Archiwum

Posts Tagged ‘Fabryka Słów’

Spóźnione recenzje

26 Maj 2011 20 Komentarzy

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!

Reklamy

„Wylegarnia” – Miroslav Žamboch

4 kwietnia 2011 5 Komentarzy

Tytuł: „Wylęgarnia: Śmierć zrodzona w Pradze”

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 472

Data wydania: 2009

Ocena: 7/10

——————————

„Praca dla czesko-ruskiej mafii była ostatnią rzeczą, jaką chciała robić w życiu. Ale ktoś wymienił sumę, po której z trudem złapała oddech. Kilka godzin później siedziała w kostiumie z czarnej skóry, za kierownicą opancerzonego volvo.
Weszła do gry, której stawką było życie Aleksa Rubina – genialnego naukowca, syna głowy mafii. Jej zadanie było jasne – chronić, Tyle, że jasne nie zawsze oznacza proste.”
Prosty i jasny opis na okładce sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z powieścią sensacyjną, pełną akcji, eksplozji, huku pistoletów, ran postrzałowych, pościgów samochodowych, dochodzenia policyjnego i wielu, wielu innych wątków, które w pełni oddadzą wymienione wyżej elementy fabularne.
Zastanawiające jest jednak to, w jaki sposób Žamboch nam ją przedstawi, czy będzie rzucał bluzgami i brutalnością na prawo i lewo, czy też postawi na subtelne oblicze mafii? Wyjaśnienie okazuje się dość zaskakujące, aczkolwiek w żaden sposób nie ujmujące przyjemności z czytania.
Jak już wspomniałem autorem powieści jest Miroslav Žamboch, jak jest napisane na skrzydełku, mocodawca Koniasza konstruktor zabójczego R.C. , zleceniodawca Bonda w spódnicy, czyli Mariki z recenzowanej przeze mnie książki.

Fabuła zarysowana przez okładkowy opis praktycznie daje nam jasny wgląd w jej główny nurt, z tą różnicą, że „Wylęgarnia” obfita jest w wątki fantastyczne, bez których zapewne byłaby o wiele bardziej uboga, tym samym zamieniając się w przyzwoitą, aczkolwiek niebywale przyziemną powieść sensacyjną, która najprawdopodobniej w żaden sposób nie wybiłaby się w reprezentowanym wówczas przez siebie gatunku.
Marika, główna bohaterka, nie spodziewa się, że któregoś dnia jej życie ulegnie diametralnej zmianie, a ona sama stanie się kimś zupełnie innym, jak gdyby wewnątrz nauczycielki akademickiej krył się dotychczas uśpiony zabijaka, jak to określił Žamboch swoisty James Bond w spódnicy. Powiem szczerze, zaczęło się interesująco, opis przyciągnął moją uwagę, a kobieta będąca główną bohaterką to zawsze jakaś miła odmiana w powieściach fantastycznych. Niby wszystko było w porządku, fabuła gnała do przodu na złamanie karku, historia którą przygotował dla nas autor odkrywała przed nami coraz to ciekawsze tajemnice, a jednak czegoś brakowało, tak jakby książce ktoś wyrwał duszę i zostawił jedynie interesującą otoczkę. Wraz z kolejnymi stronami traciłem początkowy zapał, by pod koniec odliczać kartki do zakończenia pierwszego tomu – nie tego się spodziewałem.

