Archiwum

Archive for the ‘Thriller’ Category

„Las cieni” – Franck Thilliez

4 sierpnia 2011 9 Komentarzy

Tytuł: „Las cieni”

Autor: Franck Thilliez

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Liczba stron: 360

Data wydania: 2008

Ocena: 8,5/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu, a to ze względu na jego sporą objętość, jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że za wszelką cenę staram się zwiększyć długość recenzji – co to, to nie! Mimo wszystko, nie odstępując od przyjętej przeze mnie konwencji, na początku postaram się zarysować nieco fabułę.

David Miller, głowa rodziny, pracownik zakładu zajmującego się przygotowywaniem zwłok do pochówku, w wolnym czasie pisarz kryminałów, któregoś dnia otrzymuje dość niespodziewaną propozycję. Pewien sparaliżowany milioner prosi go o napisanie książki na podstawie jego własnych pomysłów – za co rzecz jasna sowicie go wynagrodzi. Dodatkowo zapewnia miesięczny wyjazd w góry, by bohater mógł w spokoju pracować nad swoją powieścią. Wszystko byłoby idealnie, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu David i jego rodzina są nękani przez zakochaną w nim do szaleństwa kobietę. Czy ten wyjazd pozwoli im zapomnieć o problemach, a jednocześnie będzie okazją do startu w nowe lepsze życie? O tym będziecie się musieli dowiedzieć samodzielnie. Ten dość lakoniczny opis może na pierwszy rzut oka odpychać czy choćby nie zachęcać do lektury, ale zapewniam was, to jeden z lepszych kryminałów jakie czytałem, a gdyby ktoś nakręcił film na jego podstawie z chęcią bym go obejrzał.

Autorem „Lasu cieni” jest Franck Thilliez, jak dla mnie zupełnie obcy pisarz, z którym spotkałem się po raz pierwszy (co nie oznacza, że ostatni), jednak z noty na okładce wynika, że jest to niezwykle popularny we Francji autor kryminałów – zwolennicy tego gatunku zapewne znają pana Francka, a jeśli nie, to powinni poznać go jak najszybciej.

Co takiego powinien mieć bardzo dobry kryminał i czy te cechy mają swoje odbicie w książce?

  • Suspens – to chyba jedna z największych zalet powieści Thillieza, autor od początku do końca misternie realizuje swój plan, zaskakując nas coraz to nowszymi zwrotami akcji i wieloma ślepymi uliczkami, w które zapewne niejednokrotnie zabrniemy starając się przed czasem rozwikłać kryminalną zagadkę.
  • Klimat – tutaj go nie brakuje, choć początkowo miejsce akcji może nam się kojarzyć z tym znanym z „Lśnienia” Kinga, to zapewniam was, że wrażenie to szybko minie, a my będziemy czerpać niesamowitą przyjemność z poznawania otaczającego bohaterów świata. Dodajmy do tego atmosferę towarzyszącą ich „przygodzie”, dawno nie miałem okazji odczuć tak ciężkiego klimatu, który wręcz emanuje z książki.
  • Pomysł – chociaż nie jestem starym wyjadaczem kryminalistyki, to śmiem twierdzić, że w ogólnym morzu tytułów naprawdę ciężko natknąć się na coś nowatorskiego. Pomysł na powieść zawarty w „Lesie cieni” zapewne jest nieco oklepany, jednak mimo wszystko autorowi udaje się na dobre wciągnąć nas w karty powieści, a to chyba najważniejsze.
  • Bohaterowie – Thilliez postarał się by jego postacie były autentyczne, przez co śmiało możemy stwierdzić, iż samodzielnie, z własnej woli nie wplątują się w kłopoty, jak to często ma miejsce w horrorach klasy B. Do tego czytelnik zżywa się z nimi i z uwagą śledzi każdy kolejny krok wykonywany przez bohaterów.

Napomknę jeszcze, że naprawdę rzadko zdarza się bym w jeden dzień „pochłonął” książkę, ale w tym przypadku nie potrafiłem spokojnie usiedzieć, nie wiedząc co takiego autor przygotował dla mnie na kolejnej stronie powieści.

