Archiwum

Archive for the ‘Kryminał’ Category

„Las cieni” – Franck Thilliez

4 sierpnia 2011 9 komentarzy

Tytuł: „Las cieni”

Autor: Franck Thilliez

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 360

Data wydania: 2008

Ocena: 8,5/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu, a to ze względu na jego sporą objętość, jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że za wszelką cenę staram się zwiększyć długość recenzji – co to, to nie! Mimo wszystko, nie odstępując od przyjętej przeze mnie konwencji, na początku postaram się zarysować nieco fabułę.

David Miller, głowa rodziny, pracownik zakładu zajmującego się przygotowywaniem zwłok do pochówku, w wolnym czasie pisarz kryminałów, któregoś dnia otrzymuje dość niespodziewaną propozycję. Pewien sparaliżowany milioner prosi go o napisanie książki na podstawie jego własnych pomysłów – za co rzecz jasna sowicie go wynagrodzi. Dodatkowo zapewnia miesięczny wyjazd w góry, by bohater mógł w spokoju pracować nad swoją powieścią. Wszystko byłoby idealnie, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu David i jego rodzina są nękani przez zakochaną w nim do szaleństwa kobietę. Czy ten wyjazd pozwoli im zapomnieć o problemach, a jednocześnie będzie okazją do startu w nowe lepsze życie? O tym będziecie się musieli dowiedzieć samodzielnie. Ten dość lakoniczny opis może na pierwszy rzut oka odpychać czy choćby nie zachęcać do lektury, ale zapewniam was, to jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, a gdyby ktoś nakręcił film na jego podstawie z chęcią bym go obejrzał.

Autorem „Lasu cieni” jest Franck Thilliez, jak dla mnie zupełnie obcy pisarz, z którym spotkałem się po raz pierwszy (co nie oznacza, że ostatni), jednak z noty na okładce wynika, że jest to niezwykle popularny we Francji autor kryminałów – zwolennicy tego gatunku zapewne znają pana Francka, a jeśli nie, to powinni poznać go jak najszybciej.

Co takiego powinien mieć bardzo dobry kryminał i czy te cechy mają swoje odbicie w książce?

  • Suspens – to chyba jedna z największych zalet powieści Thillieza, autor od początku do końca misternie realizuje swój plan, zaskakując nas coraz to nowszymi zwrotami akcji i wieloma ślepymi uliczkami, w które zapewne niejednokrotnie zabrniemy starając się przed czasem rozwikłać kryminalną zagadkę.
  • Klimat – tutaj go nie brakuje, choć początkowo miejsce akcji może nam się kojarzyć z tym znanym z „Lśnienia” Kinga, to zapewniam was, że wrażenie to szybko minie, a my będziemy czerpać niesamowitą przyjemność z poznawania otaczającego bohaterów świata. Dodajmy do tego atmosferę towarzyszącą ich „przygodzie”, dawno nie miałem okazji odczuć tak ciężkiego klimatu, który wręcz emanuje z książki.
  • Pomysł – chociaż nie jestem starym wyjadaczem kryminalistyki, to śmiem twierdzić, że w ogólnym morzu tytułów naprawdę ciężko natknąć się na coś nowatorskiego. Pomysł na powieść zawarty w „Lesie cieni” zapewne jest nieco oklepany, jednak mimo wszystko autorowi udaje się na dobre wciągnąć nas w karty powieści, a to chyba najważniejsze.
  • Bohaterowie – Thilliez postarał się by jego postacie były autentyczne, przez co śmiało możemy stwierdzić, iż samodzielnie, z własnej woli nie wplątują się w kłopoty, jak to często ma miejsce w horrorach klasy B. Do tego czytelnik zżywa się z nimi i z uwagą śledzi każdy kolejny krok wykonywany przez bohaterów.

Napomknę jeszcze, że naprawdę rzadko zdarza się bym w jeden dzień „pochłonął” książkę, ale w tym przypadku nie potrafiłem spokojnie usiedzieć, nie wiedząc co takiego autor przygotował dla mnie na kolejnej stronie powieści.