Bohaterowie są celowo przerysowani, nie będę ich opisywał by nie psuć przyjemności z ich poznawania, powiem jedynie że każdy z nich jest przedstawiony w oględny sposób, a na ich obraz przekłada się przede wszystkim stworzony przez autora charakter. Każdy z nich jest indywidualistą i nie sposób pomylić ich nawzajem.
Sam język powieści jest, co by nie mówić prosty, czasem aż za prosty, brakuje złożonych opisów przedstawionych scen, jak również choćby dogłębnej analizy uczuć bohaterów, przypuszczam, iż był to celowy zabieg, już wyjaśniam dlaczego.
Książka ma ciekawy pomysł na kompozycję, mianowicie mamy wrażenie jak gdyby każdy rozdział był kolejnym numerem komiksu, a ona sama najlepiej wyglądałaby właśnie w tej formie. Dialogi są krótkie, bohaterowie nietuzinkowi – jednym słowem swoiste Sin City (seria komiksów Franka Millera) rozgrywające się na przedmieściach Pragi. Wrażenia potęgują ilustracje Filipa Myszkowskiego, które w idealny sposób oddaję tenże klimat, początkowo byłem do nich sceptycznie nastawiony, ale po lekturze dochodzę do wniosku, że są one niezbędnym elementem całości.

Powiem szczerze, wbrew tylu pozytywnym aspektom książka nie potrafiła na dobre przyciągnąć mojej uwagi, mimo wielu wątków (podpowiem, że członkowie mafii to nie jedyni bohaterowie powieści) nie znalazłem w niej praktycznie niczego co zachęciłoby mnie do sięgnięcia z przyjemnością po jej kontynuację, powiem więcej, nie miałem zamiaru tego robić…przynajmniej do 10 stron przed jej końcem, bo wtedy sprawy przyjęły taki obrót, że nie sposób odłożyć spokojnie pierwszego tomu „Wylęgarni” na półkę, zapominając o jej kontynuacji. Jednym słowem – zakończenie miażdży, wgniata w ziemię i niczym gangster przykłada nam do skroni zimną lufę pistoletu zmuszając do dalszych przygód z bohaterami książki Žambocha, szkoda tylko, że „podróż” przez wcześniejsze strony nie dawała tyle radości.

Podsumowując, „Wylęgarnia” to na pewno książka ciekawa, przedstawiona w interesujący sposób, posiadająca ukształtowany przez autora komiksowy klimat, jednak mimo to nie należy ona do powieści które będę z chęcią polecał. Powiem więcej, lekko się rozczarowałem, nie tylko samą powieścią, co językiem i sposobem pisania Žambocha.

„Młot na czarownice” – Jacek Piekara

26 lutego 2011 11 Komentarzy

Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom 2

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 368

Data wydania:  2007

Ocena: 5/10

——————————

„„Młot na czarownice” to przeredagowane i uzupełnione wznowienie tomu opowiadań o inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Czekają go wyzwania, zagadki i zmagania z wiedźmami i demonami oraz często gorszymi od nich heretykami i bluźniercami. Czy aby przetrwać, wystarczą: żarliwa wiara, stalowe nerwy i ostry niczym brzytwa umysł?” Taki brzmi krótki i niewiele mówiący na temat samej powieści opis. Jak możemy wywnioskować z trzech pierwszych słów, dotyczy on książki pt. „Młot na czarownice”, drugiego tomu sławetnego cyklu inkwizytorskiego Jacka Piekary. Autora poczytnego, twórcy i redaktora dwumiesięcznika „Fantasy” oraz znanego przede wszystkim maniakom gier komputerowych dziennikarza ukrywającego się pod pseudonimem Randall. Czy w kolejnym tomie powieści znajdziemy powiew świeżości, czy też Mordimer w żaden sposób nie uległ zmianie względem pamiętnego obrazu z pierwszego tomu (tj. „Sługa boży”) ?

Książka, podobnie jak jej poprzedniczka, składa się z kilku luźno powiązanych ze sobą opowiadań, a jedyną cechą łączącą te historie jest postać głównego bohatera i „tematyka” w której ów mężczyzna się porusza.

