Archiwum

Archive for Sierpień 2011

„44 Scotland Street” – Alexander McCall Smith

23 sierpnia 2011 8 komentarzy

Tytuł: „44 Scotland Street”

Autor: Alexander McCall Smith

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 301

Data wydania: 2010

cena: 7,5/10

——————————

„W kamienicy pod numerem 44 żyją nietuzinkowi mieszkańcy miasta, a czytelnik śledzi ich codzienne, czasami dość ekscentryczne przygody.”

Tyle słowem wstępu, zważywszy jednocześnie na spory opis na okładce, jak również (albo przede wszystkim) niesamowite zróżnicowanie fabularne książki, którego jakakolwiek próba streszczenia skończyłaby się kompletnym fiaskiem. Autorem powieści jest Alexander McCall Smith, który zafascynowany publikowanymi niegdyś w gazetach kolejnymi odcinkami powieści postanowił stworzyć coś podobnego, jednakże umieszczając ów „serial” w formie książki. Czy coś takiego ma szansę nadal zainteresować czytelników? Otóż jestem przekonany, że cokolwiek sobie teraz pomyślicie i tak nie będzie miało większego znaczenia w starciu z tym obyczajowym „parowozikiem” jakim jest ów tytuł.

Osobiście jestem niezwykle zaskoczony, że tak odległa gatunkowo książka mogła mi przypaść do gustu, co więcej, mam niesłychaną ochotę na kolejne odcinki „Scotland Street 44” i zastanawiam się, co by tu zrobić by się do nich „dobrać”. Zaprzestanę jednak tego emocjonalnego ględzenia i postaram się rzeczowo zrecenzować ową pozycję.

Pierwszą cechą książki która rzuca się w oczy, albo inaczej daje się odczuć, jest sprytny pomysł z krótkimi rozdziałami, w skutek czego naprawdę ciężko oderwać się do lektury. Za każdym kolejnym powtarzamy sobie: „Ten już naprawdę ostatni na dziś”, a mimo to brniemy dalej przed siebie. Kolejną, chyba mogę śmiało powiedzieć najważniejszą cechą są jej bohaterowie, nie są oni mdli i bezbarwni jak ci których można zobaczyć w telewizyjnych serialach, nie są nam obcy, wręcz przeciwnie, przywiązujemy się do nich. Jednych uwielbiamy, podziwiamy, inni zaś dosłownie działają nam na nerwy w takim stopniu, że mamy ochotę wejść w strony powieści i przemówić im do rozsądku. Nie sposób jednak skupić się na wspomnianej we wstępie fabule. Choć na pierwszy rzut oka wyobrażamy sobie szarą i nudną kamienicę, pełną wrzeszczących dzieciaków, znudzonych staruszków i zapracowanych małżeństw, to nie sposób przetrzeć oczy ze zdziwienia widząc tak ciekawe perypetie głównych bohaterów. Fabuła jest niesłychanie dynamiczna, co na taki gatunek wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Wielokrotnie występujące zwroty akcji działają tylko i wyłącznie na jej korzyść. Kolejną cechą która rzuciła mi się w oczy jest interesująca prezentacja społeczeństwa szkockiego, w którego życiu ważną rolę odgrywa miejsce zamieszkania i stosunek do mieszkańców innych miast. Śmietanka Edynburgu zostaje pokazana w pełnej krasie. Nie będę ukrywał, że swego czasu byłem w tymże mieście, co w pewnym stopniu pozwoliło mi czerpać jeszcze większą przyjemność z przytaczanych przez autora smaczków dotyczących przede wszystkim jego piękna. Co do samego wydania, bardzo podobały mi się zamieszczone w książce ilustracje, które idealnie oddawały sedno kolejnych rozdziałów, literówek się nie dopatrzyłem.

Podsumowując, „44 Scotland Street” to powieść dla każdego, nawet tak niezaznajomiony z tym gatunkiem czytelnik jak ja, znajdzie w niej wiele wątków które przykują jego uwagę. Jest to kolejny tytuł który świadczy o tym, że nie wolno oceniać książki po okładce bo zawarta w niej treść może niesłychanie nas zaskoczyć. Chciałbym jeszcze dodać, że podczas lektury miałem wrażenie ciepła bijącego z kartek powieści, może się to wydawać dziwne, ale czytelnik nie czuł się jak chłodny obserwator losów bohaterów, wręcz przeciwnie, miało się wrażenie, że od dobrych kilku lat mieszka się w sąsiedztwie, a zapach parzonej przez panią Domenicę herbaty ukradkiem wślizguje się pod drzwiami naszego mieszkania. Jestem niesłychanie ciekaw dalszych losów bohaterów.

————

„44 Scotland Street” mogłem przeczytać dzięki akcji: „Książka na wakacjach” organizowanej przez Magdę – za co bardzo dziękuję.

„Hyperversum” – Cecilia Randall

15 sierpnia 2011 10 komentarzy

Tytuł: „Hyperversum”

Autor: Cecilia Randall

Wydawnictwo: Esprit

Liczba stron: 768

Data wydania: 2011

cena: 7,5/10

——————————

„Ostrzegali Cię przed spędzaniem całego wolnego czasu w wirtualnym świecie gier komputerowych? Mieli rację…

Wyobraź sobie komputerową grę RPG, która pozwala nie tylko śledzić losy bohaterów, ale wejść w ich skórę. Która zaciera granicę pomiędzy rzeczywistością a światem wirtualnym. Taka gra nazywa się Hyperversum. Daniel, Ian i Jodie przenoszą się do XIII-wiecznej Francji, żeby w świecie wirtualnym przeżyć największą przygodę swojego życia. W wyniku awarii systemu fikcja miesza się z rzeczywistością, a powrót do teraźniejszości wydaje się niemożliwy.”

Jako zatwardziały fan gier z serii RPG nie mogłem przejść obojętnie obok tego tytułu. Zapewne nie jestem jedynym który zastanawiał się jak to jest dosłownie wcielić się w skórę prowadzonego przez nas bohatera. Daniel, Ian i pozostali mieli okazję tego doświadczyć, czy w związku z tym spełniły się ich wyobrażenia odnośnie pełnego wczucia się w grę, gdzie obraz i dźwięk nie są jedyną formą przekazu informacji i bodźców zewnętrznych? Autorką książki jest Cecilia Randall, pani zupełnie mi obca, której powieść miała zapewne odnieść sukces wśród polskiej młodzieży za sprawą akcji reklamowej. Choć nie jestem zwolennikiem reklamowanych tytułów, a wśród zaprezentowanych na okładce patronów medialnych jest kilka czasopism/portali które omijam szerokim łukiem, nie mogłem odmówić sobie przyjrzenia się z bliska powieści dotyczącej mojego ulubionego gatunku gier komputerowych. Jak wrażenia? „Średnio, na jeża”.

Nie będę ukrywał, że jest to powieść stricte rozrywkowa, zwolennicy książek historycznych mogą znaleźć w niej wiele delikatnie mówiąc nagięć rzeczywistości, co autorka wyjaśnia w notce i do czego ma pełne prawo. Choć sam format książki przeraża – 750 stron formatu A5, nie wydaje się lekturą na jeden wieczór, to wbrew pozorom ciężko natknąć się na dłużyzny i niepotrzebne fragmenty, powiem więcej, niejednokrotnie fabuła zostaje przyspieszona, by dotrzeć do kolejnego punktu kulminacyjnego, jednym słowem – wartka akcja. Tak się składa, że po za pomysłem jest to jedyna poważna zaleta książki.

Mimo, iż mamy do czynienia z życiem na dworach, turniejami rycerskimi, polowaniami i innymi miejscami które nieodzownie kojarzą mi się z intrygami, te zostały co by nie mówić na poziomie przyziemnym. Uwielbiam powieści gdzie fabuła zmienia się tak często jak pogoda, natomiast w przypadku Hyperversum wszystko podążą jak po sznurku, brnąc niestrudzenie ku dawno przewidzianemu zakończeniu, w pewnym sensie kojarzy mi się ona z pierwszym tomem „Opowieści z Narnii”, a której ekranizacja zapewne przyciągnęłaby do kin całe rodziny żądne przygód rodem z „Obłędnego rycerza”. 

Kolejnym, co by nie mówić mankamentem powieści jest język, pani Randall brakuje pewnych umiejętności by w pełni „kupić” czytelnika. Piękno epoki, średniowiecznych budowli zostało oddane w sposób niestaranny, przez co jedynymi osobami które się tym zachwycają są główni bohaterowie, my zaś mamy przed oczyma marny obraz 2D, czy też raczej delikatny, ołówkowy szkic.

Przejdźmy teraz do bohaterów, ich portrety nie zostały w pełni zarysowane przez co jedyną wizualizacją są okładkowe ilustracje, choć śmiem przypuszczać, iż nie oddają one w pełni zamysłu autorki (choćby dlatego, że Ian miał mieć długie włosy). Co do ich charakterów, to są oni nosicielami pewnych cech i tak powinni być postrzegani, coś w stylu boysbandu (tyle, że z udziałem kobiet): ten jest silny i ma czarne włosy, tamten ma jasne i strzela z łuku, a jeszcze inny się pięknie uśmiecha i uwielbia zwierzęta. Troszkę mi zabrakło zagłębienia się w psychikę bohaterów, nawet ich refleksje wydają się strasznie powierzchowne.

Chcąc podsumować książkę nie sposób przymknąć oczy na niedociągnięcia, jednak patrząc z zupełnie innej perspektywy, oczekując jedynie rozrywki, jak w kinie familijnym podczas niedzielnego obiadu, mamy do czynienia z dość interesującym tytułem. Hyperversum to powieść oczekująca od czytelnika jedynie zainteresowania, co wynagrodzi solidną dawką przygody. Choć tytułowi w wielu aspektach daleko do kolegów i koleżanek z gatunku fantastyki, to w ramach przerwy między poważnymi pozycjami, czy też z zamiarem zrobienia prezentu nastolatkowi zafascynowanemu średniowieczem, powinna być w sam raz.

Hyperversum. Daj się wciągnąć.  – ja spróbowałem, ale głowa najwyraźniej pozostała w rzeczywistości.

 

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

 

„Las cieni” – Franck Thilliez

4 sierpnia 2011 9 komentarzy

Tytuł: „Las cieni”

Autor: Franck Thilliez

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 360

Data wydania: 2008

Ocena: 8,5/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu, a to ze względu na jego sporą objętość, jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że za wszelką cenę staram się zwiększyć długość recenzji – co to, to nie! Mimo wszystko, nie odstępując od przyjętej przeze mnie konwencji, na początku postaram się zarysować nieco fabułę.

David Miller, głowa rodziny, pracownik zakładu zajmującego się przygotowywaniem zwłok do pochówku, w wolnym czasie pisarz kryminałów, któregoś dnia otrzymuje dość niespodziewaną propozycję. Pewien sparaliżowany milioner prosi go o napisanie książki na podstawie jego własnych pomysłów – za co rzecz jasna sowicie go wynagrodzi. Dodatkowo zapewnia miesięczny wyjazd w góry, by bohater mógł w spokoju pracować nad swoją powieścią. Wszystko byłoby idealnie, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu David i jego rodzina są nękani przez zakochaną w nim do szaleństwa kobietę. Czy ten wyjazd pozwoli im zapomnieć o problemach, a jednocześnie będzie okazją do startu w nowe lepsze życie? O tym będziecie się musieli dowiedzieć samodzielnie. Ten dość lakoniczny opis może na pierwszy rzut oka odpychać czy choćby nie zachęcać do lektury, ale zapewniam was, to jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, a gdyby ktoś nakręcił film na jego podstawie z chęcią bym go obejrzał.

Autorem „Lasu cieni” jest Franck Thilliez, jak dla mnie zupełnie obcy pisarz, z którym spotkałem się po raz pierwszy (co nie oznacza, że ostatni), jednak z noty na okładce wynika, że jest to niezwykle popularny we Francji autor kryminałów – zwolennicy tego gatunku zapewne znają pana Francka, a jeśli nie, to powinni poznać go jak najszybciej.

Co takiego powinien mieć bardzo dobry kryminał i czy te cechy mają swoje odbicie w książce?

  • Suspens – to chyba jedna z największych zalet powieści Thillieza, autor od początku do końca misternie realizuje swój plan, zaskakując nas coraz to nowszymi zwrotami akcji i wieloma ślepymi uliczkami, w które zapewne niejednokrotnie zabrniemy starając się przed czasem rozwikłać kryminalną zagadkę.
  • Klimat – tutaj go nie brakuje, choć początkowo miejsce akcji może nam się kojarzyć z tym znanym z „Lśnienia” Kinga, to zapewniam was, że wrażenie to szybko minie, a my będziemy czerpać niesamowitą przyjemność z poznawania otaczającego bohaterów świata. Dodajmy do tego atmosferę towarzyszącą ich „przygodzie”, dawno nie miałem okazji odczuć tak ciężkiego klimatu, który wręcz emanuje z książki.
  • Pomysł – chociaż nie jestem starym wyjadaczem kryminalistyki, to śmiem twierdzić, że w ogólnym morzu tytułów naprawdę ciężko natknąć się na coś nowatorskiego. Pomysł na powieść zawarty w „Lesie cieni” zapewne jest nieco oklepany, jednak mimo wszystko autorowi udaje się na dobre wciągnąć nas w karty powieści, a to chyba najważniejsze.
  • Bohaterowie – Thilliez postarał się by jego postacie były autentyczne, przez co śmiało możemy stwierdzić, iż samodzielnie, z własnej woli nie wplątują się w kłopoty, jak to często ma miejsce w horrorach klasy B. Do tego czytelnik zżywa się z nimi i z uwagą śledzi każdy kolejny krok wykonywany przez bohaterów.

Napomknę jeszcze, że naprawdę rzadko zdarza się bym w jeden dzień „pochłonął” książkę, ale w tym przypadku nie potrafiłem spokojnie usiedzieć, nie wiedząc co takiego autor przygotował dla mnie na kolejnej stronie powieści.

Co do samego wydania, to nie mam większych zastrzeżeń, literówek się nie dopatrzyłem, albo nie pamiętam, jednak jest pewien niuans który nie może mi dać spokoju. Nie wiem czy to styl francuskiego pisarza czy też autorski pomysł wydawcy, ale dodawanie „…” (trzech kropek) po każdych trzech, czterech słowach wydaje się czymś, co by nie mówić, dziwnym. Nie wiem czy bohaterowie są aż tak oderwani od rzeczywistości, że w jednym zdaniu muszą „kropkować” czterokrotnie, czy też miał być to sposób na napisanie równo 350 stron (bez epilogu) – jednak nawet do tego możemy się przyzwyczaić, choć mi osobiście przyszło to z trudem. Czy książka jest wolna od wad? Zapewne nie, choć mi jako „żółtodziobowi kryminalistyki” ciężko było wypatrzyć te związane stricte z gatunkiem. Jeśli chodzi o odbiór powieści przez szarego czytelnika, to jestem pod naprawdę dużym wrażeniem. Nawet „Dziesięciu murzynków” A. Christie nie odcisnęło na mnie takiego „piętna” przyjemności.

Podsumowując „Las cieni” to kawał porządnego kryminału, a logo na okładce sygnujące serię dobrych kryminałów publikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest jak najbardziej na miejscu. Jeśli macie ochotę na potężna dawkę grozy przyprawioną szczyptą brutalności (przynajmniej wg mojego „miernika”) to jest to tytuł dla was. Jest to mroczny kryminał, który zapewne da się wam we znaki.

Polecam!