Archiwum

Archive for Marzec 2011

„Czystopis” – Sergiej Łukjanienko

23 marca 2011 16 Komentarzy

Tytuł: „Czystopis”

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 318

Data wydania:  2008

Ocena: 8/10

——————————

[Recenzja „Brudnopisu”]

Zachęcony rewelacyjnym „Brudnopisem” postanowiłem jak najszybciej zapoznać się z jego kontynuacją. Czy sequel okaże się równie dobry jak choćby Terminator 2, czy też jak to zwykle ma miejsce w filmach, całkowicie pogrąży pozytywną opinię na którą zapracowała pierwsza część? Postaram się wkrótce odpowiedzieć na to pytanie.

Autorem „Czystopisu” jest Sergiej Łukjanienko, znany przede wszystkim z cyklu „Patroli” (który zamierzam wkrótce poznać). Pisarz który wypracował swój własny styl, nie bojący się wtrącić do powieści prywatnych opinii i przemyśleń na różnego rodzaju tematy związane z wieloma aspektami życia każdego z nas (przypominam, że tak jak w przypadku „Brudnopisu”, możemy je znaleźć na początku większości rozdziałów).

Samą fabułę niestety jestem zmuszony przemilczeć, tym samym nie mogąc nawet zacytować okładkowego opisu – uprzedzam, że jest on spoilerem tomu pierwszego! Także przed przejrzeniem go, zachęcam do lektury pierwszej części. Skupmy się zatem na pozostałych aspektach. Tak jak w przypadku „Brudnopisu” mamy do czynienia z tym samym głównym bohaterem – Kiryłem Maksimowem. Postacią w pewnym sensie rozdartą wewnętrznie, poszukująca własnej tożsamości z nutą detektywistycznego zapału, który to niejednokrotnie wprowadza go w śmiertelne kłopoty. Kim dokładnie jest Kirył i dlaczego tak wielu ludzi jest przeciwko niemu, czemu śledzą go dobrze zbudowani mężczyźni w jednakowych garniturach, a on sam pogrążony jest w poszukiwaniu domniemanego serca „zła”? Przypomina to co nieco scenariusz Matrixa, gdzie nasz bohater byłby w pewnym sensie idealnym odpowiednikiem Neo – ot, taki sobie „wybraniec”. Powieść napisana jest lekkim i przyjemnym językiem, choć niekiedy autor zmuszony był użyć bardzo zawiłych pojęć czy to z fizyki kwantowej czy rodowitego science fiction, na szczęście ich nieznajomość w żadnym stopniu nie wpływa na przyjemność z czytania.

Wydaje się że największym „problemem” „Czystopisu” były moje bardzo pozytywne wrażenia po pierwszej części. Autor bardzo wysoko postawił poprzeczkę i próba jej pobicia już sama w sobie wydaje się nie do osiągnięcia. Pozostaje więc zatem ten wynik powtórzyć, niestety i to nie wyszło w pełni. Podczas lektury mamy wrażenie, iż autor miał gotowy pomysł na zakończenie, ale brakowało mu fragmentów które należy wcisnąć pomiędzy początek książki, a koniec – dlatego też, posilał się bardzo wątłymi scenami. Zakończenie, na które czekamy z niecierpliwością (rzecz jasna w skutek chęci zaspokojenia ciekawości) także nie spełnia naszych wymagań i budowany od początku pierwszego tomu suspens pryska jak bańka mydlana, odsłaniając prawdziwe oblicze fabuły. Nie powiem, trochę się zawiodłem. Książka jest dobra, ale jej poprzedniczka bije ją na głowę.

Zmuszony jestem nawiązać do wydania. Być może trafiłem na jakiś trefny egzemplarz, ale jego czytanie było delikatną męczarnią. Wewnętrzne akapity były na tyle wąskie, że połówki wyrazów rozpoczynających wiersze były niewidoczne. Mimo to literówek się nie dopatrzyłem (chyba że ukryły się w wyżej wspomnianym miejscu).

Chciałbym w kilku zdaniach ocenić również cały cykl. Prawdę mówiąc można go jako tako porównać do równi pochyłej – zaczynamy z bardzo wysokiego pułapu, początek powieści po prostu porywa nas z naszego życia i pochłania całą naszą uwagę, później jest troszkę gorzej, ale nadal nie jest źle, możemy powiedzieć że mamy do czynienia z pewną stabilizacją. Niestety pod sam koniec (co w tym wypadku oznacza „Czystopis”) skrupulatnie opadamy, by w końcu znaleźć się kilka pięter poniżej pozycji wyjściowej. Owszem, nie jest źle, powiem więcej, jest dobrze, nawet bardzo dobrze, ale mogło być naprawdę świetnie, niesamowicie itd. Książka miała olbrzymi  potencjał, który niestety nie został w pełni wykorzystany.

Podsumowując, cały cykl należy do tego rodzaju książek które naprawdę warto poznać i chętnie poleciłbym je większości znajomych. Przypuszczam iż osoby które zapoznają się z „Brudnopisem” bez wahania sięgną po jego kontynuację.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]

Reklamy

„Dziewczyna z sąsiedztwa” – Jack Ketchum

17 marca 2011 11 Komentarzy

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo:  Papierowy Księżyc

Liczba stron: 301

Data wydania:  2009

Ocena: 8/10

——————————

„Przedmieścia. Ciemne ulice, przystrzyżone trawniki i przytulne domy. Miła, spokojna okolica. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. W domu Chandlerów, przy ślepej uliczce, w ciemniej, zawilgoconej piwnicy, Meg i Susan zdane są na łaskę kapryśnej i cierpiącej na ataki szału ciotki Ruth, którą szybko ogarnia szaleństwo. Szaleństwo, którym zaraża swoich trzech synów oraz całą okolicę. Jedynie jeden zatroskany chłopiec spróbuje oprzeć się złu zarażającemu niewinne umysły. Musi podjąć bardzo dorosłą decyzję i wybrać między miłością i współczuciem, a pożądaniem i złem… Którą drogę wybierze? – tak brzmiący opis na dobre przykuł moją uwagę i zasugerował bym czym prędzej zarezerwował „Dziewczynę z sąsiedztwa” w publicznej bibliotece, wreszcie nadszedł ten czas gdy dane mi było przeczytać ową powieść, czy było warto? To pytanie po lekturze wydaje się nie mieć najmniejszego znaczenia, zaraz się przekonacie dlaczego tak uważam. Autorem powieści jest Jack Ketchum, który dopiero niedawno zdobył rozgłos w naszej ojczyźnie. Co można o nim powiedzieć, najlepiej będzie zacytować króla grozy – Stephena Kinga. Powiedział on: „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum.”, wydaje mi się że te słowa wystarczająco charakteryzują owego pisarza.

Po raz pierwszy miałem wrażenie że język, umiejętności literackie autora, opisy bohaterów, zjawisk, otoczenia i tym podobne, nie mają najmniejszego znaczenia, wszystkie elementy książki zdają się niknąć, być jedynie niewyraźnym tłem dla znajdującej się na pierwszym planie fabuły. To ona całkowicie zdominowała mój pogląd na książkę, sprawiła że nie raz miałem ochotę wyjść na zewnątrz i całkowicie odciąć się od opisywanych w niej wydarzeń,  innym razem byłem gotów wcisnąć się w jej karty i zrobić coś niekoniecznie zgodnego z prawem, byle tylko sprawiedliwości stała się zadość. Książka budziła we mnie różne emocje: złość, współczucie, niedowierzanie, nadzieję czy nawet niesmak. Wszystkie one kłębiły się wokół siebie tworząc potężny wir uczuć towarzyszących nam podczas lektury. Lektury na tyle wstrząsającej że na długo zapada w pamięć i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Dotychczas myślałem że horror to przede wszystkim sytuacje niestworzone, niejednokrotnie wykraczające po za ludzką wyobraźnię, czy choćby otoczone nutką tajemniczości historie z życia wzięte, w przypadku Ketchuma mamy do czynienia z zupełnie odmiennym rodzajem strachu. Złem które nie chowa się po cmentarzach, nie straszy po nocach, nie odgryza ludziom głów. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” złem jest człowiek, zło jest akceptowane przez społeczeństwo, zło ukryte jest w pięknej otoczce, mieszka z nami po sąsiedzku i zaprasza do siebie na colę czy piwo…To jest właśnie najgorsze, świadomość że zwykłe ściany są w stanie ukryć choćby najbardziej przerażający sekret.