Opowiadanie numer jeden zatytułowane „Ogrody pamięci” niejako odsłania przed nami fragment przeszłości Madderina, gdy ten będzie zmuszony rozwiązać zagadkę pojawienia się u pewnego chłopca stygmatów. W drugim „Młot na czarownice” nasz uniżony sługa przebywający u swego przyjaciela burgrabiego postara się wyjaśnić przyczynę dziwnych zjawisk związanych z publiczną egzekucją jednego ze skazańców. Kolejne z nich „Mroczny krąg” dotyczy dość delikatnej sprawy za której załatwienie odpowiedzialny jest nie kto inny jak licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu, a samo zlecenie wyjdzie właśnie od wspomnianego tutaj Jego Ekscelencji. W „Wężu i gołębicy” Mordimer będzie wyjaśniał plebejskie wierzenia w wampiry, których istnienie negują wszyscy, a szczególnie uniżeni inkwizytorzy. Ostatnie z nich  pt. „Żar serca” wciągnie Madderina w dość niespotykaną sieć intryg z której by się wyplątać konieczne będzie postawienie na szali nie tyle swojej licencji, co życia. Tak mniej więcej rysuje się całokształt książki, która niestety w żaden sposób nie potrafiła na dobre przykuć mojej uwagi.

Chcąc być wyjątkowo niemiły można to zilustrować za pomocą znanej wszystkim gry „szubienica”, na której powinien zawisnąć „Młot na czarownice” razem z zacnym inkwizytorem. Pierwsze kreski, podstawa – postać głównego bohatera. W pewnym sensie rozumiem że Mordimer miał się nam jawić jako bicz boży, miecz aniołów, niszczyciel grzechu i można by tak długo, tyle że zamiast skrupulatnego inkwizytora, skupionego przede wszystkim na swoim fachu, otrzymaliśmy cynicznego, pysznego, pozbawionego skrupułów i poczucia humoru mężczyznę, albo trafniej byłoby powiedzieć chełpiącego się swym stanowiskiem podrostka. Odnoszę nieodparte wrażenie że mimo wszystko głównym powodem wykonywania poszczególnych zleceń była chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Kolejne kreski, „ramię szubienicy” – „wasz uniżony sługa”, „moi mili” itd. Każdy kto czytał zarówno pierwszy jak i drugi tom (być może w kolejnych uległo to diametralnej zmianie) zauważa że autor nie stroni od używania tych słów, które po n-tym razie działają na czytelnika jak płachta na byka. Przypuszczam że dalsze rozwijanie tej myśli nie jest konieczne. Ostatnie kreski i pętelka, sznur – Opowiadania nie zapadają w pamięć, wydają się niesłychanie płytkie, a czytając je nie potrafiłem choć na chwilę poczuć się jakbym brał w nich czynny udział. Zamiast wprowadzać nas w świat w którym Chrystus zstąpił z krzyża i ukarał zbrodniarzy, jesteśmy jedynie biernymi widzami dla których sama fabuła jest niewiele bardziej intrygująca od programu telewizyjnego (przepraszam za sformułowanie). Kolejnym aspektem jeśli chodzi o opowiadania jest dziwne wrażenie że zostały one „zlepione” w tom bez większego przemyślenia tego działania, w co drugim z nich dowiadujemy się iż Kostuch ma niebywałą pamięć, a Mordimer mimo swego fachu zna się co nieco na medycynie i jest dosyć sprawny fizycznie, a przecież wystarczyłoby raz o tym wspomnieć, a następnie kontynuować fabułę bez zbędnego „umilania” nam przyjemności z czytania.

Mimo tego dość niepochlebnego akapitu wypada wspomnieć o argumentach przemawiających na korzyść powieści. Przede wszystkim język, mimo dość płytkich opowiadań pan Piekara potrafi w niesłychany sposób operować poprawną polszczyzną. Szkoda tylko, że sposób w jaki pisze jest mało obrazowy, co jednak udaje mu się nadrobić skrupulatną dbałością o szczegóły (m.in. emocje bohaterów). Na pochwałę zasługują również ilustracje Dominika Brońka, który już wcześniej urzekł mnie pracami opublikowanymi w „Siewcy Wiatru”, szkoda tylko że inicjały na początku każdego opowiadania są łudząco podobne do tych ze wspomnianego przeze mnie tytułu autorstwa pani Kossakowskiej.