Co do samego wydania, to nie mam większych zastrzeżeń, literówek się nie dopatrzyłem, albo nie pamiętam, jednak jest pewien niuans który nie może mi dać spokoju. Nie wiem czy to styl francuskiego pisarza czy też autorski pomysł wydawcy, ale dodawanie „…” (trzech kropek) po każdych trzech, czterech słowach wydaje się czymś, co by nie mówić, dziwnym. Nie wiem czy bohaterowie są aż tak oderwani od rzeczywistości, że w jednym zdaniu muszą „kropkować” czterokrotnie, czy też miał być to sposób na napisanie równo 350 stron (bez epilogu) – jednak nawet do tego możemy się przyzwyczaić, choć mi osobiście przyszło to z trudem. Czy książka jest wolna od wad? Zapewne nie, choć mi jako „żółtodziobowi kryminalistyki” ciężko było wypatrzyć te związane stricte z gatunkiem. Jeśli chodzi o odbiór powieści przez szarego czytelnika, to jestem pod naprawdę dużym wrażeniem. Nawet „Dziesięciu murzynków” A. Christie nie odcisnęło na mnie takiego „piętna” przyjemności.

Podsumowując „Las cieni” to kawał porządnego kryminału, a logo na okładce sygnujące serię dobrych kryminałów publikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest jak najbardziej na miejscu. Jeśli macie ochotę na potężna dawkę grozy przyprawioną szczyptą brutalności (przynajmniej wg mojego „miernika”) to jest to tytuł dla was. Jest to mroczny kryminał, który zapewne da się wam we znaki.

Polecam!

„Wylegarnia” – Miroslav Žamboch

4 kwietnia 2011 5 komentarzy

Tytuł: „Wylęgarnia: Śmierć zrodzona w Pradze”

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 472

Data wydania: 2009

Ocena: 7/10

——————————

„Praca dla czesko-ruskiej mafii była ostatnią rzeczą, jaką chciała robić w życiu. Ale ktoś wymienił sumę, po której z trudem złapała oddech. Kilka godzin później siedziała w kostiumie z czarnej skóry, za kierownicą opancerzonego volvo.
Weszła do gry, której stawką było życie Aleksa Rubina – genialnego naukowca, syna głowy mafii. Jej zadanie było jasne – chronić, Tyle, że jasne nie zawsze oznacza proste.”
Prosty i jasny opis na okładce sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z powieścią sensacyjną, pełną akcji, eksplozji, huku pistoletów, ran postrzałowych, pościgów samochodowych, dochodzenia policyjnego i wielu, wielu innych wątków, które w pełni oddadzą wymienione wyżej elementy fabularne.
Zastanawiające jest jednak to, w jaki sposób Žamboch nam ją przedstawi, czy będzie rzucał bluzgami i brutalnością na prawo i lewo, czy też postawi na subtelne oblicze mafii? Wyjaśnienie okazuje się dość zaskakujące, aczkolwiek w żaden sposób nie ujmujące przyjemności z czytania.
Jak już wspomniałem autorem powieści jest Miroslav Žamboch, jak jest napisane na skrzydełku, mocodawca Koniasza konstruktor zabójczego R.C. , zleceniodawca Bonda w spódnicy, czyli Mariki z recenzowanej przeze mnie książki.

Fabuła zarysowana przez okładkowy opis praktycznie daje nam jasny wgląd w jej główny nurt, z tą różnicą, że „Wylęgarnia” obfita jest w wątki fantastyczne, bez których zapewne byłaby o wiele bardziej uboga, tym samym zamieniając się w przyzwoitą, aczkolwiek niebywale przyziemną powieść sensacyjną, która najprawdopodobniej w żaden sposób nie wybiłaby się w reprezentowanym wówczas przez siebie gatunku.
Marika, główna bohaterka, nie spodziewa się, że któregoś dnia jej życie ulegnie diametralnej zmianie, a ona sama stanie się kimś zupełnie innym, jak gdyby wewnątrz nauczycielki akademickiej krył się dotychczas uśpiony zabijaka, jak to określił Žamboch swoisty James Bond w spódnicy. Powiem szczerze, zaczęło się interesująco, opis przyciągnął moją uwagę, a kobieta będąca główną bohaterką to zawsze jakaś miła odmiana w powieściach fantastycznych. Niby wszystko było w porządku, fabuła gnała do przodu na złamanie karku, historia którą przygotował dla nas autor odkrywała przed nami coraz to ciekawsze tajemnice, a jednak czegoś brakowało, tak jakby książce ktoś wyrwał duszę i zostawił jedynie interesującą otoczkę. Wraz z kolejnymi stronami traciłem początkowy zapał, by pod koniec odliczać kartki do zakończenia pierwszego tomu – nie tego się spodziewałem.

Bohaterowie są celowo przerysowani, nie będę ich opisywał by nie psuć przyjemności z ich poznawania, powiem jedynie że każdy z nich jest przedstawiony w oględny sposób, a na ich obraz przekłada się przede wszystkim stworzony przez autora charakter. Każdy z nich jest indywidualistą i nie sposób pomylić ich nawzajem.
Sam język powieści jest, co by nie mówić prosty, czasem aż za prosty, brakuje złożonych opisów przedstawionych scen, jak również choćby dogłębnej analizy uczuć bohaterów, przypuszczam, iż był to celowy zabieg, już wyjaśniam dlaczego.
Książka ma ciekawy pomysł na kompozycję, mianowicie mamy wrażenie jak gdyby każdy rozdział był kolejnym numerem komiksu, a ona sama najlepiej wyglądałaby właśnie w tej formie. Dialogi są krótkie, bohaterowie nietuzinkowi – jednym słowem swoiste Sin City (seria komiksów Franka Millera) rozgrywające się na przedmieściach Pragi. Wrażenia potęgują ilustracje Filipa Myszkowskiego, które w idealny sposób oddaję tenże klimat, początkowo byłem do nich sceptycznie nastawiony, ale po lekturze dochodzę do wniosku, że są one niezbędnym elementem całości.

Powiem szczerze, wbrew tylu pozytywnym aspektom książka nie potrafiła na dobre przyciągnąć mojej uwagi, mimo wielu wątków (podpowiem, że członkowie mafii to nie jedyni bohaterowie powieści) nie znalazłem w niej praktycznie niczego co zachęciłoby mnie do sięgnięcia z przyjemnością po jej kontynuację, powiem więcej, nie miałem zamiaru tego robić…przynajmniej do 10 stron przed jej końcem, bo wtedy sprawy przyjęły taki obrót, że nie sposób odłożyć spokojnie pierwszego tomu „Wylęgarni” na półkę, zapominając o jej kontynuacji. Jednym słowem – zakończenie miażdży, wgniata w ziemię i niczym gangster przykłada nam do skroni zimną lufę pistoletu zmuszając do dalszych przygód z bohaterami książki Žambocha, szkoda tylko, że „podróż” przez wcześniejsze strony nie dawała tyle radości.

Podsumowując, „Wylęgarnia” to na pewno książka ciekawa, przedstawiona w interesujący sposób, posiadająca ukształtowany przez autora komiksowy klimat, jednak mimo to nie należy ona do powieści które będę z chęcią polecał. Powiem więcej, lekko się rozczarowałem, nie tylko samą powieścią, co językiem i sposobem pisania Žambocha.

„Dziesięciu Murzynków” – Agatha Christie

22 grudnia 2010 6 komentarzy

Tytuł: „Dziesięciu Murzynków”

Autor: Agatha Chrisite

Wydawnictwo:  ISKRY

Liczba stron: 233

Data wydania: 1992

Ocena: 8/10

——————————

„Dziesięciu Murzynków”, których przypominamy właśnie polskiemu Czytelnikowi, to jeden z najbardziej znanych i lubianych kryminałów mistrzyni tego gatunku literackiego.[..]”

Tej treści notę możemy przeczytać wziąwszy do ręki egzemplarz  wydany przez wydawnictwo ISKRY. Osoba opisywana przez nich słowami „mistrzyni tego gatunku literackiego”, to jak się domyślacie Agatha Chrisite. Na tejże okładce czytamy:

„Urodziła się we Francji [..], podczas pierwszej wojny światowej pracowała w szpitalu, gdzie z upodobaniem czytywała powieści detektywistyczne jako „idealne lekarstwo na smutki”. Agatha Christie nie bez powodu zyskała miano „królowej zbrodni”. […] Stworzyła niezapomnianą kreację Herkulesa Poirot […], najpopularniejszego detektywa od czasów Sherlocka Holmesa”.

Szczególnie zaintrygował mnie epitet „królowa zbrodni”. Czy słusznie nadano jej taki przydomek? Postaram się do tego ustosunkować po lekturze wcześniej wymienionych „Dziesięciu Murzynków”.

Tytuł dość „dziecinny” i jednocześnie zaskakujący. Został zaczerpnięty z dziecięcego wierszyka o tychże murzyniątkach, który przewija się przez całą książkę, co jakiś czas dając o sobie znać, w dość specyficzny sposób. Akcja powieści rozgrywa się, tutaj po raz kolejny przewija się znana nam nazwa, na Wyspie Murzynków. Oddalonej od lądu wysepce, która swym kształtem przypomina twarz czarnoskórego mężczyzny z dość obfitymi wargami. Jak przystało na tę formę przyrodniczą, dostać się można na nią jedynie drogą morską, ale to także jest ograniczone ze względu na trudności w przybiciu do jej brzegów, jak również nieujarzmione „kaprysy Posejdona”.