Mimo wszystko postaram się wyrazić w miarę obiektywną opinię na temat książki, analizując jej elementy składowe. Pomijając wspomnianą fabułę skupmy się na języku, jest wyjątkowo prosty, brak w nim znanej choćby z powieści Kinga złożoności i skupienia na wszystkich szczegółach. Powieść Ketchuma można w łatwy sposób zobrazować. Wyobraźmy sobie że znajdujemy się na szczycie jakiejś ośnieżonej góry, siedząc na sankach. Początkowo skupiamy się na wszystkim wokół nas, obserwujemy otoczenie, napawany się świeżym powietrzem, wreszcie odpychamy się i ruszamy, z każdą sekundą przyspieszamy, by wreszcie całkowicie oderwać się od otaczających nas gór i skoncentrować jedynie na sankach i torze po którym się ślizgają. Ów język właśnie w miarę upływu czasu przestaje mieć znaczenie, liczy się jedynie to co przekazuje. Sama powieść przedstawiona jest w formie pamiętnika, a jej narratorem jest jeden z bohaterów, który przez większość czasu opisuje wydarzenia z perspektywy nastolatka, by od czasu do czasu przenieść się do teraźniejszości, gdy jest już dorosłym mężczyzną. W przypadku bohaterów sytuacja ma się podobnie jak to miało miejsce w języku. Do końca powieści nie mamy świadomości kto kim jest, ile ma lat i jak wygląda, ich osobowości nie mają znaczenia, liczą się jedynie czyny jakich się dopuszczają i chore fantazje które targają ich umysłami.

Podsumowując, „Dziewczyna z sąsiedztwa” to książka straszna, brutalna i przerażająca. Zaskakuje nas przede wszystkim swoją prawdziwością i tym że takie historie mogą mieć miejsce każdego dnia, w każdym miejscu i o każdej porze. Zło drzemie w każdym z nas, problem tkwi w tym, że nie wszyscy jesteśmy w stanie nad nim zapanować. Jak napisał sam autor w komentarzu do powieści: „Od dawna chciałem napisać książkę o takich kanaliach. O nich oraz o tym, co nas spotyka, kiedy uwierzymy, że oni są normalnymi ludźmi.” Coś w tym jest, bo zwykle najgorsi zbrodniarze niczym się od nas nie różnią, mają własne rodziny, dzieci, pracę, a mimo to jest coś, co zdecydowanie zrywa im z klatki piersiowej naklejkę z napisem: „człowiek”. Nieczęsto ma się okazję czytać coś tak brutalnego, nawet nasz uniżony sługa Mordimer, który nie stroni od kopania kobiet w twarz, czy przypalania ich żywym ogniem nie dopuścił się takiej zbrodni jak ma miejsce w książce Ketchuma. Gdybym miał w jakiś sposób zobrazować wam jej brutalność wyglądałoby to mniej więcej tak: Być może niektórzy z was oglądali film American History X (Więzień nienawiści), w pewnej scenie główny bohater zauważa że ktoś napada na jego dom, wybiega ze środka i zabija napastników. Jednemu z nich rozkazuje chwycić zębami krawędź chodnika, by następnie podnieść nogę i … to zaledwie przedsmak „Dziewczyny z sąsiedztwa”.