Podsumowując, „Młot na czarownice” rozczarował mnie praktycznie pod każdym względem, to co urzekło mnie w pierwszej części (choć nie do końca pamiętam wszystkie powody tak wysokiej oceny –  dziwne?) tutaj było tylko ledwie dostrzegalnym tłem. W „Słudze bożym” brutalność wręcz emanowała z każdej kartki,  zaś w „Młocie…” jest jej tyle co „kot napłakał”. Mam nieodparte wrażenie że drugi tom cyklu inkwizytorskiego jest książką napisaną bez większego nie tyle przekonania, co pomysłu, a sam Mordimer z każdym kolejnym opowiadaniem daje się nam we znaki, tym samym coraz bardziej nas irytując.

Jedynie dla zagorzałych fanów cyklu.

„Siewca Wiatru” – Maja Lidia Kossakowska

9 stycznia 2011 13 Komentarzy

Tytuł: „Siewca Wiatru”

Autor: Maja Lidia Kossakowska

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 656

Data wydania:  2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Przyznam szczerze że było to moje drugie podejście do powieści pani Kossakowskiej. Jedyne co mogę zrobić to pluć sobie w brodę, dziwiąc się, dlaczego dotychczas jej nie przeczytałem.

Na okładce znajduje się intrygujący opis:
„Bóg umarł – stwierdził filozof.
A może odszedł? – zapytała Kossakowska.
I postawiła BezPańskie anielskie zastępy w obliczu Armagedonu”.

Maja Lidia Kossakowska – urodzona w 1972 roku, jest jedną z autorek publikujących swe powieści na łamach wydawnictwa Fabryka Słów. W 2007 roku otrzymała prestiżową nagrodę – „Śląkfę” – dla Twórcy Roku. W ostatnich dniach miałem okazję przeczytać jedną z jej najsłynniejszych książek, mianowicie, „Siewcę Wiatru”.

Powieść opowiada o zastępach niebieskich, które pewnego dnia zdają sobie sprawę że Pan ich opuścił. Pozostawione na pastwę losu, zmuszone są radzić sobie same. Pomysł na fabułę – idealny, lecz czy możliwości zostały w pełni wykorzystane? Królestwo niebieskie, którego głównymi zarządcami są archaniołowie, skupiało się dotychczas wokół Jasności. To ona było motorem ich poczynań i to jej zawdzięczali wszystko. Zajęci sobią i własnymi problemami, nie dostrzegli że pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, zostali ogołoceni z najdroższego skarbu. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że nikt nie ma najmniejszego pojęcia co jest przyczyną takiego obrotu spraw. Jak w takiej sytuacji zachowają się skrzydlate osobowości? Czy wysłannicy Pana będą w stanie poradzić sobie bez jego wstawiennictwa? Czy osieroceni będą na tyle silni by stawić czoła ciemności? Złu, które gotowe jest zaatakować w każdej chwili i zniszczyć to co najpiękniejsze? Siewca Wiatru jest już na tyle silny, by móc, po raz kolejny zagrozić Królestwu…

Powieść napisana jest lekkim, ale jednocześnie bardzo obrazowym językiem. Autorka nie oszczędzała nam licznych opisów wykreowanego przez nią świata. Dzięki czemu czujemy się, jakbyśmy sami byli jednymi z jego mieszkańców. Znaczną uwagę przykłada do wyglądu bohaterów, począwszy od opisu strojów, przez twarze, aż do koloru tęczówek, które należą do najbardziej charakterystycznych cech zewnętrznych każdego z nich. Jeśli chodzi o wydanie, to Fabryka Słów jak zwykle wzniosła się na wyżyny. Wspaniałe ilustracje Dominika Brońka i Grzegorza Krysińskiego idealnie odzwierciedlają stworzony przez autorkę świat. Do tego dochodzi także fantastyczna okładka, w tym obraz jagnięcia na ostatniej stronie, widoczny jedynie pod światło. Na uwagę zasługuje również Glosa, znajdująca się na ostatnich kartach powieści, wyjaśniająca pochodzenie zarówno imion bohaterów, kast czy miejsc, pojawiających się w książce.