Bohaterami powieści jest grupka osób, w liczbie dziesięciu – ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Skupisko na pierwszy rzut oka zupełnie losowe, których ścieżki życia w pewnym momencie się krzyżują, a punktem przecięcia jest owa Wyspa Murzynków. Każde z nich otrzymuje czy to list, czy zaproszenie do odwiedzenia tego miejsca, które z jasnych przyczyn wydaje im się znane, gdyż w niedalekiej przeszłości w gazetach głośno było na jej temat. Nadchodzi czas gdy dziesięcioro, nieznanych sobie wówczas osób, stawia pierwsze kroki kierując się do willi, położonej na malutkiej wyspie. Wyspie która ma odmienić całe iż życie. Czy są na to przygotowani? Czy los będzie dla nich łaskawy, czy też przygotował masę psot i figli? Te i inne pytania zostają w pewien sposób rozwiązane już na wstępie do powieści, ale czy wszystko jest tak jasne i klarowne jakby się wydawało na pierwszy rzut oka? Na to musisz sobie sam odpowiedzieć.

Książka nie należy do kategorii „opasłych”, a do tego jej akcja toczy się wyjątkowo szybko, przemieszczając się galopem z jednej sytuacji do następnej, tym samym nie dając ani chwili do wytchnienia. Czy to źle? Ależ skąd. Agatha Christie przygotowała dla nas potężną dawkę kryminału, który niczym kalejdoskop zmienia się z każdą sekundą, zaburzając tworzoną przez nas wizję. W momentach gdy dosłownie jesteśmy pewni co się stanie, tudzież mamy święte przekonanie że udało nam się ogarnąć całą fabułę, dostajemy solidnego kopniaka, który uzmysławia nam, że wróciliśmy do punktu wyjścia i zabawę trzeba zacząć na nowo. Czy jesteśmy z tego powodu zawiedzeni? W żadnym wypadku! Każdą kolejną stronę czytamy z zapartych  tchem, powstrzymując się przed pokusą spojrzenia na ostatnią kartkę, by choć przez chwilę rzucić okiem na zakończenie. Nigdy dotąd ta pokusa nie była tak silna!

Powieść napisana jest lekkim językiem, a krótkie rozdziały, albo raczej akty, zawierające niekiedy dosłownie kilka zdań, umilają lekturę, przenosząc akcję z jednego bohatera na drugiego. W całej gamie niejasności i zagadek, które wciągają nas na dobre, ciężko zwrócić uwagę na charaktery bohaterów. Ich osobowości zostały uzależnione od pracy, zajęcia które wykonywali. Zamiast konkretnych postaci, posiadających złożoną budowę emocjonalną, widzimy raczej profesje, ubrane w ludzkie imiona i zachowujące się tak jak przystało na przedstawicieli danych zawodów. Tak właśnie zamiast Macarthura widzimy rasowego żołnierza, a zamiast Armstronga – młodego lekarza. Czy ten zabieg jest jak najbardziej na miejscu? Być może, gdyż pozwala nam w pełni skupić się na głównym wątku, od którego odbiegamy jedynie w sytuacjach, w których wspomnienia, tudzież przeszłość bohatera ma nam jedynie pomóc w dalszej lekturze. Z drugiej jednak strony „Dziesięciu Murzynków” i ich fabuła dają niesamowite możliwości jeśli chodzi i grę charakterów. Sytuacje, w których niejednokrotnie znajdują się bohaterowie powinny bez najmniejszych trudności odcisnąć piętno na ich życiu i poważnie wpłynąć na sposób postrzegania świata. Czy tak się dzieje? Poniekąd tak, ale potencjał był znacznie większy i grzechem było nie czerpać z niego garściami.

Podsumowując, Agatha Christie, zwana „królową zbrodni”, w książce „Dziesięciu Murzynków”, pokazała swój kunszt pisarki. Czy w pełni? Tego nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić.  Powieść o dziecinnym tytule po kilku pierwszych stronach urasta w naszych oczach do rangi solidnego ”kryminału”, albo „kryminału podróżnego”. Określenie to dotyczy raczej objętości powieści, aniżeli potencjału. Książka napisana przyjemnym językiem, pełna dialogów i licznych zwrotów akcji jest idealnym tytułem do rozpoczęcia przygody z kryminałami.