Przerażająca książka.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]


„Chłopaki Anansiego” – Neil Gaiman

12 marca 2011 16 Komentarzy

Tytuł: „Chłopaki Anansiego”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 337

Data wydania:  2006

Ocena: 7/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu jak to zwykle miewa miejsce, powód jest prosty – na okładce nie ma notki wydawniczej. Autorem powieści jest znany większości czytelników Neil Gaiman, „ojciec” takich książek jak: „Gwiezdny pył”, „Amerykańscy bogowie” czy niedawno recenzowanej przeze mnie „Koraliny”. Czy mój stosunek do autora po przeczytaniu „Chłopaków Anansiego”, napomnę jedynie że po guzikowej bajce z dreszczykiem miałem o nim bardzo wysokie mniemanie, co jednoznacznie podniosło poprzeczkę wymagań dla tegoż autora, zmienił się na lepsze, na gorsze, czy może pozostał na tym samym poziomie? O tym wkrótce.

Fabułę „Chłopaków…”, rzecz jasna w niczym jej nie ujmując, można nakreślić w kilku zdaniach. Opowiada ona bowiem o pewnym mężczyźnie o dość specyficznym przezwisku Gruby Charlie, który wiecie spokojny, aczkolwiek monotonny żywot u boku swojej narzeczonej. Nie pragnie od życia zbyt wiele, do szczęścia wystarcza mu nudna praca, możliwość śpiewania bez obecności jakiegokolwiek słuchacza i spora odległość dzieląca go od jego ojca. To właśnie ten staruszek (z którym nie utrzymuje kontaktu) będzie, że tak powiem powodem przewrotu w życiu Charliego. Kolejne dni jego egzystencji już nigdy nie będą takie same, a ścieżki którymi będą się toczyć wydają się być tak zawiłe, że nawet mitologiczna Nić Ariadny na nic by się zdała.

Czym zatem Gaiman chciał nas zaskoczyć, zauroczyć bądź rozśmieszyć? Wbrew pozorom ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie – książka bowiem kryje w sobie wiele interesujących wątków, które powinny trafić do szerokiej populacji czytelników. Ale do rzeczy: w „Chłopakach Anansiego” nie trudno znaleźć fantastykę w pełnym tego słowa znaczeniu, nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów z fabuły, dlatego ograniczę się jedynie do tego stwierdzenia. Do tego dochodzą także liczne elementy  humorystyczne, które miejscami mogą zalatywać pratchettowskim poczuciem humoru, jednak nie w pełni wykorzystanym. Znaczy to po prostu, że absurd przedstawiany przez Gaimana co by nie mówić jest dobry, miejscami nawet bardzo dobry, ale do sir Terry’ego jeszcze wiele mu brakuje. W książce możemy dostrzec także wątki filozoficzne i obyczajowe pojawiające się przede wszystkim w dialogach, czy sytuacjach zachęcających do przemyśleń. Gdyby się uprzeć można powiedzieć że występują również elementy kryminalne, lecz poruszane jedynie w powierzchowny sposób. Ogólnie rzecz biorąc – „do wyboru do koloru” . Rodzi się jednak pytanie, czy ten „misz-masz” jest w stanie poruszyć potencjalnego czytelnika? Tutaj musimy na chwilę przystanąć. Nawiązując do jednej z powieści Gaimana pt. „Koralina”, można śmiało powiedzieć że miała ona niesamowity klimat, a mimo dziecinnej otoczki potrafiła porwać czytelnika i odizolować go od świata zewnętrznego. W „Chłopakach…” nie czujemy potencjału autora, wręcz przeciwnie, mamy wrażenie że nie dał z siebie wszystkiego. Książka która mogła by się wydawać kolejną obowiązkową pozycją zostaje zepchnięta z piedestału i ze spuszczoną głową przyjmuje rangę „dobrej książki”, co w tym wypadku nie jest powodem do radości.

