Archiwum

Posts Tagged ‘Cykl Inkwizytorski’

„Młot na czarownice” – Jacek Piekara

26 lutego 2011 11 komentarzy

Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom 2

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 368

Data wydania:  2007

Ocena: 5/10

——————————

„„Młot na czarownice” to przeredagowane i uzupełnione wznowienie tomu opowiadań o inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Czekają go wyzwania, zagadki i zmagania z wiedźmami i demonami oraz często gorszymi od nich heretykami i bluźniercami. Czy aby przetrwać, wystarczą: żarliwa wiara, stalowe nerwy i ostry niczym brzytwa umysł?” Taki brzmi krótki i niewiele mówiący na temat samej powieści opis. Jak możemy wywnioskować z trzech pierwszych słów, dotyczy on książki pt. „Młot na czarownice”, drugiego tomu sławetnego cyklu inkwizytorskiego Jacka Piekary. Autora poczytnego, twórcy i redaktora dwumiesięcznika „Fantasy” oraz znanego przede wszystkim maniakom gier komputerowych dziennikarza ukrywającego się pod pseudonimem Randall. Czy w kolejnym tomie powieści znajdziemy powiew świeżości, czy też Mordimer w żaden sposób nie uległ zmianie względem pamiętnego obrazu z pierwszego tomu (tj. „Sługa boży”) ?

Książka, podobnie jak jej poprzedniczka, składa się z kilku luźno powiązanych ze sobą opowiadań, a jedyną cechą łączącą te historie jest postać głównego bohatera i „tematyka” w której ów mężczyzna się porusza.

Opowiadanie numer jeden zatytułowane „Ogrody pamięci” niejako odsłania przed nami fragment przeszłości Madderina, gdy ten będzie zmuszony rozwiązać zagadkę pojawienia się u pewnego chłopca stygmatów. W drugim „Młot na czarownice” nasz uniżony sługa przebywający u swego przyjaciela burgrabiego postara się wyjaśnić przyczynę dziwnych zjawisk związanych z publiczną egzekucją jednego ze skazańców. Kolejne z nich „Mroczny krąg” dotyczy dość delikatnej sprawy za której załatwienie odpowiedzialny jest nie kto inny jak licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu, a samo zlecenie wyjdzie właśnie od wspomnianego tutaj Jego Ekscelencji. W „Wężu i gołębicy” Mordimer będzie wyjaśniał plebejskie wierzenia w wampiry, których istnienie negują wszyscy, a szczególnie uniżeni inkwizytorzy. Ostatnie z nich  pt. „Żar serca” wciągnie Madderina w dość niespotykaną sieć intryg z której by się wyplątać konieczne będzie postawienie na szali nie tyle swojej licencji, co życia. Tak mniej więcej rysuje się całokształt książki, która niestety w żaden sposób nie potrafiła na dobre przykuć mojej uwagi.

Chcąc być wyjątkowo niemiły można to zilustrować za pomocą znanej wszystkim gry „szubienica”, na której powinien zawisnąć „Młot na czarownice” razem z zacnym inkwizytorem. Pierwsze kreski, podstawa – postać głównego bohatera. W pewnym sensie rozumiem że Mordimer miał się nam jawić jako bicz boży, miecz aniołów, niszczyciel grzechu i można by tak długo, tyle że zamiast skrupulatnego inkwizytora, skupionego przede wszystkim na swoim fachu, otrzymaliśmy cynicznego, pysznego, pozbawionego skrupułów i poczucia humoru mężczyznę, albo trafniej byłoby powiedzieć chełpiącego się swym stanowiskiem podrostka. Odnoszę nieodparte wrażenie że mimo wszystko głównym powodem wykonywania poszczególnych zleceń była chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Kolejne kreski, „ramię szubienicy” – „wasz uniżony sługa”, „moi mili” itd. Każdy kto czytał zarówno pierwszy jak i drugi tom (być może w kolejnych uległo to diametralnej zmianie) zauważa że autor nie stroni od używania tych słów, które po n-tym razie działają na czytelnika jak płachta na byka. Przypuszczam że dalsze rozwijanie tej myśli nie jest konieczne. Ostatnie kreski i pętelka, sznur – Opowiadania nie zapadają w pamięć, wydają się niesłychanie płytkie, a czytając je nie potrafiłem choć na chwilę poczuć się jakbym brał w nich czynny udział. Zamiast wprowadzać nas w świat w którym Chrystus zstąpił z krzyża i ukarał zbrodniarzy, jesteśmy jedynie biernymi widzami dla których sama fabuła jest niewiele bardziej intrygująca od programu telewizyjnego (przepraszam za sformułowanie). Kolejnym aspektem jeśli chodzi o opowiadania jest dziwne wrażenie że zostały one „zlepione” w tom bez większego przemyślenia tego działania, w co drugim z nich dowiadujemy się iż Kostuch ma niebywałą pamięć, a Mordimer mimo swego fachu zna się co nieco na medycynie i jest dosyć sprawny fizycznie, a przecież wystarczyłoby raz o tym wspomnieć, a następnie kontynuować fabułę bez zbędnego „umilania” nam przyjemności z czytania.

