Archiwum

Archive for the ‘Powieść historyczna’ Category

„W poszukiwaniu króla” – David C. Downing, „Błazen” – Christopher Moore + Stosik #6

6 czerwca 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach”

Autor: David C. Downing

Wydawnictwo: eSPe

Liczba stron: 272

Data wydania: 2011

Ocena: 8/10

——————————

W przypadku tej książki, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie zacytuję dostępnego na okładce opisu. Dlaczego? Gdyż, sam przeczytałem go w całości dopiero po lekturze i szczerze powiedziawszy uważam, iż jest w nim powiedziane troszeczkę za dużo. Pozwolę sobie jednak przytoczyć jedno zdanie: ”Na temat Włóczni Przeznaczenia”, którą przebity został Jezus na krzyżu, od wieków krążą legendy. Według nich ten, kto posiądzie tę włócznię, zdobędzie władzę nad światem”.

Nie wiem jak to jest w waszym przypadku, ale każdy miłośnik przygód Indiany Jonesa, którym sam jestem, natychmiast „wyruszy na poszukiwania” owego artefaktu i otworzy książkę na stronie tytułowej. Autorem powieści jest niejaki David C. Downing , wykładowca i znawca twórczości C. S. Lewisa (autora m.in. legendarnego cyklu „Opowieści z Narnii”). Downing, który do tej pory specjalizował się w książkach stricte naukowych czy popularnonaukowych po raz pierwszy sięgnął po gatunek zwany prozą.

Zacznijmy jednak od początku, książka opowiada o przygodach pewnej pary bohaterów Toma, początkującego pisarza, który marzy o opublikowaniu tworzonej przez niego książki o królu Arturze, i Laurze, dziewczynie która postanawia pomóc mu w poszukiwaniach materiałów do książki. Jak potoczą się ich losy i czy będą na tyle zaskakujące by przyciągnąć naszą uwagę? Moją przyciągnęły, przypuszczam, że waszą także. Tom i Laura zostaną rzuceni w wir wydarzeń, będą mieli sposobność poznać niejakich Inklingów, o których rzecz jasna słyszałem, jednakże sam termin był mi całkowicie obcy. Jeżeli nie wiecie co oznacza, to zachęcam do nie wyszukiwania go w przeglądarce. Weźcie powieść w swoje ręce i sami znajdźcie odpowiedź, po grafice na okładce odpowiedź może być naprawdę zaskakująca. Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu wątków fabularnych, dlatego na tym poprzestanę.

Mimo to, grzechem byłoby zapomnieć o ważnej kwestii poruszanej przez autora. Downing dodaje do samej przyziemnej fabuły wątek teologiczny, który w pewnym momencie zdaje się wchodzić na pierwszy plan powieści. Jeden z bohaterów przechodzi swoistą przemianę duchową, a my sami, jeśli tylko czujemy taką potrzebę możemy wyciągnąć z lektury wiele interesujących wniosków. Jednym słowem, Bóg, jak również sama wiara to ważny podpunkt powieści i to nie tylko ze względu na poszukiwania biblijnej Włóczni Przeznaczenia.

Skupmy się teraz na języku powieści, po autorze widać niebywałe doświadczenie jeśli chodzi o znajomość przedstawianych w powieści bohaterów historycznych. Jeżeli któryś z nich istniał w naszej głowie jako mgiełka ulotnych informacji, to Downing posegreguje posiadane przez nas dane i doda do tego szczegółowy portret wraz z ciekawostkami na temat owego człowieka (przepraszam za tak lakoniczne wyjaśnienie). Jednakże wśród tych pochlebstw znajdzie się również kilka uwag, niekoniecznie pozytywnych. Na pierwszy rzut oka widać małe doświadczenie autora jeśli chodzi o prozę, opisy otoczenie niejednokrotnie są nieczytelne i brakuje im, nie tyle polotu (bo to pisarz starał się uzyskać, z wymiernym skutkiem) co „duszy”. Downing nie był w stanie na dobre przenieść mnie do lat Drugiej Wojny Światowej, czułem się raczej jak bierny obserwator, niż aktywny uczestnik poszukiwań, co powinno być jedną z najważniejszych cech książek przygodowych. Kolejnym mankamentem jest sam kunszt pisarza, owszem, po debiucie nie można oczekiwać „cudów na kiju”, ale początkowo dało się odczuć swego rodzaju „esejowatą” formę, choć to uczucie mijało wraz kolejnymi kartkami.