Wróćmy jednak do spraw przyziemnych. Język którym została napisana jest prosty, lecz niezwykle przyjemny, czujemy w powieści samego Gaimana, lecz, jak już wspomniałem, nie w pełni swojej „pisarskiej mocy”. Książkę czyta się szybko, nie tracąc czasu na powroty do poprzednich stron w celu wyjaśnienia pewnych okoliczności. Fabuła jest niczym pajęcza sieć, początkowo poruszamy się jedynie po jej brzegach, by po upływie kolejnych stron przedostać się po przędzy do samego środka – gdzie wszystko ma swój koniec. Co do samego wydania to nie mam żadnych zastrzeżeń – brak literówek w połączeniu z dobrym tłumaczeniem jedynie powiększają przyjemność z czytania.

Interesującym aspektem w „Chłopakach Anansiego” jest obraz rodziny i relacji wśród jej członków – nie mówię tutaj jedynie o głównym bohaterze i jego krewnych, gdyż przez całą lekturę przetoczy się kilka ciekawych przykładów więzów rodzinnych. Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o kreacji bohaterów. Autor przygotował dla nas całą gamę charakterów, począwszy od tych dobrych i pozytywnych, przez obojętnych, kończąc na złych i przez nas pogardzanych. Każda z poznawanych przez nas osób posiada indywidualne cechy, wyróżniające je na tle innych bohaterów.

Podsumowując, „Chłopaki Anansiego” to powieść wieloelementowa. Praktycznie każdy znajdzie w niej coś dla siebie, choć w ogólnym rozrachunku nie prezentuje się już tak okazale. Rażących minusów nie dostrzegłem, jednakże przedstawiona przez autora powieść nie potrafiła na dobre przyciągnąć mojej uwagi. Owszem, czyta się ją szybko i przyjemnie, ale nie czujemy dreszczów emocji, nie zgrzytami zębami, nie wybuchamy śmiechem – po prostu czytamy, chyba oczekując czegoś nadzwyczaj zaskakującego. Dodam jeszcze że powieść należy do grona przewidywalnych.

Na koniec odpowiem na zadane w pierwszym akapicie pytanie, co do Neila Gaimana nadal uważam iż jest to niesłychanie utalentowany facet i z przyjemnością sięgnę po kolejne tytuły jego autorstwa – „Chłopaki Anansiego” są po prostu „Gaimanem na 70%”.

„Straż! Straż!” – Terry Pratchett

9 marca 2011 14 Komentarzy

Tytuł: „Straż! Straż!”

Cykl: Świat Dysku

Autor: Terry Pratchett

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 302

Data wydania:  1999

Ocena: 9/10

——————————

„Służba w Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją. Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym zaś nie pozostaje nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta – nawet gdyby musiał aresztować wszystkich jego mieszkańców…” – tak brzmi opis na odwrocie książki i to on wystarczająco nakreśla jej fabułę, nie zdradzając przy tym wielu interesujących wątków pobocznych. „Straż! Straż!” jest moim drugim spotkaniem ze Światem Dysku, które z wielu powodów mogę zaliczyć do znacznie bardziej przyjemnych.

Cóż takiego posiada ta książka czego próżno szukać w innych? Przede wszystkim specyficzny styl autora i olbrzymią dawkę humoru, absurdu, ironii i czego sobie jeszcze życzycie. Jeżeli chodzi o dobrą zabawę, tak wydaje mi się że to odpowiednie określenie, to Terry Pratchett śmiało może uchodzić za niedoścignionego mistrza w swej dziedzinie.

Sama fabuła, jak wspomina okładkowy opis, dotyczy perypetii Straży Nocnej Ankh-Morpork, jednostki niebywale zdegenerowanej, dla której warto ścigać przestępców nie tyle w celu ich złapania, a jedynie dla samej gonitwy. Jeżeli ktoś byłby w stanie zapanować nad tą skromną liczebnie, lecz niepokonaną w filozofowaniu i zaskakująco nieskuteczną jednostką, to tą osobą jest jedynie kapitan Vimes. Ów człek należy do ludzi odznaczających się cynizmem i wiernością dla swoich przekonać, który mimo licznych oponentów (czy to politycznych, czy wszelakiej maści zbrodniarzy) niestrudzenie piastuje swe niechlubne stanowisko. Pratchett w niebywały sposób nakreślił portrety wszystkich bohaterów, począwszy od wspomnianego Vimesa, przez choćby sierżanta Colona, do żółtodzioba Marchewy. Wszyscy oni posiadają indywidualne cechy charakteru i zachowania, niekiedy na tyle absurdalne że głęboko zapadają w pamięć. O samej konstrukcji świata powiem krótko, gdyż uniwersum Świata Dysku jest tak  rozbudowane, że ciężko by było w jakikolwiek sposób logicznie przedstawić jego całokształt. Jego najważniejszą cechą, co rzecz jasna dotyczy także samego Ankh-Morpork, są odrębne prawa rządzące światem i specyficzne prawdy Świata Dysku, umiejętnie wplatane w karty powieści. Jeżeli coś jest na tyle absurdalne, że wręcz niemożliwe w pratchettowskim świecie występuje na porządku dziennym i pod żadnym względem nie należy do anomalii.

Co prócz specyficznego humoru jest powodem dla którego warto zapoznać się z tą powieścią? Jak już wspomniałem styl Terrego Pratchetta. Język którym operuje jest niezwykle plastyczny i w niesłychany sposób działa na wyobraźnię czytelnika, nie potrafi nużyć, a wręcz przeciwnie, sprawia że zapadamy się w fabule niczym w ruchomych piaskach i nim się spostrzeżemy zapominamy o otaczającym nas świecie. W tym miejscu chciałbym złożyć podziękowania autorowi (szansa że to przeczyta jest jedna na milion :>), bo od czasu Josepha Hellera i jego „Paragrafu 22” nikt nie wywołał u mnie tak wielu niekontrolowanych napadów śmiechu.

Czy „Straż! Straż!” to dobra powieść na rozpoczęcie przygody z cyklem Świata Dysku? Jak najbardziej, o ile nowe powieści (jak choćby czytana przeze mnie „Prawda”) pod wieloma względami odnoszą się do wcześniejszych publikacji, o tyle „Straż! Straż!” powoli wprowadza nas w świat niesiony przez kosmos na grzbietach czterech ogromnych słoni, stojących na skorupie Wielkiego A’Tuina (żółwia). Większość nowych miejsc, czy bohaterów zostaje natychmiast scharakteryzowana, byśmy mieli jako taki wgląd w ich miejsce w konstrukcji Dysku.

Podsumowując, Terry Pratchett pisze swoje książki w niepowtarzalny sposób, który jedni uwielbiają, inni zaś nie są w stanie zaakceptować. Jedno jest pewne, każdy szanujący się czytelnik (a przede wszystkim zwolennik fantastyki) powinien przynajmniej dla zaspokojenia ciekawości zapoznać się z twórczością tego odznaczonego angielskim tytułem honorowym pisarza. Dla takich osób „Straż! Straż!” wydaje się być idealną pozycją, gdyż jako raczkujący badacze Dysku nie zostajemy obsypani terminologią i miejscami, które pojawiają się w kolejnych częściach cyklu, a delikatnie „brodzimy” po tymże świecie, przygotowując się do wypłynięcia na „głęboką wodę”. „Straż! Straż!” to powieść zaskakująca i nieprzewidywalna, w której każdy powinien znaleźć coś co trafi w jego gusta czytelnicze.

Polecam!

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]


Stosik #4

9 marca 2011 9 Komentarzy

Kolejna wizyta w bibliotece, prezent i błąkanie się po galerii w oczekiwaniu na upragniony autobus, to praktycznie wszystkie powody pojawienia się tychże właśnie książek.