Mimo tego dość niepochlebnego akapitu wypada wspomnieć o argumentach przemawiających na korzyść powieści. Przede wszystkim język, mimo dość płytkich opowiadań pan Piekara potrafi w niesłychany sposób operować poprawną polszczyzną. Szkoda tylko, że sposób w jaki pisze jest mało obrazowy, co jednak udaje mu się nadrobić skrupulatną dbałością o szczegóły (m.in. emocje bohaterów). Na pochwałę zasługują również ilustracje Dominika Brońka, który już wcześniej urzekł mnie pracami opublikowanymi w „Siewcy Wiatru”, szkoda tylko że inicjały na początku każdego opowiadania są łudząco podobne do tych ze wspomnianego przeze mnie tytułu autorstwa pani Kossakowskiej.

Podsumowując, „Młot na czarownice” rozczarował mnie praktycznie pod każdym względem, to co urzekło mnie w pierwszej części (choć nie do końca pamiętam wszystkie powody tak wysokiej oceny –  dziwne?) tutaj było tylko ledwie dostrzegalnym tłem. W „Słudze bożym” brutalność wręcz emanowała z każdej kartki,  zaś w „Młocie…” jest jej tyle co „kot napłakał”. Mam nieodparte wrażenie że drugi tom cyklu inkwizytorskiego jest książką napisaną bez większego nie tyle przekonania, co pomysłu, a sam Mordimer z każdym kolejnym opowiadaniem daje się nam we znaki, tym samym coraz bardziej nas irytując.

Jedynie dla zagorzałych fanów cyklu.

„Sługa Boży” – Jacek Piekara

20 grudnia 2010 5 komentarzy

Tytuł: „Sługa Boży”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom I

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 280

Data wydania:  2003

Ocena: 9/10

——————————

Jestem na świeżo po jej lekturze, także postaram się w miarę obiektywnie wyrazić swoje zdanie.

Szczerze powiedziawszy idealnie opisują książkę stwierdzenia na jej odwrocie, pozwolę sobie przytoczyć:

„Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stosów i prześladowań”

„Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – przynajmniej w moim dotychczasowym odczuciu w pewnym sensie pełni ona taką rolę, a czy ta sentencja jest prawdziwa, czas pokaże. Do książki zabrałem się z wielkim zapałem, po lekkim „poślizgu” na „Charakterniku” postanowiłem sięgnąć do bardziej cenionych pozycji pana Jacka Piekary. Czy się zawiodłem? Odpowiem bez zawahania że nie. Czy spodziewałem się więcej okrucieństwa, krwi i bluźnierstw? Odpowiem że było ich wystarczająco dużo, co by nie powiedzieć że w pewnych momentach aż za dużo. Bynajmniej nie uważam że książka w pewien sposób raziła w moje uczucia itd., osobiście uważam że do takich rzeczy trzeba mieć dystans i patrzeć na nie, przez zupełnie inny pryzmat.

