Archiwum

Archive for the ‘Czarny humor’ Category

Spóźnione recenzje

26 Maj 2011 20 komentarzy

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!

„Paragraf 22” – Joseph Heller

4 stycznia 2011 16 komentarzy

Tytuł: „Paragraf 22”

Autor: Joseph Heller

Wydawnictwo:  Państwowy Instytut Wydawniczy

Liczba stron: 489

Data wydania:  1990

Ocena: 9,5/10

——————————

Czy książka potrafi rozbawić do łez? Potrafi.

Czy książka potrafi zmusić do myślenia? Potrafi.

Czy książka potrafi zaskakiwać czytelnika każdą kolejną stroną? Potrafi.

Czy „Paragraf 22” zalicza się do tego typu książek? Tak

Czy „Paragraf 22” jest wolny od wad? Niestety nie.

Książka pt. „Paragraf 22” opowiada o jednostce amerykańskich bombardierów, którzy w czasie trwania wojny przebywają na wyspie Pianosa, znajdującej się na Morzu Śródziemnym. Jak wyjaśnia autor na pierwszej stronie: „[…]Jest bardzo mała i oczywiście nie mogły się na niej pomieścić wszystkie wydarzenia opisane w książce. Podobnie jak miejsce akcji, również wszystkie osoby są fikcyjne.” Ich zadaniem są ciągłe ataki powietrzne na terytorium Włoch. Jej autorem jest Joseph Heller, amerykański pisarz, urodzony w 1923 roku, największą sławę przyniósł mu wspomniany już „Paragraf 22”. Tyle tytułem wstępu.

Jest napisana lekkim i przyjemnym językiem, a przez cały czas lektury nieodłącznie towarzyszy nam absurd i czarny humor. Wertując kolejne strony z coraz większym zaskoczeniem dowiadujemy się o zwyczajach, historii czy poglądach danych bohaterów, a kolejne wątki, których jest mnóstwo nie pozwalają nam oderwać się od lektury. Całość podzielona jest na 42. rozdziały, z których każdy zatytułowany jest imieniem, bądź pseudonimem osoby, o której będzie w nim mowa.

Głównym bohaterem powieści jest niejaki Yossarian, którego to poznajemy zaraz na początku, gdy z kilkoma innymi żołnierzami przebywa w tamtejszym szpitalu, chcąc wymigać się od czynnej służby. Yossarian należy do tego typu osób, które w skutek swojego sposobu bycia znajdują się w centrum zainteresowania, mimo tego iż przez cały czas po prostu są sobą. Jedyną cechą która odróżnia go od pozostałej grupy, jest normalność. „Yo-Yo”, bo tak jest nazywany przez przyjaciół, jako jedyny dostrzega niebezpieczeństwo płynące z ciągłych lotów i podnoszenia wymogu odbytych wypraw (którego to przekroczenie, wedle przyjętych reguł, powinno pozwolić na powrót do ojczyzny) przez niejakiego pułkownika Cathcart’a. Yossarian od początku książki na wszelki dostępny sposób próbuje otrzymać pozwolenie na natychmiastowy powrót do kraju, niestety na przeszkodzie stoi tytułowy „Paragraf 22”. O czym mówi tytułowy paragraf? Wbrew pozorom nie jest to taka prosta sprawa, w celu odnalezienia odpowiedzi na to pytanie odsyłam do lektury. Po za Yossarianem, poznajemy masę bohaterów, którzy to ciągle przewijają się przez fabułę odkrywając przed nami kolejne karty ze swojego życia.

Co takiego ma w sobie „Paragraf 22” że potrafi przyciągnąć czytelnika mimo swojego „dojrzałego” wieku? Zapewne aktualność zawartych w nim treści. Autor pokazuje nam żołnierzy jako ludzi z krwi i kości. Widzimy w ich oczach strach, niechęć do wykonywania rozkazów, lubieżność i wiele innych wad. Oczywiście przeplatanych jednocześnie z zaletami, których także im nie brakuje.

W sytuacji zagrożenia życia, do której zapewne należy stacjonowanie w jednostce pułkownika Cathcarta, nie omieszkają się oszukiwać i szukać wszelkich dostępnych sposobów by w jakiś sposób uwolnić się od obowiązku wykonywania rozkazu, którym zazwyczaj jest bombardowanie najpilniej strzeżonych miejsc we Włoszech. Do takich osobistości należy przede wszystkim opisywany już Yossarian, który w sprawach krętactwa i kombinowania jest niedoścignionym mistrzem, a wszelkie przejawy niesubordynacji dotychczas uchodzą mu płazem.

Zapewne największą zaletą powieści jest potężna dawka czarnego humoru i szczerzący się do nas z każdej kolejnej strony absurd. Absurd, który w niektórych sytuacjach doprowadza nas do granic całkowitego zaplątania z pogmatwaniem, zmuszając jednocześnie do głębszej analizy danego fragmentu. Czy w książce zdominowanej przez humorystyczne sceny zabrakło miejsca dla innych, czasem zupełnie odmiennych konwencji? Otóż nie, aczkolwiek nawet one przedstawione są w dominującym świetle absurdu. Tak np. razem z Yossarianem zastanawiamy się dlaczego Bóg stworzył m.in. próchnicę, współpracując z tamtejszym kapelanem próbujemy znaleźć odpowiedź gdzie jest niebo, bądź dyskutujemy z Natelym o ojczyźnie i patriotyzmie. Te i wiele innym wątków pozwalają nam na chwilę odetchnąć od głównej fabuły i spojrzeć na niektóre współczesne problemy z zupełnie odmiennej, nieznanej nam dotychczas perspektywy.

Jak wspomniałem na wstępie, książka mimo wszystko nie jest wolna od wad. W wydaniu jako takich się nie doszukałem, być może po za jedną, czy dwoma literówkami. Jeżeli zaś chodzi o całokształt, to w pewnym momencie odczuwamy przesyt. Nie tyle samym biegiem wydarzeń co absurdalnymi dialogami. Niejednokrotnie mamy do czynienia z identycznym schematem, tzn. dostajemy taki sam szablon dialogu, którego źródło rozbawienia jest niemal identyczne jak wszystkich pozostałych, z tą różnicą że zostało one ubrane w inne zdania. Jednym słowem, co za dużo to nie zdrowo. Owszem, autorowi do końca nie zabrakło świeżych pomysłów i często zaskakuje nas nowym obrazem humoru, co zaś tyczy się wspomnianych schematycznych dialogów – można by było skrócić ich liczbę o połowę, bo w drugiej części powieści po prostu nużą, serwując nam ten sam coraz mniej zabawny „odgrzewany kotlet”.

Podsumowując, „Paragraf 22” należy do tego typu książek, których przekaz, mimo wszechobecnego żartu, jest nadal aktualny i potrafi pociągnąć za sobą czytelnika. Joseph Heller zaserwował nam niebywałą dawkę humoru, który niejednokrotnie rozśmiesza nas do łez, tym samym miażdżąc, nie zawaham się użyć tego słowa, takie popularne humorystyczne powieści z naszego kraju jak cykl opowiadań o Jakubie Wędrowyczu. Być może nie jest to najlepsze porównanie, ale niektórym uzmysłowi jak dalece posunął się Heller w swojej książce.

Jeżeli nie wiecie jak można skupować jajka po 7 centów i sprzedawać je z zyskiem po 5 centów, to zachęcam do poznania Mila Minderbindera, jednego z bohaterów powieści.

Polecam, pozycja obowiązkowa.