Zapraszam do prezentacji stosiku, poczynając od dołu:

1. Tytuł: „Wylęgarnia: Śmierć zrodzona w Pradze”

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Ode mnie: Od jakiegoś czasu polowałem na Žambocha. Prawdę mówiąc miałem na myśli przede wszystkim opowiadania o Koniaszu, lecz w skutek wypożyczenia tychże powieści musiałem zadowolić się „Wylęgarnią”. Mam nadzieję że okaże się interesującą lekturą, a sam autor i sposób w jaki pisze przypadną mi do gustu.

2. Tytuł: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Północ – Południe”

Autor: Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph

Ode mnie: Zachęcony wieloma pochlebnymi recenzjami postanowiłem na własnej skórze przekonać się o prawdziwości tych opinii, tym bardziej że sprzyjały temu okoliczności. Ponad dwie godziny czekania na autobus + brak książki w plecaku = wyprawa do najbliższej księgarni po coś interesującego 🙂 Los chciał że już z daleka dostrzegłem tę fantastyczną okładkę 😉

3. Tytuł: „Dżozef”

Autor: Jakub Małecki

Wydawnictwo: W.A.B

Ode mnie: Zachęcony pochlebną recenzją blogera imieniem Paweł (Pablo vel. podsluch) nie miałem innego wyboru jak porwać ten tytuł z półki z nowościami w publicznej bibliotece 🙂

4. Tytuł: „Czystopis”

Autor: Siergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Po wciągającym „Brudnopisie” grzechem byłoby zapomnieć o jego kontynuacji 😉

5. Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

Ode mnie: Świetne opinie, blisko trzy miesiące oczekiwania w kolejce (szkoda tylko że z powodu przetrzymania tego tytułu, a nie tak ogromnej popularności) i wreszcie udało mi się zdobyć ten tytuł. Już same komentarze na okładce powodują gęsią skórkę, horror w którym to człowiek jest apogeum wszelkiego zła.

6. Tytuł: „Chłopaki w sofixach”

Autor: Jakub Porada

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ode mnie: Książka otrzymana od serwisu nakanapie.pl recenzja dostępna tutaj, jak również na wspomnianym portalu (klik).

7. Tytuł: „Chłopaki Anansiego”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Kolejne (po „Koralinie”) spotkanie z Gaimanem. Wprawdzie to nie planowani „Amerykańscy bogowie” czy „Dym i lustra”, ale i tak nie mogę narzekać ponieważ udało mi się upolować coś innego niż „M jak magia” która od dawna stoi nieruszona na bibliotecznej półce.

 

Kategorie:Stosiki, Wszystko Tagi:

„Chłopaki w sofixach” – Jakub Porada

4 marca 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „Chłopaki w sofixach”

Autor: Jakub Porada

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 232

Data wydania:  2011

Ocena: 6,5/10

——————————

Najlepiej ducha książki „Chłopaki w sofixach” oddaje zdanie znajdujące się na jej odwrocie: „Ironiczna, bawiąca do łez i szczera do bólu opowieść o dojrzewaniu w PRL-u”. Dokładnie tak bym ją opisał gdybym mógł użyć tylko kilku słów, na szczęście nikt nie narzucił mojej opinii żadnych ograniczeń słownych. Autorem powieści jest Jakub Porada, dziennikarz TVN i TVN24, pracował w TVP i Radiu Plus, absolwent politologii na Uniwersytecie Śląskim. Wspomniana książka jest jego debiutem literackim, jak zatem wypadła w czasach obfitujących w coraz to nowsze powieści autorstwa celebrytów? Czy jest to jedynie powieść odznaczająca się nazwiskiem autora czy też interesującą treścią? Na te i inne pytania postaram się wkrótce odpowiedzieć.

Prawdę powiedziawszy najbardziej obawiałem się iż książka będzie nudzącą autobiografią, której najciekawszym elementem może być jedynie okładka, ale ku mojej radości owe obawy okazały się bezpodstawne. Zacznijmy od początku; mimo iż na wspomnianym odwrocie widnieje także sformułowanie: „To nie jest pamiętnik z okresu dojrzewania […]”, mam nieodparte wrażenie że tak właśnie jest. Autor przenosi nas w lata swojej młodości zapraszając na jedno z kieleckich blokowisk – miejsce gdzie przyszło mu egzystować w jednym z najbardziej znaczących, a na pewno pamiętnych, okresów życia każdego człowieka. Razem z nim odkrywamy tajemnice skrywane wśród szaro-burych budynków, a towarzyszący mu koledzy niczym nie ustępują prawdziwym bohaterom literackim. Mimo iż nie poznajemy szczegółów z ich życiorysu, zarysowane przez autora cechy charakteru i liczne przygody w pełni oddają głęboką osobowość tych postaci. Nie będę ukrywał że dotychczas PRL (bo sam ze względu na wiek nie byłem jego „aktywnym uczestnikiem”) jawił mi się jako czas kartek na mięso, octu na półkach, alkoholu sprzedawanego po 13 i innych mniej lub bardziej znanych z opowiadań określeń. Pan Porada pokazał że te słowa pod żadnych pozorem nie oddają wszystkich cech tych czasów, a są jedynie wierzchołkiem góry lodowej, której prawdziwe oblicze ukrywa się pod taflą oceanu. Towarzysząc narratorowi w jego dojrzewaniu dowiadujemy się m.in. w jaki sposób podrywało się dziewczyny, dlaczego tak ważne było nauczenie rodzicielki funkcji nagrywania w starym magnetofonie i czy wyrzucenie telewizora z mieszkania było oznaką głupoty czy też objawem godnym najwyższej pochwały? Po za wieloma wątkami fabularnymi dostrzegamy liczne fragmenty które zmuszają nas do przemyśleń, a prócz tego, na dokładkę autor umiejętnie wplótł w fabułę wiele informacji na temat historii polskiej sceny muzycznej i kierunków w jakich się rozwijała.

Książka składa się z 10. rozdziałów, z których każdy porusza inny epizod z życia młodego Jakuba Porady. Sam język jest prosty, przyjemny i niekiedy wręcz zaskakujący, gdyż autor nie bał się używać wulgaryzmów i cytować dość sugestywne odzywki młodocianych filozofów. Na deser dochodzą liczne odwołania do filmów, książek i muzyki, dzięki czemu najbardziej ciekawscy będą mogli spędzić dodatkowe godziny na wyszukiwaniu wspomnianych przez autora piosenek czy scen.

Czy książka wyróżnia się w tłumie „debiutów” i zasługuje na poznanie? Według mnie tak. Gdyby każdy z nas czytał ją bez wcześniejszego spojrzenia na okładkę, miałby niewiarygodne problemy z powiązaniem jej ze znanym dziennikarzem. Na pierwszy rzut oka to pełna humoru opowieść o dorastaniu pewnego chłopaka, który mimo trudnych czasów szukał szczęścia przy każdej możliwej okazji. „Chłopaki w sofixach” są przykładem że samo życie pisze najlepsze scenariusze.

Podsumowując, kontakt z powieścią Jakuba Porady dla ludzi nie zaznajomionych z czasami PRL-u będzie przyjemną podróżą w czasie, a sam autor odkryje przed nami wiele interesujących wątków z jego młodości i czasów w których niejednokrotnie przyszło mu oberwać po głowie, dla innych zaś, tych którzy PRL odczuli na własnej skórze, będzie niezapomnianymi godzinami spędzonymi na wspominaniu dawnych lat. „Chłopaki w sofixach” to nie tylko opowieść o porywach młodości…

„Poruszająca i pouczająca opowieść Kuby Porady o Kubie Poradzie, jakiego nie znałem. Można się z niej dowiedzieć, jak to się stało, że Kuba nie jest dziś ani aktorem, ani muzykiem, ani… bandytą.”

Grzegorz Miecugow

——————————

Książkę otrzymałem od serwisu nakanapie.pl za co serdecznie dziękuję.