Co do samego wydania, to nie mam większych zastrzeżeń, literówek się nie dopatrzyłem, albo nie pamiętam, jednak jest pewien niuans który nie może mi dać spokoju. Nie wiem czy to styl francuskiego pisarza czy też autorski pomysł wydawcy, ale dodawanie „…” (trzech kropek) po każdych trzech, czterech słowach wydaje się czymś, co by nie mówić, dziwnym. Nie wiem czy bohaterowie są aż tak oderwani od rzeczywistości, że w jednym zdaniu muszą „kropkować” czterokrotnie, czy też miał być to sposób na napisanie równo 350 stron (bez epilogu) – jednak nawet do tego możemy się przyzwyczaić, choć mi osobiście przyszło to z trudem. Czy książka jest wolna od wad? Zapewne nie, choć mi jako „żółtodziobowi kryminalistyki” ciężko było wypatrzyć te związane stricte z gatunkiem. Jeśli chodzi o odbiór powieści przez szarego czytelnika, to jestem pod naprawdę dużym wrażeniem. Nawet „Dziesięciu murzynków” A. Christie nie odcisnęło na mnie takiego „piętna” przyjemności.

Podsumowując „Las cieni” to kawał porządnego kryminału, a logo na okładce sygnujące serię dobrych kryminałów publikowanych przez wydawnictwo Zielona Sowa jest jak najbardziej na miejscu. Jeśli macie ochotę na potężna dawkę grozy przyprawioną szczyptą brutalności (przynajmniej wg mojego „miernika”) to jest to tytuł dla was. Jest to mroczny kryminał, który zapewne da się wam we znaki.

Polecam!

Reklamy

„Komórka” – Stephen King

18 lipca 2011 18 Komentarzy

Tytuł: „Komórka”

Autor: Stephen King

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 432

Data wydania: 2007

Ocena: 4/10

——————————

„Światowy bestseller #1”

Zjawisko nazwane później Pulsem rozpoczęło się pierwszego października o godzinie 15:03 czasu wschodnioamerykańskiego. Tego dnia telefony komórkowe zaczęły przesyłać dziwny sygnał, który zamieniał ludzi w rozwścieczone bestie. Cywilizację ogarnął całkowity chaos… „

Choć staram się unikać sloganów reklamujących kolejne bestsellery, niemniej okładkowy opis wystarczył, by w połączeniu z nazwiskiem autora stworzyć w mej głowie obraz intrygującej powieści, a jak jest naprawdę? Zacznijmy od początku, sądzę, że Króla Grozy nie trzeba nikomu przedstawiać, także przejdę od razu do treści książki.

Puls – dziwne zjawisko, które przewróciło świat do góry nogami, tajemnicze, niebywale groźne, które jednak w rzeczywistości praktycznie niewiele się różni od jakiegoś zmutowanego wirusa, niespotykanej choroby czy postnuklearnego promieniowania zmieniającego ludzi w zombie, mutanty – jak kto woli. W każdym razie od jakiegoś czasu ten motyw nieustannie przewija się w coraz to nowszych, według producentów z roku na rok bardziej przerażających premierach kinowych. Nie doszukiwałem się zależności czy wydana w 2006 r. „Komórka” była inspiracją dla rzeszy scenarzystów, czy też to S. King zechciał wziąć na warsztat tak znany wszystkim motyw. Jedno jest pewne, odgrzewany kotlet, to odgrzewany kotlet, nawet jeśli jest podawany przez arcymistrza w swojej dziedzinie. Być może niektórzy z was przecierają oczy z ze zdziwienia, „jak to?”, „King i bubel?”,  ”człowieku?!”. A jednak, uważam, że „Komórka” to ślepak, albo nawet niewypał wystrzelony, czy też pozostały w lufie karabinu z powieściami Stephena Kinga.

Żeby moja opinia nie była stricte subiektywna, nie podparta żadnymi dowodami postaram się wspomnieć co zabolało mnie najbardziej, nie odkrywając jednocześnie żadnego rąbka tajemnicy mającego jakikolwiek wpływ na treść książki.

Zatem zaczynamy!

Bohaterowie – dawno nie spotkałem tak mdłych osobowości, być może jest to pozostałość po lekturze Wegnera, a może po prostu taka jest prawda. Clay i inni w żaden sposób nie zyskali mojej przychylności, ba!, na każdej stronie oczekiwałem ich porażki. Nie kupili mnie, wręcz przeciwnie – odrzucili i zniechęcili. Z jednej strony można powiedzieć, że sytuacja jaka ich otaczała nie sprzyjała pokazywaniu swych prawdziwych cech, jednakże nie oznacza to, że można być niebywale bezbarwnym. Po drugie, suspens, jeśli gdzieś był, to albo przemknął gdzieś niepostrzeżenie, popełnił samobójstwo bądź też został zjedzony przez któregoś mutanta. Powieść od początku do końca wydaje się być pisaną na odczep wizją świata terroryzowanego przez telefonicznych szaleńców, gdzie główni bohaterowie zdają się znaczyć tyle co przydrożne paczki po chrupkach. Po trzecie – groza, wiem, że „Komórka” to nie „Cmętarz Zwieżąt”, ale jednak od tak legendarnego autora można wymagać obowiązkowej dawki grozy, jednak ta, z całą pewnością została pochłonięta przez bohaterów, którzy nieskorzy byli się nią podzielić. Dodam jeszcze, że boleję nad tym, iż wiele wątków zostało niedokończonych, być może ma powstać „Komórka 2” czy coś, bo naprawdę nie potrafię zrozumieć czym kierował się autor zostawiając nas z tyloma niedopowiedzeniami.

Abstrahując od tych negatywów, pozytywne cechy, nad którymi nie będę się rozwodził: jak to w przypadku Kinga – język, jak również niezłe wydanie z ciekawym zestawieniem różnych formatów czcionek.

Podsumowując, szczerze powiedziawszy nie będę nikomu polecał tej powieści, chyba, że przedstawiony w niej motyw jest dla was rzeczą obcą.

Spóźnione recenzje

26 Maj 2011 20 Komentarzy

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!

„Dżozef” – Jakub Małecki

10 kwietnia 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „Dżozef”

Autor: Jakub Małecki

Wydawnictwo: W.A.B.

Liczba stron: 384

Data wydania: 2011

Ocena: 10/10

——————————

Zapewne nie raz zdarzyło wam się przeczytać poleconą przez kogoś książkę, by po jej lekturze zauważyć, że nie spełniła ona waszych oczekiwać. Ów ktoś zachwalał ją pod niebiosa, a wy oczekując „cudów na kiju” wyraźnie się zawiedliście. To częsty przypadek, rzadziej ma miejsce sytuacja (przynajmniej w moim doświadczeniu) iż polecana przez kogoś książka przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Jednym słowem, oczekujemy jak wspomniałem „fajerwerków”, a otrzymujemy … „gwiazdkę z nieba”. Do takich książek zdecydowanie należy „Dżozef”. Po przeczytaniu pochlebnych recenzji Kasandry i Pawła nie mogłem przejść obojętnie zauważywszy go na jednej z półek bibliotecznych, tego właśnie dnia Drewniany Kozioł zawitał pod mój dach…

„Życie dwudziestotrzyletniego absolwenta szkoły zawodowej na warszawskiej Pradze nie jest łatwe. Grzesio Bednar, bo o nim mowa, jednego dnia traci telefon, następnego pracę, a trzeciego trafia ze złamanym nosem do szpitala.
Tam jego towarzyszami niedoli są biznesmen Kurz, malkontent Maruda i małomówny wielbiciel Josepha Conrada − Czwarty. Czas dłuży się niemiłosiernie, na telewizję brakuje już dwuzłotówek, a odwiedziny rzadko należą do przyjemnych.
Któregoś wieczora Czwarty zaczyna gorączkować. W malignie dyktuje Grzesiowi tajemniczą opowieść. Wkrótce szpitalna rzeczywistość zamieni się w koszmar klaustrofobika.”

Tak pokrótce rysuje się połowa przedstawionej w książce fabuły, jaka zatem jest jej druga część? Nie śmiałbym wam zdradzić czegoś tak istotnego. Autorem powieści jest Jakub Małecki, pisarz publikujący swoje opowiadania m.in. na łamach magazynu  „Science Fiction, Fantasy i Horror”. Debiutował w 2008 roku książką pt. „Błędy”. Jak zatem sprawdził się kunszt tego młodego twórcy w jego trzeciej z kolei powieści? Odpowiem od razu, język którym posługuje się jak najbardziej przydał mi do gustu, jego sposób pisania jest nowoczesny, prosty, a zarazem bardzo realny. Potrafił on wywołać we mnie wiele, niekiedy skrajnych, emocji.

Co takiego ma w sobie „Dżozef” czego często brakuje innym, nieraz zachwalanym tytułom? Otóż ta książka ma w sobie to COŚ. Coś jakby moc przyciągania. Jeżeli tylko zaczniemy ją czytać nie będziemy w stanie się oderwać. Słusznie stwierdził Pablo (wspomniany wyżej bloger) iż najlepszą drogą do poznania „Dżozefa” jest błoga nieświadomość tego co czeka nas na jej następnych stronach. Najlepiej dać się ponieść fabule, gwarantuję wam że warto. Wyobraźnia Jakuba Małeckiego wydaje się nie mieć granic, a misternie kreowana przez niego fabuła, jak po zaplątanej nitce, zmierza ku końcowi niejednokrotnie nas zaskakując. Gdy na pierwszy plan wysuwa się opowiadana przez Czwartego (jednego z bohaterów) opowieść mamy wrażenie, że jeszcze kilka sekund temu siedzieliśmy wygodnie na kanapie w swoim domu, podczas gdy teraz leżąc na świeżo pościelonym łóżku w jednym ze szpitalnych pomieszczeń nie jesteśmy w stanie „oderwać uszu” od mówiącego. Wiem że tak wychwalając ową powieść zapewne wzmagam wasze oczekiwania, ale byłbym nieszczery gdybym zataił tak istotne wrażenia towarzyszące mi podczas lektury.

Mocną stroną powieści są jej bohaterowie, w szczególności ci pochodzący z wątku dotyczącego pobytu w szpitalu. Każdy z nich jest odrębną osobowością, która to, wraz z zaskakującym biegiem wydarzeń, zmienia się diametralnie. Bohaterowie ewoluują, zmieniają się ze strony na stronę, przystosowując się do otaczającej ich sytuacji. Dochodzi do tego, że w pewnym momencie mamy przed sobą zupełnie innych bohaterów niż na początku naszej przygody z książką.

Język powieści, jak już wspomniałem na początku, jest stosunkowo prosty i przyjemny, a co za tym idzie łatwy w odbiorze. Początek książki może przywodzić na myśl błędne przypuszczenia odnośnie całości powieści – nie dajcie się zwieźć. „Dresiarki wstęp” ma niewiele wspólnego z mnogością wątków przygotowanej dla nas fabuły.

Rażących minusów się nie dopatrzyłem, nawet wydanie wolne było od literówek i nielogicznych zdań (chyba że w skutek pasjonującej lektury coś przegapiłem) co daje książce kolejne plusy w kategorii estetyka.

Podsumowując, „Dżozef” to powieść niesamowita. Łącząca w sobie elementy fantastyki, realizmu magicznego i thrillera psychologicznego, wciąga nas bez reszty w swoje pachnące nowością karty. Po książkę naprawdę warto sięgnąć, choćby dla zaspokojenia własnej ciekawości i przekonania się czym też ten tytuł urzekł tak wielką grupę czytelników. Zapewniam was że się nie zawiedziecie. Grad emocji, wewnętrzne rozterki bohaterów i niezwykły pomysł na fabułę sprawią, iż wkrótce „Dżozef” stanie się dla was mile wspominanym tytułem. Co ma wspólnego operacja nosa, Joseph Conrad, festiwal Sunrise i szpital rodem z powieści Kinga? Nie wiecie? Ja też nie miałem pojęcia dopóki nie sięgnąłem po powieść Jakuba Małeckiego.

Polecam!

„Dziewczyna z sąsiedztwa” – Jack Ketchum

17 marca 2011 11 Komentarzy

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo:  Papierowy Księżyc

Liczba stron: 301

Data wydania:  2009

Ocena: 8/10

——————————

„Przedmieścia. Ciemne ulice, przystrzyżone trawniki i przytulne domy. Miła, spokojna okolica. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. W domu Chandlerów, przy ślepej uliczce, w ciemniej, zawilgoconej piwnicy, Meg i Susan zdane są na łaskę kapryśnej i cierpiącej na ataki szału ciotki Ruth, którą szybko ogarnia szaleństwo. Szaleństwo, którym zaraża swoich trzech synów oraz całą okolicę. Jedynie jeden zatroskany chłopiec spróbuje oprzeć się złu zarażającemu niewinne umysły. Musi podjąć bardzo dorosłą decyzję i wybrać między miłością i współczuciem, a pożądaniem i złem… Którą drogę wybierze? – tak brzmiący opis na dobre przykuł moją uwagę i zasugerował bym czym prędzej zarezerwował „Dziewczynę z sąsiedztwa” w publicznej bibliotece, wreszcie nadszedł ten czas gdy dane mi było przeczytać ową powieść, czy było warto? To pytanie po lekturze wydaje się nie mieć najmniejszego znaczenia, zaraz się przekonacie dlaczego tak uważam. Autorem powieści jest Jack Ketchum, który dopiero niedawno zdobył rozgłos w naszej ojczyźnie. Co można o nim powiedzieć, najlepiej będzie zacytować króla grozy – Stephena Kinga. Powiedział on: „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum.”, wydaje mi się że te słowa wystarczająco charakteryzują owego pisarza.

Po raz pierwszy miałem wrażenie że język, umiejętności literackie autora, opisy bohaterów, zjawisk, otoczenia i tym podobne, nie mają najmniejszego znaczenia, wszystkie elementy książki zdają się niknąć, być jedynie niewyraźnym tłem dla znajdującej się na pierwszym planie fabuły. To ona całkowicie zdominowała mój pogląd na książkę, sprawiła że nie raz miałem ochotę wyjść na zewnątrz i całkowicie odciąć się od opisywanych w niej wydarzeń,  innym razem byłem gotów wcisnąć się w jej karty i zrobić coś niekoniecznie zgodnego z prawem, byle tylko sprawiedliwości stała się zadość. Książka budziła we mnie różne emocje: złość, współczucie, niedowierzanie, nadzieję czy nawet niesmak. Wszystkie one kłębiły się wokół siebie tworząc potężny wir uczuć towarzyszących nam podczas lektury. Lektury na tyle wstrząsającej że na długo zapada w pamięć i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Dotychczas myślałem że horror to przede wszystkim sytuacje niestworzone, niejednokrotnie wykraczające po za ludzką wyobraźnię, czy choćby otoczone nutką tajemniczości historie z życia wzięte, w przypadku Ketchuma mamy do czynienia z zupełnie odmiennym rodzajem strachu. Złem które nie chowa się po cmentarzach, nie straszy po nocach, nie odgryza ludziom głów. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” złem jest człowiek, zło jest akceptowane przez społeczeństwo, zło ukryte jest w pięknej otoczce, mieszka z nami po sąsiedzku i zaprasza do siebie na colę czy piwo…To jest właśnie najgorsze, świadomość że zwykłe ściany są w stanie ukryć choćby najbardziej przerażający sekret.

Mimo wszystko postaram się wyrazić w miarę obiektywną opinię na temat książki, analizując jej elementy składowe. Pomijając wspomnianą fabułę skupmy się na języku, jest wyjątkowo prosty, brak w nim znanej choćby z powieści Kinga złożoności i skupienia na wszystkich szczegółach. Powieść Ketchuma można w łatwy sposób zobrazować. Wyobraźmy sobie że znajdujemy się na szczycie jakiejś ośnieżonej góry, siedząc na sankach. Początkowo skupiamy się na wszystkim wokół nas, obserwujemy otoczenie, napawany się świeżym powietrzem, wreszcie odpychamy się i ruszamy, z każdą sekundą przyspieszamy, by wreszcie całkowicie oderwać się od otaczających nas gór i skoncentrować jedynie na sankach i torze po którym się ślizgają. Ów język właśnie w miarę upływu czasu przestaje mieć znaczenie, liczy się jedynie to co przekazuje. Sama powieść przedstawiona jest w formie pamiętnika, a jej narratorem jest jeden z bohaterów, który przez większość czasu opisuje wydarzenia z perspektywy nastolatka, by od czasu do czasu przenieść się do teraźniejszości, gdy jest już dorosłym mężczyzną. W przypadku bohaterów sytuacja ma się podobnie jak to miało miejsce w języku. Do końca powieści nie mamy świadomości kto kim jest, ile ma lat i jak wygląda, ich osobowości nie mają znaczenia, liczą się jedynie czyny jakich się dopuszczają i chore fantazje które targają ich umysłami.