Jeśli chodzi o samo wydanie – dostrzegłem tylko i wyłącznie jedną literówkę, co nawet nie można uznawać jako jakiś poważny zarzut, informując o tym chciałem jedynie dać do zrozumienia, że książka jest naprawdę dobrze wydana. Szerokie marginesy, świetna czcionka i dobrej jakości papier, czyli wszystko na swoim miejscu jeśli chodzi o techniczną stronę.

Podsumowując, „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach” to idealna książka dla chętnych krótkiej, aczkolwiek fascynującej przygody. Pozwoli nam ona na kilka godzin oderwać się od codziennych zająć i spędzić czas przemierzając Wielką Brytanię od wschodu do zachodu i od północy do południa! Perfekcyjnym komentarzem do książki jest logo na okładce przedstawiające zegarek i słowa „jednym tchem”.

———————————————————

Dziękuję wydawnictwu eSPe za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

———————————————————

Tytuł: „Błazen”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 400

Data wydania: 2009

Ocena: 9/10

——————————

„Opowieść to sprośna a rubaszna, ohydne gwałty, morderstwa, okaleczenia, zdradę i klepanie po tyłku ukazująca. Wulgarności i bluźnierstw w księdze tej zawartych świat jeszcze nie widział, jako też podobnego nagromadzenia dziwnej gramatyki, bezokoliczników i okazjonalnej masturbacji. Drogi Czytelniku, gdyby Cię to turbowało, księgę tę z dala omijać radzimy, chociaż chcemy Cię jeno zabawić, afrontu nie czyniąc. Jeśli przeto zabawę w podobnych księgach odnajdujesz, trafiłeś na historię zaiste doskonałą”

Czy aby na pewno doskonałą? Czy autor tego zacnego ostrzeżenie nie był zbyt pewny siebie? Pewność siebie wszak często powoduje mylne mniemanie o samym sobie co nie będę ukrywał nie miało miejsca w „Błaźnie”. Autorem książki jest Christopher Moore którego nie tak dawno miałem okazję poznać w związku z zagłębianiem się w treść „Brudnej roboty”, wtedy to pisarz pod każdym względem przypadł mi do gustu i przyciągnął moją uwagę na dobre, byłem ciekaw, czy teraz odnajdzie się w zupełnie odmiennym kontekście, w którym to pierwsze skrzypce niestrudzenie gra William Szekspir. Wiele o autorze pisał nie będę, jest to znany, choć dość kontrowersyjny twórca, który większość swoich powieści obraca przeciwko pewnym schematom czy stereotypom. Tym razem, jak już wspomniałem, oberwało się „ojcu” Romea i Julii, ciekaw jestem jakby zareagował, zobaczywszy swoje postacie w tak zacnej komedii.

„Błazen”, jak jednoznacznie wskazuje tytuł, opowiada o nadwornym błaźnie króla Lira, nazywanym przez niektórych Czarnym Błaznem. Kieszonka, bo takie imię nosił od urodzenia, to bohater niezwykle wszechstronny, począwszy od dowcipu, w którym opanował najwyższy poziom, przez błyskotliwość, choć ta objawiała się jedynie wtedy, gdy była naprawdę potrzebna, skończywszy na chędożeniu wszystkiego co poruszało się na dwóch nogach i było rodzaju żeńskiego. Mimo jego specyficznego podejścia do życia, które niejednokrotnie dalece mija się z naszymi zasadami moralnymi, nie jesteśmy w stanie nie polubić tego charakterystycznego bohatera. Kieszonka, który dotychczas spędzał czas na zbijaniu bąków, zabawianiu dworzan i obrażaniu gości pewnego dnia będzie musiał schować czapkę błazna pod kamizelkę i „wyruszyć” na jedną z największych przygód w jego życiu. Czego się możemy spodziewać? Absolutnie wszystkiego.

Fabuła skonstruowana jest w taki sposób, że nuda nie ma najmniejszej możliwości wkraść się w nasz umysł. Całość rusza powoli, by w pewnym momencie zacząć nabierać impetu i gnać na złamanie karku pod sam koniec książki. Jak napisano w ostrzeżeniu, spiski, bluźnierstwa i wulgarności to codzienność życia w „szekspirowskim zamku”. Krew i zdrada to także pojęcia nieobce tamtym czasom. Błazen, wplątany w centrum wydarzeń będzie musiał sprawić by wszystko wróciło do względnej normy. Kto mu w tym pomoże? Jego przyjaciele i duch, bo „zawsze jest cholerny duch!”*

Czego możemy oczekiwać od książki? Inteligentnego poczucia humoru, specyficznego dla Moore’a, ogromu intryg i zwrotów akcji. Charakterystycznego języka, który idealnie oddaje realia epoki i ogólnie rzecz biorąc masy dobrej zabawy. „Błazen” to powieść którą warto poznać, jestem przekonany, że fani autora pod żadnym pozorem nie będą zawiedzeni, a nowi czytelnicy, którzy nie mieli styczności z jego twórczością, powinni czerpać nie mniejszą przyjemność z lektury. Jak wspomniałem w recenzji „Brudnej roboty”, Moore to idealne lekarstwo na pochmurny dzień.

Ciężko mi ocenić adekwatność „parodii”, tak pozwolę sobie określić „Błazna”, a oryginalnej treści Króla Lira, gdyż nie miałem okazji go przeczytać. Jednakże, opierając się na nocie od autora mogę powiedzieć, iż według niego wyszukiwanie w oryginalnej treści scen z „Błazna” jest jednym z gorszych sposobów spędzania wolnego czasu, a na pewno drogą do szaleństwa. Dlaczego? Bo w książce Moore’a znajdują się odwołania także do wielu innych dramatów Szekspira, jak również liczne wątki dodane przez samego autora.

Podsumowując, krótko, „Błazen” to obowiązkowa pozycja nie tylko dla fanów autora. Polecam!

* – cytat z „Błazna”

———————————————————

 Pozwolę sobie wrzucić zdjęcie ostatniego stosiku, wprawdzie większość zawartych w nim tytułów została zrecenzowana, ale jak to się mówi „lepiej późno, niż wcale” 🙂

Od dołu:

1. Tytuł: „W hołdzie królowi”

Autor: Zbiór opowiadań pod redakcją Martina H. Greenberga

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ode mnie: 600 – set stronne tomiszcze poświęcone J.R.R. Tolkienowi, zachęciła mnie przede wszystkim obecność Terrego Pratchetta, aczkolwiek od dawna miałem ochotę poznać mniej, lub bardziej znanych zagranicznych fantastów. Napomknę jeszcze, że cena 9,90 zł, za takiego „słonia” to nie byle co 🙂

2. Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: Po prostu musiałem poznać twórczość tego autora 😉 Pożyczone z biblioteki, podczas jednej z wizyt.

3. Tytuł: „Błazen”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Ode mnie: j/w

4. Tytuł: „W poszukiwaniu króla: Powieść o Inklingach”

Autor: David C. Downing

Wydawnictwo: eSPe

Ode mnie: Zaskoczony mailem od kierownika działu promocji wydawnictwa eSPe nie mogłem odmówić wzięcia udziału w poszukiwaniach Włóczni Przeznaczenia 🙂 Raz jeszcze serdecznie dziękuję.

5. Tytuł: „To, co najlepsze w fantastyce”

Autor: Zbiór opowiadań pod redakcją Davida G. Hartwella

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ode mnie: Podobnie jak w przypadku „W hołdzie królowi” znaleziona w Matrasie (4,50 zł), zachęciło mnie przede wszystkim nazwisko Georga R.R. Martina, autora jednego z opublikowanych w niej opowiadań.

Reklamy

„Gladiatorka” – Russell Whitfield

17 stycznia 2011 9 Komentarzy

Tytuł: „Gladiatorka”

Autor: Russell Whitfield

Wydawnictwo:  Bullet Books

Liczba stron: 538

Data wydania:  2010

Ocena: 6,5/10

——————————

Podchodziłem do tego tytułu z ogromnymi nadziejami, wierzyłem że debiutancka książka Russella Whitfielda na jakiś czas pozwoli zapomnieć o teraźniejszości, przenosząc mnie na rzymskie areny rodem z filmu „Gladiator”. Powiadają że „nadzieja matką głupich”, a ja miałem się właśnie o tym przekonać.

„W czasach , kiedy Rzymem rządziła dynastia Flawiuszy, a tradycyjne walki gladiatorów coraz rzadziej zaspokajały apetyty rządnej krwi gawiedzi, na arenie pojawił się nowy rodzaj wojownika: gladiator-kobieta.”
Tak brzmi ogólnikowy opis na okładce książki. Powieść opowiada o jednej z kapłanek świątyni Ateny, która w skutek niefortunnego biegu wydarzeń trafiła jako niewolnica do szkoły gladiatorskiej. To właśnie pobyt w tym miejscu będzie dla niej przełomowym momentem w jej doczesnym życiu. Od dnia kiedy się tam pojawiła coś bezcennego – jej życie, zostało wycenione na kilka złotych monet. Od teraz przyjdzie jej walczyć o każdy kolejny wschód słońca. Czy, mogłoby się wydawać delikatna i pełna wiary kapłanka, da sobie radę w tak niekorzystnym dla niej otoczeniu?

Główną bohaterką powieści jest Lysandra, z pochodzenia Spartanka, będąca niegdyś kapłanką w świątyni Ateny. Wychowywana wedle agoge stała się niezwykle dumną, pyszną, a zarazem pewną siebie kobietą. Czy te cechy charakteru pomogą jej w walkach o własne życie?
Jako pospolity czytelnik pałałem do Lysandry jedynie dwoma uczuciami – niechęcią i współczuciem, które wzajemnie się ze sobą przeplatały. Nie było takiego momentu powieści w którym mógłbym szczerze powiedzieć że ją polubiłem. Jeżeli taki był zamysł autora – stworzyć bohaterkę która pod żadnym względem nie jest osobą pozytywną, to w pełni mu się to udało, choć jestem lekko zaskoczony takim posunięciem.
Lysandra, nie stroniąc od arogancji zyskuje sobie coraz to większą rzeszę wrogów, jednocześnie zdobywając poparcie wśród innych, bardziej cywilizowanych mieszkanek szkoły gladiatorskiej. Do końca nie rozumiem co kierowało zwolenniczkami Lysandry, bo jedynym powodem jaki dostrzegłem był strach, tudzież szacunek dla jej umiejętności. Gladiatorka nie jest osobą do towarzystwa, gdyż wykształcenie jakie posiadała, wedle jej osądu rzeczywistości, stawiało ją o kilka stopni wyżej w hierarchii społecznej niż innych.
Taką to rodzynkę wykreował dla nas pan Whitfield.

Świat przedstawiony w „Gladiatorce” zdaje się nie odgrywać żadnej, znaczącej roli. Autor nie podsuwa nam obrazów, nie opisuje aren czy miast, w których akurat odbywają się igrzyska. Trochę to dziwne, zwłaszcza że w tej sferze mógł pokazać swoją fascynację starożytną Grecją i Rzymem, a tak, musimy polegać wyłącznie na własnej wyobraźni.
Kolejnym rozczarowaniem były dla mnie sceny walki. Po opiniach na ostatniej okładce oczekiwałem czegoś niezwykle brutalnego (to słowo pojawiło się aż w trzech, na cztery opinie) i dynamicznego, a autor po raz kolejny oddaje sprawę w nasze ręce, dając zajęcie lekko zdezorientowanej już wyobraźni. Pojedynki toczą się w dość „skokowy sposób”, nie widzimy płynności akcji. Niekiedy dochodzi do tego, że autor, zaraz po rozpoczęciu walki przeskakuje do momentu, gdzie walczące gladiatorki obfitują już w poważne rany. Pytam, dlaczego?! Pojedynki powinny być sprawą nadrzędną, a po każdym kolejnym powinniśmy mieć ochotę na więcej, tymczasem możemy ich oczekiwać niczym rolnicy opadów deszczu w czasie suszy.

Książka podzielona jest na 56 rozdziałów, które występują po sobie chronologicznie, ale dzieląca je przestrzeń czasowa jest zróżnicowana.
Mimo to osobiście podzieliłbym ją w inny sposób, bardziej nieformalny. Otóż książka zawiera tak jakby dwie części, druga, zdecydowanie lepsza i bardziej „gladiatorska” i pierwsza, której lektura przypominała mi jakiś film dla dorosłych, bądź poradnik seksualny. Byłem lekko zszokowany, gdy pan Whitfield postanowił cały swój kunszt włożyć w opis seksualnych igraszek bohaterów. Co tam walki, co tam areny, wreszcie co tam cały świat starożytnej Grecji i Rzymu – najlepiej skupić się na erotyce. Wnioskuję że właśnie z takiego założenia wyszedł autor książki. Być może w pewien sposób napędzi to sprzedaż jego debiutanckiej powieści, ale z drugiej strony zdezorientuje czytelników głodnych wszystkiego co gladiatorskie. Nie powiem, w niektórych momentach czułem się lekko nie tyle zdegustowany, co zażenowany torami myślowymi pana Russella.
Książka absolutnie dla dorosłych!
Czego mi jeszcze brakowało? Przypisów. Autor niekiedy posługuje się łacińskimi zwrotami, które wypadałoby przetłumaczyć, a tak, jesteśmy zmuszeni, albo zignorować te cytaty (co znacząco nie wpływa na sens wypowiedzi), albo poszukać tłumaczenia w innych źródłach.

Mimo tych minusów są także aspekty godne pochwały. Przede wszystkim wydanie, które jest naprawdę ciekawe. Do tego na pierwszych stronach powieści widzimy rysunki kilku rodzajów uzbrojenia gladiatorek, dzięki czemu, gdy autor opisując wojowniczkę daje do zrozumienia że tym razem wystąpi ona jako „secutor”, możemy swobodnie wrócić do pierwszych stron i przyglądnąć się, jakże ten „secutor” wygląda.
Chociaż z drugiej strony prawie 35 zł, w kryterium cena/jakość nie wypada zbyt oszałamiająco. Kolejnym plusem jest główna bohaterka, bo pomimo swoich wad i niechęci jaką do niej czujemy, została wykreowana w fantastyczny sposób. Mimo różnych sytuacji, w których przyjdzie jej się znaleźć, nadal pozostaje tą samą zadziorną osobą, ani na chwilę nie odbiegając od przyjętej dla niej osobowości. Pozostałe bohaterki także posiadają indywidualne charaktery, wzbogacając tym samym lekturę powieści.
Na pochwałę zasługuje także fabuła, prowadzona w staranny i przemyślany sposób. Do końca powieści nie jesteśmy pewni losów bohaterek, a liczne zwroty akcji i poboczne wątki są w stanie zniwelować wszystkie drażniące nas dotychczas aspekty powieści. To właśnie ona jest głównym powodem dla którego warto nazwać ten tytuł ciekawym debiutem.

Podsumowując, przede wszystkim „Gladiatorka” jest książką zaskakującą, choć nie w taki sposób jaki by się tego oczekiwało. Mimo gamy możliwości, jakie daje świat starożytnej Grecji i Rzymu, autor najzwyczajniej w świecie, nie wykorzystał tego potencjału. Język którym się posługuje jest lekki, ale zdecydowanie mało obrazowy. Potyczki przez niego przedstawione świecą „pustkami opisowymi” w skutek czego, nie jesteśmy w stanie do końca wyobrazić sobie zamysłu autora.
Jak na debiut, nie jest źle, ale mogło być zdecydowanie lepiej.

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]