a następnie kontynuować fabułę bez zbędnego „umilania” nam przyjemności z czytania.

Mimo tego dość niepochlebnego akapitu wypada wspomnieć o argumentach przemawiających na korzyść powieści. Przede wszystkim język, mimo dość płytkich opowiadań pan Piekara potrafi w niesłychany sposób operować poprawną polszczyzną. Szkoda tylko, że sposób w jaki pisze jest mało obrazowy, co jednak udaje mu się nadrobić skrupulatną dbałością o szczegóły (m.in. emocje bohaterów). Na pochwałę zasługują również ilustracje Dominika Brońka, który już wcześniej urzekł mnie pracami opublikowanymi w „Siewcy Wiatru”, szkoda tylko że inicjały na początku każdego opowiadania są łudząco podobne do tych ze wspomnianego przeze mnie tytułu autorstwa pani Kossakowskiej.

Podsumowując, „Młot na czarownice” rozczarował mnie praktycznie pod każdym względem, to co urzekło mnie w pierwszej części (choć nie do końca pamiętam wszystkie powody tak wysokiej oceny –  dziwne?) tutaj było tylko ledwie dostrzegalnym tłem. W „Słudze bożym” brutalność wręcz emanowała z każdej kartki,  zaś w „Młocie…” jest jej tyle co „kot napłakał”. Mam nieodparte wrażenie że drugi tom cyklu inkwizytorskiego jest książką napisaną bez większego nie tyle przekonania, co pomysłu, a sam Mordimer z każdym kolejnym opowiadaniem daje się nam we znaki, tym samym coraz bardziej nas irytując.

Jedynie dla zagorzałych fanów cyklu.

Reklamy
  1. 27 lutego 2011 o 06:54

    Książka już za mną, ale dałam troszkę większą ocenę. Mnie akurat mniejsza ilość brutalnych scen pasowała, więc może to dlatego?
    Pozdrawiam:))

  2. 27 lutego 2011 o 07:33

    Jak znajdę Piekarę w swojej Bibliotece Miejskiej i znajdę trochę czasu, to być może sięgnę po tą pozycję. Ciekawa jestem, jak przypadną mi do gustu brutalne sceny.

  3. 27 lutego 2011 o 09:52

    Aż tak zagorzałą fanką nie jestem, to zdecydowanie – daruję sobie. Chociaż czytałam Piekary „Płomień i krzyż” i podobała mi się.

  4. 27 lutego 2011 o 09:55

    Pewnie sobie odpuszczę:)

  5. 27 lutego 2011 o 10:55

    Nadal jestem średnio przekonana do tego cyklu.
    Widzę, że Straż! Straż! teraz czytasz – nieskromnie zapytam – czy udało mi się Cię namówić?
    Pozdrawiam z mojego „nowego domu” 🙂

  6. 27 lutego 2011 o 18:48

    Ja już po Słudze Bożym jakoś nie bardzo byłam przekonana do tego cyklu. Miałam dać Mordimerowi jeszcze jedną szansę, ale chyba długo na nią poczeka i, po przeczytaniu Twojej recenzji, chyba nie będzie to Młot na czarownice 😉 Jakiś czas temu męczyłam Arivalda, ale po kilku opowiadaniach musiałam zrobić sobie od nich przerwę. Coś nie mogę przekonać się do książek pana Piekary.

  7. 27 lutego 2011 o 20:04

    @Kasandra – Bardzo prawdopodobne, mimo wszystko moja przyjemność z lektury została całkowicie zniszczona przez cynizm i pychę głównego bohatera 🙂

    @Lena – Ciężko mi jednoznacznie powiedzieć która część była lepsza, bo prawdę mówiąc nie pamiętam dlaczego oceniłem tak wysoko pierwszy tom, przypuszczam że wtedy miałem ku temu powody 🙂 Na początek bardziej odpowiedni wydaje się „Sługa boży”, bądź w ogóle można zacząć od najnowszych tomów, gdy Mordimer jest jeszcze „żółtodziobem” w swoim fachu 🙂

    @Beatrix – Mimo wszystko zapewne jeszcze wrócę do tego cyklu, bo nadal mam wrażenie że Jacek Piekara nie dał z siebie wszystkiego, nawet „Charakternik” był jakiś taki – nijaki. „Płomień i krzyż” to chyba historia Madderina „oglądana” z zupełnie innej perspektywy, więc może znacznie odbiega od „szablonu” opowiadań z młodym inkwizytorem (to tylko przypuszczenia).

    @Milvanna – To że dla mnie było słabe nie oznacza że dla wszyscy muszą podobnie odebrać ten tytuł, aczkolwiek oczekiwałem od niego znacznie, znacznie więcej.

    @Magda – Jak najbardziej Ci się udało, zarówno krucjata Enedtil w połączeniu z Twoimi pochlebnymi recenzjami dały właśnie taki efekt 🙂 W pierwszej chwili pomyślałem że jesteś po przeprowadzce, dopiero ostatni post na Twoim byłym mieszkaniu wyjaśnił co i jak 🙂

    @Enedtil – Jak wspomniałem w jednym z wyższych komentarzy mam wrażenie że autor nie daje z siebie wszystkiego, nie wiem czym to jest spowodowane, ale skrycie liczę na jakiś przebłysk inwencji twórczej 🙂

  8. 27 lutego 2011 o 21:07

    Cykl o Inkwizytorze kojarzy mi się jako jedna całość, były opowiadanie lepsze i gorsze, ale ogólnie mi się podobało 😉 Piekara czasami denerwuje, innym razem zachwyca… taki już jest 😉

  9. 27 lutego 2011 o 21:34

    Czasem lepiej czasem gorzej, czyli niestety wychodzi z tego „średnio” 😦
    Następnym razem sięgnę po zupełnie inny tytuł pana Piekary, zobaczymy co z tego wyjdzie.

  10. 4 marca 2011 o 17:56

    Na Piekarę muszę znów zapolować w bibliotece, mam nadzieję, że znajdę jakieś jego książki. Pora najwyższa na przekonanie się do innych polskich fantastów, bo póki co ograniczam się tylko do Sapkowskiego, Ćwieka i nieśmiało zaglądam w stronę Pilipiuka. 😉

  11. 4 marca 2011 o 21:16

    Lenalee – Szczerze powiedziawszy znacznie bardziej proponowałbym najpierw poznać Grzędowicza (bo w pełni zasługuje na uwagę), a dopiero w drugiej kolejności Piekarę 🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: