Spóźnione recenzje

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!

Reklamy
  1. 26 Maj 2011 o 05:37

    Zdecydowanie muszę przeczytać Murakamiego!!! Kusi mnie bardzo i mam nadzieję, że niedługo mi się to uda:). Pozdrawiam:)

  2. viv
    26 Maj 2011 o 05:56

    Widzę, że ta cisza u Ciebie to była przed burzą! To dopiero wysyp recenzji! I Patrole, i Maurakamiego mam już w planach. Po Twojej entuzjastycznej recenzji bardzo poważnie rozważam dodanie do listy także „Brudnej roboty” 🙂

  3. 26 Maj 2011 o 14:59

    O „Krawędzi żelaza” już kiedyś słyszałam, ale wahałam się – przeczytać czy nie, teraz chyba jednak sobie odpuszczę. Za to bardzo zainteresowałeś mnie „Nocnym patrolem” i „Brudną robotą”. Może kiedyś uda mi się je dopaść, a wtedy na pewno przeczytam 🙂

  4. 26 Maj 2011 o 17:58

    nieźle!
    widzę, że Moore Cię wciągnął? Wiedziałam!

  5. 26 Maj 2011 o 18:21

    Kurczę jak nic to nic, ale jak już zabierzesz się za pisanie to fundujesz nam maraton 😀 Super ! 🙂
    Bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że „Nocny patrol” Ci się spodobał ! Czytaj kolejne tomy, na pewno się nie rozczarujesz 🙂
    W pisaniu Murakami’ego się zakochałam i cieszy mnie każde dobre słowo na temat jego twórczości. „Sputnik…” jeszcze przede mną, ale na pewno w bliższej przyszłości.

    Pozostałe dwie pozycje jakoś specjalnie mnie nie pociągają, ale recenzje pochłonęłam jak gąbka.

    Dobrze, że wróciłeś 🙂
    Pozdrawiam 🙂

  6. 26 Maj 2011 o 23:09

    Patrole są super! Reszty książek niestety, jak na razie, nie znam. Postaram się poprawić 🙂

  7. 27 Maj 2011 o 12:52

    Patrole istotnie dobre, bierzesz się za całość?
    Moore mnie ostatnio aniołem rozczarował, toteż na razie nie zamierzam sięgać. 🙂

  8. 27 Maj 2011 o 14:11

    Murakamiego i Moore’a mam w planach 🙂

  9. 27 Maj 2011 o 17:36

    Witaj Maks! Chciałam tylko powiedzieć, że dobrze, że jesteś z powrotem i pogratulować wysypu recenzji. 🙂 😉

  10. 27 Maj 2011 o 20:43

    Proszę, proszę – ledwo wrócił już nas zasypał 4 recenzjami 😀 Super Maks 😉

    Ja zacznę od końca. Od Moora. Ani „Paragrafu22” ani tej książki nie czytałam, ale czytałam obydwie Twoje recenzje, więc jedynie mogę powiedzieć, że mnie zainteresowałeś tymi książkami. Wiem, czego szukać w bibliotece 😉
    Co do „Krawędzi Żelaza” to nie jestem do końca zdecydowana… zresztą widać, nie jest to też najlepszych lotów fantastyka, bo tylko 6/10.
    Murakami 😀 Cieszę się, że Ci się podobał. Polecam Ci teraz, jak znajdziesz czas „Kronikę Ptaka Nakręcacza”.
    O „Nocnym patrolu” pierwsze słyszę, ale widać, że jest to dobra książka, dlatego dopisuję jako kolejną do listy książek do przeczytania 🙂
    Pozdrawiam serdecznie!

  11. 27 Maj 2011 o 21:11

    A już się bałam, że w jakiejś internetowej czarnej dziurze zginąłeś. Oj, czułam, że staniesz się fanem „Nocnego patrolu”. Czytałam tylko jedną książkę Moore’a i nie strawiłam, może kiedyś po niego sięgnę. I chyba jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie czytała Murakamiego…

  12. 30 Maj 2011 o 15:04

    @Kasandra – Oj musisz, musisz 🙂 Przeczuwam, że Ci się spodoba.

    @Viv – „Brudna robota” to świetna pozycja do poprawy samopoczucia, także jeśli złapie Cię jakaś chandra czy coś (czego Ci rzecz jasna nie życzę), nie zastanawiaj się zbyt długo tylko zdobądź powieść Moore’a 🙂

    @Izaa – Zachęcam, bo naprawdę warto 😉

    @Magda – Jak mógłby nie wciągnąć!:D Świetnie się przy nim bawiłem.