Wracając do powieści. Jej głównym bohaterem jest niejaki Mordimer Madderdin, młody inkwizytor odznaczający się gorliwością, pysznym jak na swój wiek charakterem i innymi, tym razem wyróżniającymi go z tłumu cechami, o których się przekonacie podczas lektury. Jako miecz w ręku Pana i sługa Aniołów, zajmuje się tępieniem wszelkich oznak „odstępstwa od normy”, bądź jak kto woli herezji, bluźnierstw, pradawnych rytuałów i wielu, wielu innych zakazanych, mniej lub bardziej, spraw. Przez większość książki podróżuje w towarzystwie swoich kompanów, jak to sam ujął zawodowych morderców, wszak zwyczajem inkwizytora jest posiadanie większej liczby wrogów, aniżeli przyjaciół.  Mordimera cechuje specyficzne podejście do swojego zawodu, ośmielę się powiedzieć, że mimo trudnej pracy, jest do niej bardzo przywiązany i wypełnia ją z największą czcią i przyjemnością.

Książka składa się z pięciu opowiadań luźno ze sobą powiązanych, występują one chronologicznie, ale nie wiemy ile czasu minęło między każdym z nich. Język jakim posługuje się autor jest lekki i przyjemny, mimo „interesujących” opisów które nam serwuje podczas lektury. Pan Piekara zdołał nawet w tak, mogło by się wydawać poważnej i brutalnej powieści, umieścić kilka humorystycznych czy to dialogów, czy sytuacji. Dość trafnym pomysłem ( w moim odczuciu) okazało się przedstawienie sposobu wysławiania się niektórych z bohaterów (czy to bez zębów, czy w apogeum zdenerwowania). Być może w tej chwili wydaje się to lekko niejasne, ale jestem w pełni przekonany że przy pierwszej okazji zauważycie co miałem na myśli.

Przejdę teraz do najważniejszej kwestii utworu, czy też najbardziej powszechnej opinii na jej temat. „Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – dysponując obecnym doświadczeniem nie jestem w stanie obiektywnie ocenić prawdziwości tych słów, lecz być może moje stanowisko w pewien sposób ustosunkuje odczucia potencjalnego „świeżego” czytelnika na lekturę „Sługi Bożego”. Czy poczułem się zgorszony, bądź obrażony iż fundamenty chrześcijaństwa zostały poważnie naruszone, co by nie powiedzieć że całkowicie przebudowane? Absolutnie nie. Pan Jacek Piekara serwuje nam kilka godzin świetnej fantastyki, opisując brutalność, wszechobecny grzech i wady tamtego nie tyle samego świata, co przede wszystkim ustroju społecznego. Widzimy znaczne różnice pomiędzy klasami społecznymi, na których czele mogłoby się wydawać, nieoficjalnie stoi grupa odzianych na czarno mężczyzn, ze srebrnym, wyszytym krzyżem i skrzynką z „narzędziami zawodowymi”. Zgromadzenie które „trzęsie” podwalinami tamtego systemu i sprowadza na każdego strach i trwogę. Czyżby ludzie, wydający się być uosobieniem dobra, przynajmniej wedle swoich przekonań mogą być straszni – żeby nie powiedzieć źli? Ano mogą, i wychodzi im to wręcz doskonale.

Podsumowując. Jacek Piekara w pierwszym tomie „Cyklu Inkwizytorskiego” niejako wprowadza nas w świat po którym kroczy młody Mordimer. W kilku luźno ze sobą powiązanych opowiadaniach rysuje przed nami obraz grupy zwanej inkwizytorami, pełnej nie tylko cnót, co raczej cech zupełnie przeciwnych. Z największą przyjemnością śledzimy przygody głównego bohatera i jego kompanów, co jakiś czas zatrzymując się, by uzmysłowić sobie jak wyglądają ich „przyzwyczajenia”, albo inaczej, nieodłączne dodatki do ich fachu. Książka warta polecenia, toteż nie zawaham się powiedzieć: Polecam!

p.s. Jestem ciekaw jak dokładnie wygląda nasz przystojniaczek, Kostuch 🙂