Podsumowując, „Dziewczyna z sąsiedztwa” to książka straszna, brutalna i przerażająca. Zaskakuje nas przede wszystkim swoją prawdziwością i tym że takie historie mogą mieć miejsce każdego dnia, w każdym miejscu i o każdej porze. Zło drzemie w każdym z nas, problem tkwi w tym, że nie wszyscy jesteśmy w stanie nad nim zapanować. Jak napisał sam autor w komentarzu do powieści: „Od dawna chciałem napisać książkę o takich kanaliach. O nich oraz o tym, co nas spotyka, kiedy uwierzymy, że oni są normalnymi ludźmi.” Coś w tym jest, bo zwykle najgorsi zbrodniarze niczym się od nas nie różnią, mają własne rodziny, dzieci, pracę, a mimo to jest coś, co zdecydowanie zrywa im z klatki piersiowej naklejkę z napisem: „człowiek”. Nieczęsto ma się okazję czytać coś tak brutalnego, nawet nasz uniżony sługa Mordimer, który nie stroni od kopania kobiet w twarz, czy przypalania ich żywym ogniem nie dopuścił się takiej zbrodni jak ma miejsce w książce Ketchuma. Gdybym miał w jakiś sposób zobrazować wam jej brutalność wyglądałoby to mniej więcej tak: Być może niektórzy z was oglądali film American History X (Więzień nienawiści), w pewnej scenie główny bohater zauważa że ktoś napada na jego dom, wybiega ze środka i zabija napastników. Jednemu z nich rozkazuje chwycić zębami krawędź chodnika, by następnie podnieść nogę i … to zaledwie przedsmak „Dziewczyny z sąsiedztwa”.

Przerażająca książka.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]


„Wielki Marsz” – Richard Bachman (Stephen King)

27 grudnia 2010 6 Komentarzy

Tytuł: „Wielki Marsz”

Autor: Richard Bachman (Stephen King)

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 244

Data wydania:  2003

Ocena: 8,5/10

——————————

„Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.

Opis książki brzmi: „[…]Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz – meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych.” Już na wstępie powiem że jedynym sensownym stwierdzeniem w nim zawartym jest pierwsze zdanie, ale o tym za chwilę.

Stephen King, jak zapewne jest wszystkim wiadome nazywany jest Mistrzem Horroru. Wiele z jego książek doczekało się filmowych adaptacji, które znane są większości miłośników kina, lecz „Wielki Marsz” nie miał tej przyjemności. Chyba słusznie, gdyż najprawdopodobniej byłby to film krótkometrażowy.

„Wielki Marsz”, został napisany gdy autor tworzył jeszcze pod pseudonimem Richard Bachman. Jak już wspomniałem opowiada historię, nie tyle setki, co garstki chłopców biorących udział w największej rozrywce tamtego świata. Rozrywce, która przyciąga dziesiątki tysiące fanów z całych Stanów Zjednoczonych, którzy głodni wrażeń oczekują godzinami przy trasie marszu. Wrażeń, którymi przede wszystkim jest śmierć kolejnych uczestników i huk karabinów.

Książka napisana jest lekkim językiem, pełna dialogów i wielu interesujących myśli, które podsuwa nam autor. Podzielona jest na trzy części, zawierające po kilka rozdziałów, gdzie każdy z nich zaczyna się dość nietuzinkowym cytatem. Czasem słowa pochodzą z amerykańskich teleturniejów, innym razem z dziecięcych wyliczanek, czy nawet z ust kaznodziei. Narracja trzecioosobowa z wszechwiedzącym narratorem. Ogólnie, przyjemnie się ją czyta, mimo zawartych w niej „interesujących” opisów. Spodobał mi się sposób opisu bohaterów. King charakteryzując ich „czepiał się szczegółów”, tzn. nie serwował nam stronicowego opisu wyglądu, a jedynie jedno, dwa zdania plus wspomniany „szczegół”. Dla przykładu „żółta czapka przeciwdeszczowa w tylnej kieszeni”, czy „ciężkie oksfordy na nogach”. Dzięki temu do końca nie wiemy jak wyglądali bohaterowie, znamy dokładnie ich charakter (o czym później), wyobrażamy sobie ich oczy, wychudzone twarze i jeden specyficzny szczegół z ubioru. Nic po za tym. Swoją drogą, nie potrafię sobie przypomnieć jaki mieli kolor włosów, być może nie było o tym mowy, jedno jest pewne, nie miało to większego znaczenia.