    @Arsenka – Na 1000% przeczytam kolejne tomy Patrolów, o to się nie martw 😉

    @Alannada – Nieładnie!:P Coraz więcej przychylnych opinii na temat Patrolów 😉

    @Agnes – Oczywiście, że tak 🙂 Choć najpierw nadrobię zaległości w prywatnych zbiorach 🙂

    @Zaczytana-w-chmurach – I bardzo dobrze!:)

    @Finkaa – Dziękuję, choć teraz mam masakryczny wysyp kolokwium, jak to zwykle ma miejsce przed sesją ;(

    @Miqa – No ładnie, człowiek ma naukę na głowie, a Ty mi kolejne powieści podsuwasz!:P Mimo to, będę musiał rozglądnąć się za tym „Nakręcaczem”, bo grzechem byłoby przejść obojętnie 🙂 Ty zaś w ramach „wymiany” przeczytaj w wolnej chwili „Nocny Patrol” 🙂

    @Grendella – Mało brakowało i by mnie wessało 🙂 Choć teraz wcale nie jest lepiej, na mym kursie, jak już wspomniałem, pojawił się deszcz meteorytów, tj. kolokwiów ;( Co do Murakamiego to będziesz musiała nadrobić zaległości 🙂

    @WSZYSCY – Przepraszam, jeśli w najbliższych dniach nie zaglądnę na wasze blogi, staram się je czytać regularnie, choć nie zawsze mam czas odpowiedzieć – warunki mobilne mówią same za siebie. Sesja na horyzoncie – trzymajcie kciuki!:>

  13. 30 Maj 2011 o 20:40

    Będziemy na pewno trzymać kciuki, chociaż myślę, że wielu z nas, w tym oczywiście mi, też by się przydały. 🙂

    • 4 czerwca 2011 o 16:09

      W kwestii sesji, siedzę po przeciwnej stronie biurka ;), ale też łatwo nie jest 😉

  14. 31 Maj 2011 o 07:44

    czytałam „Brudną robotę” i do tej pory jestem pod miłym wrażeniem. 🙂 Muszę wrócić do Moore’a koniecznie. 🙂

    Pozdrawiam i witam po przerwie. 🙂 No i powodzenia w czasie sesji !
    http://ksiazkowka.blox.pl

  15. 31 Maj 2011 o 17:04

    Łukjanienko super – cieszę się, że Ci się podobało, chociaż własciwie tego się spodziewałam. Równie bardzo cieszę się z Moore’a, którego humor jest dla mnie rewelacyjny. 🙂 Właściwie chyba jedyny pisarz, którego czytanie naprawdę mnie odpręża.

  16. 1 czerwca 2011 o 04:58

    Musze koniecznie do Moore’a wrócić ! 🙂

    Powodzenia na sesji ! Pozdrawiam
    http://ksiazkowka.blox.pl

  17. 4 czerwca 2011 o 20:49

    W końcu jest „Nocny patrol”! Wiedziałam, że Ci się spodoba. To teraz szybciutko reszta patroli:) Murakamiego planuję przeczytać (tylko nie wiem, kiedy…) a Moore chyba mnie jakoś nie pociąga. Sama nie wiem, dlaczego. Ale pewnie po niego sięgnę, żeby sobie własną opinię wyrobić:) Powodzenia w walce z sesją!

  18. 6 czerwca 2011 o 23:43

    @finkaa – Dziękuję, odwdzięczę się tym samym 🙂

    @Grendella – O kurcze!:D A to Ci niespodzianka 😉 Dotychczas myślałem, że sesja to przede wszystkim wysiłek studentów 🙂

    @Książkówka – Czemu by nie 🙂 Jeśli tylko znajdziesz wolną chwilę zachęcam 😉

    @Beatrix – Prawdę powiedziawszy ciężko mi wyobrazić sobie zwolennika fantastyki któremu „Nocny Patrol” nie przypadłby do gustu 🙂 Co zaś tyczy się Moore’a to dla mnie, obok Pratchetta, przykład idealnego „odstresowywacza” 😉

    @Milvanna – (Nie)dziękuję 🙂 Zachęcam do poznania Moore’a choćby dla tego, jak wspomniałaś, by wypracować sobie indywidualną opinię 🙂 Na resztę Patroli poluję, ale póki co, niestety bezskutecznie ;( Choć z drugiej strony dobrze wiedzieć, że jest tak popularny wśród czytelników odwiedzanych przeze mnie bibliotek 😉

    • 7 czerwca 2011 o 09:19

      Też miałam problem z „Dziennym patrole”. Tak się składa, że teraz posiadam już wszystkie na mojej półce i chętnie je wypożyczę:) Zrobię niemal wszystko, żeby rozpowszechniać ten cykl;)

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: