Archiwum

Archive for the ‘Opinie’ Category

„44 Scotland Street” – Alexander McCall Smith

23 sierpnia 2011 8 Komentarzy

Tytuł: „44 Scotland Street”

Autor: Alexander McCall Smith

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 301

Data wydania: 2010

cena: 7,5/10

——————————

„W kamienicy pod numerem 44 żyją nietuzinkowi mieszkańcy miasta, a czytelnik śledzi ich codzienne, czasami dość ekscentryczne przygody.”

Tyle słowem wstępu, zważywszy jednocześnie na spory opis na okładce, jak również (albo przede wszystkim) niesamowite zróżnicowanie fabularne książki, którego jakakolwiek próba streszczenia skończyłaby się kompletnym fiaskiem. Autorem powieści jest Alexander McCall Smith, który zafascynowany publikowanymi niegdyś w gazetach kolejnymi odcinkami powieści postanowił stworzyć coś podobnego, jednakże umieszczając ów „serial” w formie książki. Czy coś takiego ma szansę nadal zainteresować czytelników? Otóż jestem przekonany, że cokolwiek sobie teraz pomyślicie i tak nie będzie miało większego znaczenia w starciu z tym obyczajowym „parowozikiem” jakim jest ów tytuł.

Osobiście jestem niezwykle zaskoczony, że tak odległa gatunkowo książka mogła mi przypaść do gustu, co więcej, mam niesłychaną ochotę na kolejne odcinki „Scotland Street 44” i zastanawiam się, co by tu zrobić by się do nich „dobrać”. Zaprzestanę jednak tego emocjonalnego ględzenia i postaram się rzeczowo zrecenzować ową pozycję.

Pierwszą cechą książki która rzuca się w oczy, albo inaczej daje się odczuć, jest sprytny pomysł z krótkimi rozdziałami, w skutek czego naprawdę ciężko oderwać się do lektury. Za każdym kolejnym powtarzamy sobie: „Ten już naprawdę ostatni na dziś”, a mimo to brniemy dalej przed siebie. Kolejną, chyba mogę śmiało powiedzieć najważniejszą cechą są jej bohaterowie, nie są oni mdli i bezbarwni jak ci których można zobaczyć w telewizyjnych serialach, nie są nam obcy, wręcz przeciwnie, przywiązujemy się do nich. Jednych uwielbiamy, podziwiamy, inni zaś dosłownie działają nam na nerwy w takim stopniu, że mamy ochotę wejść w strony powieści i przemówić im do rozsądku. Nie sposób jednak skupić się na wspomnianej we wstępie fabule. Choć na pierwszy rzut oka wyobrażamy sobie szarą i nudną kamienicę, pełną wrzeszczących dzieciaków, znudzonych staruszków i zapracowanych małżeństw, to nie sposób przetrzeć oczy ze zdziwienia widząc tak ciekawe perypetie głównych bohaterów. Fabuła jest niesłychanie dynamiczna, co na taki gatunek wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Wielokrotnie występujące zwroty akcji działają tylko i wyłącznie na jej korzyść. Kolejną cechą która rzuciła mi się w oczy jest interesująca prezentacja społeczeństwa szkockiego, w którego życiu ważną rolę odgrywa miejsce zamieszkania i stosunek do mieszkańców innych miast. Śmietanka Edynburgu zostaje pokazana w pełnej krasie. Nie będę ukrywał, że swego czasu byłem w tymże mieście, co w pewnym stopniu pozwoliło mi czerpać jeszcze większą przyjemność z przytaczanych przez autora smaczków dotyczących przede wszystkim jego piękna. Co do samego wydania, bardzo podobały mi się zamieszczone w książce ilustracje, które idealnie oddawały sedno kolejnych rozdziałów, literówek się nie dopatrzyłem.

Podsumowując, „44 Scotland Street” to powieść dla każdego, nawet tak niezaznajomiony z tym gatunkiem czytelnik jak ja, znajdzie w niej wiele wątków które przykują jego uwagę. Jest to kolejny tytuł który świadczy o tym, że nie wolno oceniać książki po okładce bo zawarta w niej treść może niesłychanie nas zaskoczyć. Chciałbym jeszcze dodać, że podczas lektury miałem wrażenie ciepła bijącego z kartek powieści, może się to wydawać dziwne, ale czytelnik nie czuł się jak chłodny obserwator losów bohaterów, wręcz przeciwnie, miało się wrażenie, że od dobrych kilku lat mieszka się w sąsiedztwie, a zapach parzonej przez panią Domenicę herbaty ukradkiem wślizguje się pod drzwiami naszego mieszkania. Jestem niesłychanie ciekaw dalszych losów bohaterów.

————

„44 Scotland Street” mogłem przeczytać dzięki akcji: „Książka na wakacjach” organizowanej przez Magdę – za co bardzo dziękuję.

Reklamy

„Hyperversum” – Cecilia Randall

15 sierpnia 2011 10 Komentarzy

Tytuł: „Hyperversum”

Autor: Cecilia Randall

Wydawnictwo: Esprit

Liczba stron: 768

Data wydania: 2011

cena: 7,5/10

——————————

„Ostrzegali Cię przed spędzaniem całego wolnego czasu w wirtualnym świecie gier komputerowych? Mieli rację…

Wyobraź sobie komputerową grę RPG, która pozwala nie tylko śledzić losy bohaterów, ale wejść w ich skórę. Która zaciera granicę pomiędzy rzeczywistością a światem wirtualnym. Taka gra nazywa się Hyperversum. Daniel, Ian i Jodie przenoszą się do XIII-wiecznej Francji, żeby w świecie wirtualnym przeżyć największą przygodę swojego życia. W wyniku awarii systemu fikcja miesza się z rzeczywistością, a powrót do teraźniejszości wydaje się niemożliwy.”

Jako zatwardziały fan gier z serii RPG nie mogłem przejść obojętnie obok tego tytułu. Zapewne nie jestem jedynym który zastanawiał się jak to jest dosłownie wcielić się w skórę prowadzonego przez nas bohatera. Daniel, Ian i pozostali mieli okazję tego doświadczyć, czy w związku z tym spełniły się ich wyobrażenia odnośnie pełnego wczucia się w grę, gdzie obraz i dźwięk nie są jedyną formą przekazu informacji i bodźców zewnętrznych? Autorką książki jest Cecilia Randall, pani zupełnie mi obca, której powieść miała zapewne odnieść sukces wśród polskiej młodzieży za sprawą akcji reklamowej. Choć nie jestem zwolennikiem reklamowanych tytułów, a wśród zaprezentowanych na okładce patronów medialnych jest kilka czasopism/portali które omijam szerokim łukiem, nie mogłem odmówić sobie przyjrzenia się z bliska powieści dotyczącej mojego ulubionego gatunku gier komputerowych. Jak wrażenia? „Średnio, na jeża”.

Nie będę ukrywał, że jest to powieść stricte rozrywkowa, zwolennicy książek historycznych mogą znaleźć w niej wiele delikatnie mówiąc nagięć rzeczywistości, co autorka wyjaśnia w notce i do czego ma pełne prawo. Choć sam format książki przeraża – 750 stron formatu A5, nie wydaje się lekturą na jeden wieczór, to wbrew pozorom ciężko natknąć się na dłużyzny i niepotrzebne fragmenty, powiem więcej, niejednokrotnie fabuła zostaje przyspieszona, by dotrzeć do kolejnego punktu kulminacyjnego, jednym słowem – wartka akcja. Tak się składa, że po za pomysłem jest to jedyna poważna zaleta książki.

Mimo, iż mamy do czynienia z życiem na dworach, turniejami rycerskimi, polowaniami i innymi miejscami które nieodzownie kojarzą mi się z intrygami, te zostały co by nie mówić na poziomie przyziemnym. Uwielbiam powieści gdzie fabuła zmienia się tak często jak pogoda, natomiast w przypadku Hyperversum wszystko podążą jak po sznurku, brnąc niestrudzenie ku dawno przewidzianemu zakończeniu, w pewnym sensie kojarzy mi się ona z pierwszym tomem „Opowieści z Narnii”, a której ekranizacja zapewne przyciągnęłaby do kin całe rodziny żądne przygód rodem z „Obłędnego rycerza”. 

Kolejnym, co by nie mówić mankamentem powieści jest język, pani Randall brakuje pewnych umiejętności by w pełni „kupić” czytelnika. Piękno epoki, średniowiecznych budowli zostało oddane w sposób niestaranny, przez co jedynymi osobami które się tym zachwycają są główni bohaterowie, my zaś mamy przed oczyma marny obraz 2D, czy też raczej delikatny, ołówkowy szkic.

Przejdźmy teraz do bohaterów, ich portrety nie zostały w pełni zarysowane przez co jedyną wizualizacją są okładkowe ilustracje, choć śmiem przypuszczać, iż nie oddają one w pełni zamysłu autorki (choćby dlatego, że Ian miał mieć długie włosy). Co do ich charakterów, to są oni nosicielami pewnych cech i tak powinni być postrzegani, coś w stylu boysbandu (tyle, że z udziałem kobiet): ten jest silny i ma czarne włosy, tamten ma jasne i strzela z łuku, a jeszcze inny się pięknie uśmiecha i uwielbia zwierzęta. Troszkę mi zabrakło zagłębienia się w psychikę bohaterów, nawet ich refleksje wydają się strasznie powierzchowne.

Chcąc podsumować książkę nie sposób przymknąć oczy na niedociągnięcia, jednak patrząc z zupełnie innej perspektywy, oczekując jedynie rozrywki, jak w kinie familijnym podczas niedzielnego obiadu, mamy do czynienia z dość interesującym tytułem. Hyperversum to powieść oczekująca od czytelnika jedynie zainteresowania, co wynagrodzi solidną dawką przygody. Choć tytułowi w wielu aspektach daleko do kolegów i koleżanek z gatunku fantastyki, to w ramach przerwy między poważnymi pozycjami, czy też z zamiarem zrobienia prezentu nastolatkowi zafascynowanemu średniowieczem, powinna być w sam raz.

Hyperversum. Daj się wciągnąć.  – ja spróbowałem, ale głowa najwyraźniej pozostała w rzeczywistości.

 

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

 

„Las cieni” – Franck Thilliez

4 sierpnia 2011 9 Komentarzy

Tytuł: „Las cieni”

Autor: Franck Thilliez

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 360

Data wydania: 2008

Ocena: 8,5/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu, a to ze względu na jego sporą objętość, jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że za wszelką cenę staram się zwiększyć długość recenzji – co to, to nie! Mimo wszystko, nie odstępując od przyjętej przeze mnie konwencji, na początku postaram się zarysować nieco fabułę.

David Miller, głowa rodziny, pracownik zakładu zajmującego się przygotowywaniem zwłok do pochówku, w wolnym czasie pisarz kryminałów, któregoś dnia otrzymuje dość niespodziewaną propozycję. Pewien sparaliżowany milioner prosi go o napisanie książki na podstawie jego własnych pomysłów – za co rzecz jasna sowicie go wynagrodzi. Dodatkowo zapewnia miesięczny wyjazd w góry, by bohater mógł w spokoju pracować nad swoją powieścią. Wszystko byłoby idealnie, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu David i jego rodzina są nękani przez zakochaną w nim do szaleństwa kobietę. Czy ten wyjazd pozwoli im zapomnieć o problemach, a jednocześnie będzie okazją do startu w nowe lepsze życie? O tym będziecie się musieli dowiedzieć samodzielnie. Ten dość lakoniczny opis może na pierwszy rzut oka odpychać czy choćby nie zachęcać do lektury, ale zapewniam was, to jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, a gdyby ktoś nakręcił film na jego podstawie z chęcią bym go obejrzał.

Autorem „Lasu cieni” jest Franck Thilliez, jak dla mnie zupełnie obcy pisarz, z którym spotkałem się po raz pierwszy (co nie oznacza, że ostatni), jednak z noty na okładce wynika, że jest to niezwykle popularny we Francji autor kryminałów – zwolennicy tego gatunku zapewne znają pana Francka, a jeśli nie, to powinni poznać go jak najszybciej.

Co takiego powinien mieć bardzo dobry kryminał i czy te cechy mają swoje odbicie w książce?

  • Suspens – to chyba jedna z największych zalet powieści Thillieza, autor od początku do końca misternie realizuje swój plan, zaskakując nas coraz to nowszymi zwrotami akcji i wieloma ślepymi uliczkami, w które zapewne niejednokrotnie zabrniemy starając się przed czasem rozwikłać kryminalną zagadkę.
  • Klimat – tutaj go nie brakuje, choć początkowo miejsce akcji może nam się kojarzyć z tym znanym z „Lśnienia” Kinga, to zapewniam was, że wrażenie to szybko minie, a my będziemy czerpać niesamowitą przyjemność z poznawania otaczającego bohaterów świata. Dodajmy do tego atmosferę towarzyszącą ich „przygodzie”, dawno nie miałem okazji odczuć tak ciężkiego klimatu, który wręcz emanuje z książki.
  • Pomysł – chociaż nie jestem starym wyjadaczem kryminalistyki, to śmiem twierdzić, że w ogólnym morzu tytułów naprawdę ciężko natknąć się na coś nowatorskiego. Pomysł na powieść zawarty w „Lesie cieni” zapewne jest nieco oklepany, jednak mimo wszystko autorowi udaje się na dobre wciągnąć nas w karty powieści, a to chyba najważniejsze.
  • Bohaterowie – Thilliez postarał się by jego postacie były autentyczne, przez co śmiało możemy stwierdzić, iż samodzielnie, z własnej woli nie wplątują się w kłopoty, jak to często ma miejsce w horrorach klasy B. Do tego czytelnik zżywa się z nimi i z uwagą śledzi każdy kolejny krok wykonywany przez bohaterów.

Napomknę jeszcze, że naprawdę rzadko zdarza się bym w jeden dzień „pochłonął” książkę, ale w tym przypadku nie potrafiłem spokojnie usiedzieć, nie wiedząc co takiego autor przygotował dla mnie na kolejnej stronie powieści.

Co do samego wydania, to nie mam większych zastrzeżeń, literówek się nie dopatrzyłem, albo nie pamiętam, jednak jest pewien niuans który nie może mi dać spokoju. Nie wiem czy to styl francuskiego pisarza czy też autorski pomysł wydawcy, ale dodawanie „…” (trzech kropek) po każdych trzech, czterech słowach wydaje się czymś, co by nie mówić, dziwnym. Nie wiem czy bohaterowie są aż tak oderwani od rzeczywistości, że w jednym zdaniu muszą „kropkować” czterokrotnie, czy też miał być to sposób na napisanie równo 350 stron (bez epilogu) – jednak nawet do tego możemy się przyzwyczaić, choć mi osobiście przyszło to z trudem. Czy książka jest wolna od wad? Zapewne nie, choć mi jako „żółtodziobowi kryminalistyki” ciężko było wypatrzyć te związane stricte z gatunkiem. Jeśli chodzi o odbiór powieści przez szarego czytelnika, to jestem pod naprawdę dużym wrażeniem. Nawet „Dziesięciu murzynków” A. Christie nie odcisnęło na mnie takiego „piętna” przyjemności.

Podsumowując „Las cieni” to kawał porządnego kryminału, a logo na okładce sygnujące serię dobrych kryminałów publikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest jak najbardziej na miejscu. Jeśli macie ochotę na potężna dawkę grozy przyprawioną szczyptą brutalności (przynajmniej wg mojego „miernika”) to jest to tytuł dla was. Jest to mroczny kryminał, który zapewne da się wam we znaki.

Polecam!

„Komórka” – Stephen King

18 lipca 2011 18 Komentarzy

Tytuł: „Komórka”

Autor: Stephen King

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 432

Data wydania: 2007

Ocena: 4/10

——————————

„Światowy bestseller #1”

Zjawisko nazwane później Pulsem rozpoczęło się pierwszego października o godzinie 15:03 czasu wschodnioamerykańskiego. Tego dnia telefony komórkowe zaczęły przesyłać dziwny sygnał, który zamieniał ludzi w rozwścieczone bestie. Cywilizację ogarnął całkowity chaos… „

Choć staram się unikać sloganów reklamujących kolejne bestsellery, niemniej okładkowy opis wystarczył, by w połączeniu z nazwiskiem autora stworzyć w mej głowie obraz intrygującej powieści, a jak jest naprawdę? Zacznijmy od początku, sądzę, że Króla Grozy nie trzeba nikomu przedstawiać, także przejdę od razu do treści książki.

Puls – dziwne zjawisko, które przewróciło świat do góry nogami, tajemnicze, niebywale groźne, które jednak w rzeczywistości praktycznie niewiele się różni od jakiegoś zmutowanego wirusa, niespotykanej choroby czy postnuklearnego promieniowania zmieniającego ludzi w zombie, mutanty – jak kto woli. W każdym razie od jakiegoś czasu ten motyw nieustannie przewija się w coraz to nowszych, według producentów z roku na rok bardziej przerażających premierach kinowych. Nie doszukiwałem się zależności czy wydana w 2006 r. „Komórka” była inspiracją dla rzeszy scenarzystów, czy też to S. King zechciał wziąć na warsztat tak znany wszystkim motyw. Jedno jest pewne, odgrzewany kotlet, to odgrzewany kotlet, nawet jeśli jest podawany przez arcymistrza w swojej dziedzinie. Być może niektórzy z was przecierają oczy z ze zdziwienia, „jak to?”, „King i bubel?”,  ”człowieku?!”. A jednak, uważam, że „Komórka” to ślepak, albo nawet niewypał wystrzelony, czy też pozostały w lufie karabinu z powieściami Stephena Kinga.

Żeby moja opinia nie była stricte subiektywna, nie podparta żadnymi dowodami postaram się wspomnieć co zabolało mnie najbardziej, nie odkrywając jednocześnie żadnego rąbka tajemnicy mającego jakikolwiek wpływ na treść książki.

Zatem zaczynamy!

Bohaterowie – dawno nie spotkałem tak mdłych osobowości, być może jest to pozostałość po lekturze Wegnera, a może po prostu taka jest prawda. Clay i inni w żaden sposób nie zyskali mojej przychylności, ba!, na każdej stronie oczekiwałem ich porażki. Nie kupili mnie, wręcz przeciwnie – odrzucili i zniechęcili. Z jednej strony można powiedzieć, że sytuacja jaka ich otaczała nie sprzyjała pokazywaniu swych prawdziwych cech, jednakże nie oznacza to, że można być niebywale bezbarwnym. Po drugie, suspens, jeśli gdzieś był, to albo przemknął gdzieś niepostrzeżenie, popełnił samobójstwo bądź też został zjedzony przez któregoś mutanta. Powieść od początku do końca wydaje się być pisaną na odczep wizją świata terroryzowanego przez telefonicznych szaleńców, gdzie główni bohaterowie zdają się znaczyć tyle co przydrożne paczki po chrupkach. Po trzecie – groza, wiem, że „Komórka” to nie „Cmętarz Zwieżąt”, ale jednak od tak legendarnego autora można wymagać obowiązkowej dawki grozy, jednak ta, z całą pewnością została pochłonięta przez bohaterów, którzy nieskorzy byli się nią podzielić. Dodam jeszcze, że boleję nad tym, iż wiele wątków zostało niedokończonych, być może ma powstać „Komórka 2” czy coś, bo naprawdę nie potrafię zrozumieć czym kierował się autor zostawiając nas z tyloma niedopowiedzeniami.

Abstrahując od tych negatywów, pozytywne cechy, nad którymi nie będę się rozwodził: jak to w przypadku Kinga – język, jak również niezłe wydanie z ciekawym zestawieniem różnych formatów czcionek.

Podsumowując, szczerze powiedziawszy nie będę nikomu polecał tej powieści, chyba, że przedstawiony w niej motyw jest dla was rzeczą obcą.

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” – Robert M. Wegner

17 lipca 2011 10 Komentarzy

Tytuł: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe”

Autor: Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph

Liczba stron: 576

Data wydania: 2009

Ocena: 10/10

——————————

 

Tytuł: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód”

Autor: Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph

Liczba stron: 688

Data wydania: 2010

Ocena: 10/10

——————————

„Honor i wierność, wytrwałość i żelazna wola. W książkach Roberta M. Wegnera odżywają dawne wartości, a pomiędzy barwnymi pojedynkami, intrygami, bitwami wielkich armii i krwawymi starciami jest miejsce na emocje, które potrafią skruszyć serce największego twardziela.” (fragment opisu z okładki drugiego tomu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”  tj. „Wschód – Zachód”).

Zapewne niektórzy z was za wzór opowiadań z kanonu polskiej fantastyki obiera dwa tomy poprzedzające Sagę o Wiedźminie, tj. „Miecz przeznaczenia” i „Ostatnie życzenie”, śmiem twierdzić, że jest to dobry wybór, jednakże tylko do momentu gdy w naszych rękach pojawią się „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, autorstwa Roberta M. Wegnera. Kim jest Robert M. Wegner? Być może większość z was zna tego pisarza, jednak nie omieszkam się przytoczyć fragmentu z końcowego skrzydełka książki, przede wszystkim dlatego, że już nie raz widziałem „Opowieści…” leżące wśród fantastyki zagranicznej. Owszem, jest to poziom światowy, nie okłamię was mówiąc, że wielu pisarzy powinno przed panem Robertem zdejmować czapki z głów, jednakże nie sądzę by pracownicy tych salonów mieli to na myśli, wtapiając go gdzieś między „Trylogię Nocnego Anioła” Weeksa, a „Kroniki Amberu” Zelaznego.

Robert M. Wegner – autor opowiadań fantasy i science fiction, debiutował w 2002 r. w magazynie “Science Fiction”. Nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla za opowiadanie „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami”. Chciałbym do tego dodać, iż jest to niebywale utalentowany pisarz i z niecierpliwością czekam na kolejne książki jego autorstwa.

Nie zacznę się rozdrabniać na temat poszczególnych tomów, w pierwszej kolejności postaram się „wyłowić” z powieści cechy ogólne które charakteryzują każdy z nich. Pierwszą z nich jest niesamowita wyobraźnia autora, który stworzył dla nas przepiękny, jedyny w swoim rodzaju świat, wszelkie rządzące nim prawa, tradycje, sytuację polityczną czy panteon bogów – dosłownie wszystko, a jednak w tym ogólnym przepychu autor zdaje się nie zapominać o drobnych szczegółach i od początku do końca w pełni panuje nad swoim dziełem. Drugą cechą jest niewątpliwie język –  niebywale barwny, obrazowy i profesjonalny (jakkolwiek to brzmi), po sposobie pisania autora nie jesteśmy w stanie wywnioskować, iż jest to jego książkowy debiut, co więcej, mamy przed oczami zawodowca, który w intrygach nie ustępuje legendarnemu Georgowi R.R. Martinowi, a w kwestii fantastyki idzie łeb w łeb z takimi sławami jak Tolkien, czy nasz rodzimy pisarz Andrzej Sapkowski. Kolejną cechą jest stabilność, albo inaczej mówiąc stały poziom utworu. U Wegnera nie widać słabszej formy czy fragmentów pisanych „na odczep”. Nawet jeśli akcja niektórych z nich rusza co najmniej ślimaczym tempem i gdy już wmawiamy sobie, że zadaniem tego opowiadania był zarys historyczny powieści, wystarczy jeden zwrot akcji, by całe nasze przewidywania wzięły w łeb. Po za tym, takich fragmentów jest naprawdę bardzo, bardzo mało. Kolejnymi, aczkolwiek nie ostatnimi cechami są: samo piękno opowiadań, głębia, niesamowicie budowany suspens, niepowtarzalny świat i za przeproszeniem, cholernie potężna i jak dla mnie niespotykana dotąd magia. W opowieściach Wegnera mag bitewny nie jest tym, którego głównym zadaniem jest rozpalenie ogniska i patrzenie w gwiazdy, u autora jedna taka jednostka jest warta tysiąca ofiar pospolitych żołnierzy. Sceny balistyczne zasługują na ekranizacje, bo gdyby to zrobić trylogia Władcy Pierścieni winna czuć się zagrożona.

Tyle z ogólnego zarysu powieści, resztę pozwolę sobie zostawić dla samodzielnego wyszukania, teraz zaś, postaram się w kilku zdaniach nakreślić obraz każdej ze stron świata poruszanych w „Opowieściach…”:

Północ – przykryta grubą pierzyną śniegu, otoczona górami, sąsiadująca z olbrzymim lodowcem kraina, to miejsce gdzie tylko niektórzy są w stanie żyć z uśmiechem na twarzy. Do tych ludzi zalicza się przede wszystkim grupa głównych bohaterów, tzw. Straż Górska, z porucznikiem lyw-Darawytem na czele.

Południe – zupełne przeciwieństwo północy, gorąca pustynia, wyschnięte skały i kolejni rdzenni mieszkańcy tych rejonów, ludność o odmiennej kulturze i niebywałych tradycjach rządzących ich teraźniejszą egzystencją.

Wschód – step, galop i żyjące w ciągłym biegu bandy bandytów i najemników. To tutaj po raz pierwszy poczujemy silny podmuch wiatru  i towarzyszący jemu świst, zadajmy sobie jednak pytanie, czy był to tylko dźwięk poruszającego się powietrza czy wystrzelonej w nas strzały.

Zachód – chyba najmniej charakterystyczna część świata, portowe miasto, pełne intryg, ciemnych zaułków, oplątane niewidzialną siecią Ligi Czapki, zrzeszającej tutejszych łotrów.

Chciałbym jeszcze napomknąć, iż kolejne opowiadania nawiązują do siebie, jednakże niekiedy są przedzielone znaczącym odstępem czasowym. Co do samego wydania, nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a projekt graficzny okładki idealnie współgra z całością, będąc swego rodzaju wisienką na torcie. Podsumowując, „Opowieści…” to jedne z najlepszych książek jakie dane mi było dotychczas przeczytać. Robert M. Wegner trafił idealnie w moje gusta, co więcej poruszył we mnie te najbardziej wrażliwe struny niekiedy wyciskając łzy z mych oczu – bardzo rzadko mi się to zdarza. Nie skłamię mówiąc, iż po raz pierwszy od dawien dawna poczułem prawdziwie piękno fantastyki i nieograniczone możliwości jakie daje ten gatunek literatury.

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

„W poszukiwaniu króla” – David C. Downing, „Błazen” – Christopher Moore + Stosik #6

6 czerwca 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach”

Autor: David C. Downing

Wydawnictwo: eSPe

Liczba stron: 272

Data wydania: 2011

Ocena: 8/10

——————————

W przypadku tej książki, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie zacytuję dostępnego na okładce opisu. Dlaczego? Gdyż, sam przeczytałem go w całości dopiero po lekturze i szczerze powiedziawszy uważam, iż jest w nim powiedziane troszeczkę za dużo. Pozwolę sobie jednak przytoczyć jedno zdanie: ”Na temat Włóczni Przeznaczenia”, którą przebity został Jezus na krzyżu, od wieków krążą legendy. Według nich ten, kto posiądzie tę włócznię, zdobędzie władzę nad światem”.

Nie wiem jak to jest w waszym przypadku, ale każdy miłośnik przygód Indiany Jonesa, którym sam jestem, natychmiast „wyruszy na poszukiwania” owego artefaktu i otworzy książkę na stronie tytułowej. Autorem powieści jest niejaki David C. Downing , wykładowca i znawca twórczości C. S. Lewisa (autora m.in. legendarnego cyklu „Opowieści z Narnii”). Downing, który do tej pory specjalizował się w książkach stricte naukowych czy popularnonaukowych po raz pierwszy sięgnął po gatunek zwany prozą.

Zacznijmy jednak od początku, książka opowiada o przygodach pewnej pary bohaterów Toma, początkującego pisarza, który marzy o opublikowaniu tworzonej przez niego książki o królu Arturze, i Laurze, dziewczynie która postanawia pomóc mu w poszukiwaniach materiałów do książki. Jak potoczą się ich losy i czy będą na tyle zaskakujące by przyciągnąć naszą uwagę? Moją przyciągnęły, przypuszczam, że waszą także. Tom i Laura zostaną rzuceni w wir wydarzeń, będą mieli sposobność poznać niejakich Inklingów, o których rzecz jasna słyszałem, jednakże sam termin był mi całkowicie obcy. Jeżeli nie wiecie co oznacza, to zachęcam do nie wyszukiwania go w przeglądarce. Weźcie powieść w swoje ręce i sami znajdźcie odpowiedź, po grafice na okładce odpowiedź może być naprawdę zaskakująca. Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu wątków fabularnych, dlatego na tym poprzestanę.

Mimo to, grzechem byłoby zapomnieć o ważnej kwestii poruszanej przez autora. Downing dodaje do samej przyziemnej fabuły wątek teologiczny, który w pewnym momencie zdaje się wchodzić na pierwszy plan powieści. Jeden z bohaterów przechodzi swoistą przemianę duchową, a my sami, jeśli tylko czujemy taką potrzebę możemy wyciągnąć z lektury wiele interesujących wniosków. Jednym słowem, Bóg, jak również sama wiara to ważny podpunkt powieści i to nie tylko ze względu na poszukiwania biblijnej Włóczni Przeznaczenia.

Skupmy się teraz na języku powieści, po autorze widać niebywałe doświadczenie jeśli chodzi o znajomość przedstawianych w powieści bohaterów historycznych. Jeżeli któryś z nich istniał w naszej głowie jako mgiełka ulotnych informacji, to Downing posegreguje posiadane przez nas dane i doda do tego szczegółowy portret wraz z ciekawostkami na temat owego człowieka (przepraszam za tak lakoniczne wyjaśnienie). Jednakże wśród tych pochlebstw znajdzie się również kilka uwag, niekoniecznie pozytywnych. Na pierwszy rzut oka widać małe doświadczenie autora jeśli chodzi o prozę, opisy otoczenie niejednokrotnie są nieczytelne i brakuje im, nie tyle polotu (bo to pisarz starał się uzyskać, z wymiernym skutkiem) co „duszy”. Downing nie był w stanie na dobre przenieść mnie do lat Drugiej Wojny Światowej, czułem się raczej jak bierny obserwator, niż aktywny uczestnik poszukiwań, co powinno być jedną z najważniejszych cech książek przygodowych. Kolejnym mankamentem jest sam kunszt pisarza, owszem, po debiucie nie można oczekiwać „cudów na kiju”, ale początkowo dało się odczuć swego rodzaju „esejowatą” formę, choć to uczucie mijało wraz kolejnymi kartkami.

Jeśli chodzi o samo wydanie – dostrzegłem tylko i wyłącznie jedną literówkę, co nawet nie można uznawać jako jakiś poważny zarzut, informując o tym chciałem jedynie dać do zrozumienia, że książka jest naprawdę dobrze wydana. Szerokie marginesy, świetna czcionka i dobrej jakości papier, czyli wszystko na swoim miejscu jeśli chodzi o techniczną stronę.

Podsumowując, „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach” to idealna książka dla chętnych krótkiej, aczkolwiek fascynującej przygody. Pozwoli nam ona na kilka godzin oderwać się od codziennych zająć i spędzić czas przemierzając Wielką Brytanię od wschodu do zachodu i od północy do południa! Perfekcyjnym komentarzem do książki jest logo na okładce przedstawiające zegarek i słowa „jednym tchem”.

———————————————————

Dziękuję wydawnictwu eSPe za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

———————————————————

Tytuł: „Błazen”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 400

Data wydania: 2009

Ocena: 9/10

——————————

„Opowieść to sprośna a rubaszna, ohydne gwałty, morderstwa, okaleczenia, zdradę i klepanie po tyłku ukazująca. Wulgarności i bluźnierstw w księdze tej zawartych świat jeszcze nie widział, jako też podobnego nagromadzenia dziwnej gramatyki, bezokoliczników i okazjonalnej masturbacji. Drogi Czytelniku, gdyby Cię to turbowało, księgę tę z dala omijać radzimy, chociaż chcemy Cię jeno zabawić, afrontu nie czyniąc. Jeśli przeto zabawę w podobnych księgach odnajdujesz, trafiłeś na historię zaiste doskonałą”

Czy aby na pewno doskonałą? Czy autor tego zacnego ostrzeżenie nie był zbyt pewny siebie? Pewność siebie wszak często powoduje mylne mniemanie o samym sobie co nie będę ukrywał nie miało miejsca w „Błaźnie”. Autorem książki jest Christopher Moore którego nie tak dawno miałem okazję poznać w związku z zagłębianiem się w treść „Brudnej roboty”, wtedy to pisarz pod każdym względem przypadł mi do gustu i przyciągnął moją uwagę na dobre, byłem ciekaw, czy teraz odnajdzie się w zupełnie odmiennym kontekście, w którym to pierwsze skrzypce niestrudzenie gra William Szekspir. Wiele o autorze pisał nie będę, jest to znany, choć dość kontrowersyjny twórca, który większość swoich powieści obraca przeciwko pewnym schematom czy stereotypom. Tym razem, jak już wspomniałem, oberwało się „ojcu” Romea i Julii, ciekaw jestem jakby zareagował, zobaczywszy swoje postacie w tak zacnej komedii.

„Błazen”, jak jednoznacznie wskazuje tytuł, opowiada o nadwornym błaźnie króla Lira, nazywanym przez niektórych Czarnym Błaznem. Kieszonka, bo takie imię nosił od urodzenia, to bohater niezwykle wszechstronny, począwszy od dowcipu, w którym opanował najwyższy poziom, przez błyskotliwość, choć ta objawiała się jedynie wtedy, gdy była naprawdę potrzebna, skończywszy na chędożeniu wszystkiego co poruszało się na dwóch nogach i było rodzaju żeńskiego. Mimo jego specyficznego podejścia do życia, które niejednokrotnie dalece mija się z naszymi zasadami moralnymi, nie jesteśmy w stanie nie polubić tego charakterystycznego bohatera. Kieszonka, który dotychczas spędzał czas na zbijaniu bąków, zabawianiu dworzan i obrażaniu gości pewnego dnia będzie musiał schować czapkę błazna pod kamizelkę i „wyruszyć” na jedną z największych przygód w jego życiu. Czego się możemy spodziewać? Absolutnie wszystkiego.

Fabuła skonstruowana jest w taki sposób, że nuda nie ma najmniejszej możliwości wkraść się w nasz umysł. Całość rusza powoli, by w pewnym momencie zacząć nabierać impetu i gnać na złamanie karku pod sam koniec książki. Jak napisano w ostrzeżeniu, spiski, bluźnierstwa i wulgarności to codzienność życia w „szekspirowskim zamku”. Krew i zdrada to także pojęcia nieobce tamtym czasom. Błazen, wplątany w centrum wydarzeń będzie musiał sprawić by wszystko wróciło do względnej normy. Kto mu w tym pomoże? Jego przyjaciele i duch, bo „zawsze jest cholerny duch!”*

Czego możemy oczekiwać od książki? Inteligentnego poczucia humoru, specyficznego dla Moore’a, ogromu intryg i zwrotów akcji. Charakterystycznego języka, który idealnie oddaje realia epoki i ogólnie rzecz biorąc masy dobrej zabawy. „Błazen” to powieść którą warto poznać, jestem przekonany, że fani autora pod żadnym pozorem nie będą zawiedzeni, a nowi czytelnicy, którzy nie mieli styczności z jego twórczością, powinni czerpać nie mniejszą przyjemność z lektury. Jak wspomniałem w recenzji „Brudnej roboty”, Moore to idealne lekarstwo na pochmurny dzień.

Ciężko mi ocenić adekwatność „parodii”, tak pozwolę sobie określić „Błazna”, a oryginalnej treści Króla Lira, gdyż nie miałem okazji go przeczytać. Jednakże, opierając się na nocie od autora mogę powiedzieć, iż według niego wyszukiwanie w oryginalnej treści scen z „Błazna” jest jednym z gorszych sposobów spędzania wolnego czasu, a na pewno drogą do szaleństwa. Dlaczego? Bo w książce Moore’a znajdują się odwołania także do wielu innych dramatów Szekspira, jak również liczne wątki dodane przez samego autora.

Podsumowując, krótko, „Błazen” to obowiązkowa pozycja nie tylko dla fanów autora. Polecam!

* – cytat z „Błazna”

———————————————————

 Pozwolę sobie wrzucić zdjęcie ostatniego stosiku, wprawdzie większość zawartych w nim tytułów została zrecenzowana, ale jak to się mówi „lepiej późno, niż wcale” 🙂

Od dołu:

1. Tytuł: „W hołdzie królowi”

Autor: Zbiór opowiadań pod redakcją Martina H. Greenberga

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ode mnie: 600 – set stronne tomiszcze poświęcone J.R.R. Tolkienowi, zachęciła mnie przede wszystkim obecność Terrego Pratchetta, aczkolwiek od dawna miałem ochotę poznać mniej, lub bardziej znanych zagranicznych fantastów. Napomknę jeszcze, że cena 9,90 zł, za takiego „słonia” to nie byle co 🙂

2. Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Po prostu musiałem poznać twórczość tego autora 😉 Pożyczone z biblioteki, podczas jednej z wizyt.

3. Tytuł: „Błazen”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: j/w

4. Tytuł: „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach”

Autor: David C. Downing

Wydawnictwo: eSPe

Ode mnie: Zaskoczony mailem od kierownika działu promocji wydawnictwa eSPe nie mogłem odmówić wzięcia udziału w poszukiwaniach Włóczni Przeznaczenia 🙂 Raz jeszcze serdecznie dziękuję.

5. Tytuł: „To, co najlepsze w fantastyce”

Autor: Zbiór opowiadań pod redakcją Davida G. Hartwella

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ode mnie: Podobnie jak w przypadku „W hołdzie królowi” znaleziona w Matrasie (4,50 zł), zachęciło mnie przede wszystkim nazwisko Georga R.R. Martina, autora jednego z opublikowanych w niej opowiadań.

Spóźnione recenzje

26 Maj 2011 20 Komentarzy

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!