Największym plusem powieści Kinga jest złożoność charakterów przedstawionych w niej bohaterów. Każdy z nich jest specyficzny i posiada indywidualne cechy, których próżno szukać u innych. To umysł i samozaparcie odgrywa główną rolę w tym „Marszu Pogrzebowym” (bo to oddaje w pełni sens tej wędrówki) i to one są priorytetem jeśli chodzi o całokształt powieści. Autor przedstawił nam jak człowiek potrafi się zmienić w skutek otaczającej go sytuacji, wcześniej nieznani sobie chłopcy stają się sobie bliscy. Między niektórymi dochodzi do zwad, między innymi zaś do przyjaźni. Wszystko skupia się wokół marszu i drogi, to one tworzą swój mikroświat, którego mieszkańcy niczym zawieszeni w przestrzeni męczennicym cierpią katusze ku radości widzów i …. no właśnie ku czemu? Tutaj King dołożył kolejny wątek powieści, dlaczego każdy z nich wziął udział w marszu, przecież wiedzieli na co się piszą, znali zasady, a szansa na nagrodę była znikoma. Odpowiedź nie jest taka prosta jakby się mogła wydawać.

Głównym bohaterem powieści jest niejaki Ray Garraty, „syn stanu Maine”. Przystępując do „konkursu” zostawił w domu matkę i dziewczynę, które za wszelką cenę usiłowały go odwieść od tego pomysłu. Poznajemy go na samym początku powieści, gdy z rodzicielką docierają na miejsce startu. Czy Ray jest bohaterem pozytywnym? Czy można go polubić? To już zależy od samego czytelnika. Gdyż, jak wcześniej wspomniałem, każdy z nich jest inny, w skutek czego fascynujący na swój sposób. Tak np. mnie do gustu przypadli McVries i Olson.

Na wstępie napisałem: „ „Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.” i nadal podpisuję się pod tym obiema rękami. Początkowo chłodno podchodziłem do tego tytułu, bo nie miałem pojęcia czego mogę od niego oczekiwać. Historia nader prosta, mogłoby się wydawać banalna. Setka chłopców idących przed siebie, wygrywa ten kto jako jedyny przeżyje. Fabuła którą można by było zmieścić na 2-3 stronach A4, została tak rozbudowana że zajmuje blisko 250 stron i w żadnym momencie nie odczuwamy znużenia, tudzież „wodolejstwa”. Nawet opisy przyrody zostają skrócone tylko to ogólnego zarysu, także jeżeli oczekujemy podróży przyrodniczej po Stanach Zjednoczonych to się głęboko zawiedziemy. King w całą tę historię wplótł „wojnę charakterów”, w skutek czego nie widzimy maszerujących chłopców, tylko rozbudowane osobowości zamknięte w odczuwającym ból i znużenie ciele. Ciele, którego wygląd nie ma większego znaczenia. Z początku doceniamy decyzję bohaterów, by pod koniec, w skutek licznych sytuacji całym sercem im współczuć. Przywiązujemy się do nich, licząc że to akurat nasz ulubieniec będzie tym który ukończy „Marsz Pogrzebowy”. Napisałem również że jedynie pierwsze zdanie z przedstawionego przeze mnie fragmentu opisu jest sensowne i nadal się przy tym upieram. Czy nie ma w książce ludzkich odruchów? Czy każdy z uczestników jest „zimnokrwistym cyborgiem”? Otóż nie jest. Bohaterowie, chłopcy w wieku dojrzewania, jako jedyni pokazują człowieczeństwo i niebywałą dojrzałość, które to cechy objawiają się nawet w tak toksycznym środowisku jak te w którym przyszło im nie tyle żyć, co umierać.

Mimo to książka nie jest wolna od minusów. Jak dla mnie największym z nich, kto wie czy nie jedynym jest nagłe zakończenie, które w skutek długotrwałego oczekiwania powinno mieć iście podniosły przekaz, a kończy się szybko, zbyt szybko jak dla mnie.

Podsumowując, książka która początkowo może zniechęcać, przede wszystkim w skutek przedstawionego nam okładkowego opisu, potrafi wciągnąć czytelnika na dobre, a każde trudności i „przygody” bohaterów pochłaniamy z największą przyjemnością oczekując kolejnej dawki. W pewnym momencie możemy zauważyć że niczym nie różnimy się od głodnego krwi tłumu, który z niecierpliwością oczekuje na kolejny wystrzał żołnierskiego karabinu. King zaserwował nam potężną dawkę powieści do przemyślenia. Nie tyle do zastanawiania się nad sensem przytaczanych słów, czy sformułowań filozoficznych, co nad sytuacją w jakiej się znaleźli. Jak my zachowywalibyśmy się maszerując wśród nich? Czy bylibyśmy dostatecznie silni by przetrwać tę wojnę charakterów? Czy pozostałyby w nas choć strzępy człowieczeństwa?