Głównymi bohaterami powieści są archaniołowie, w składzie: Gabriel (Regent Królestwa), Razjel, Rafael, Michał, po za tym panowie z Głębin, bądź jak kto woli z Piekła, tj. Lucyfer i Asmodeusz, do tego dochodzi także wiele innych postaci, pojawiających się w różnych wątkach powieści i słynny Daimon Frey (postać z okładki), Abbaddon, Burzyciel Starego Porządku, Tańczący na Zgliszczach, Anioł z Kluczem do Czeluści. Każdy z nich posiada indywidualny charakter, zależny zarówno od osobowości, jak i piastowanego stanowiska. Mimo swojego anielskiego pochodzenia zachowują się jak ludzie, co jest idealnym posunięciem autorki. Zamiast podniebnych świętych, gotowych śpiewać jedynie pieśni uwielbienia (choć takich także w powieści nie brakuje), widzimy aniołów, którzy są niesamowicie człowieczy. Są światłością Pana, ale nie przeszkadza im to w tym by grzeszyć, kłócić się, wszczynać burdy i klnąć. Nie stronią od używek (takich jak alkohol czy papierosy), a do tego zakochują się w ludzki sposób. Jednym słowem są nam zaskakująco bliscy i wyraźnie do nas podobni, zarówno w zaletach, jak i wadach.

Na uwagę zasługuje stworzony przez autorkę obraz nieba. Zamiast tysięcy białych chmurek i szczęśliwych aniołków, grających na harfach, widzimy normalne miasta: Królestwo (siedziba dobra) jest podzielona na pomniejsze nieba, od pierwszego do siódmego. Głębię, miejsce zakwaterowania „oficjalnych wrogów skrzydlatych”, czyli Lucyfera z całą jego świtą. Po za tym, autorka serwuje nam takie miasta jak Limbo, znajdujące się pomiędzy murami Królestwa, a otchłanią Głębi, będące siedliskiem wszelkiej niegodziwości, złodziejstwa, burdy i pijaństwa. Czy Sfery Poza Czasem, gdzie czas zwykł udać się na drzemkę i zapomnieć o swoim nieustającym biegu.

Dodatkowym atutem powieści jest jej wielowątkowość. Mimo głównej fabuły, którą de facto jest walka dobra ze złem, autorka przygotowała nam liczne, poboczne przygody. Dzięki czemu przyjdzie nam wybrać się na misję razem z Drago, jednym z żołnierzy oddziału Komando Szeol czy też zwiedzić Ziemię razem z byłym dowódcą Aniołów Miecza, Kamaelem.

Do minusów „Siewcy Wiatru” można zaliczyć niejednokrotnie dłużącą się fabułę, do tego brakuje zaskakujących zwrotów akcji, które zapewne wzbogaciłyby przyjemność z czytania.

Chcąc podsumować książkę jednym zdaniem, można powiedzieć, że „Siewca Wiatru” ma zapewnione miejsce w kanonie polskiej fantastyki. Obok niesłychanie fascynującego i zarazem niezwykle bogatego świata, mamy do czynienia z dość nietypowym obrazem Sług Pana. Powieść, która jednoznacznie kojarzy się nam z odwieczną walką dobra ze złem, pełna jest licznych, pomniejszych wątków, w tym romansu, kryminału czy choćby dramatu. Autorka niesłychanie dynamicznie przedstawiła wszelkie sceny batalistyczne, których mamy pod dostatkiem, nie stroniąc od ścielących się gęsto trupów.

Jednym słowem – polecam.

[recenzja opublikowana na portalu Fantasy Book]

„Sługa Boży” – Jacek Piekara

20 grudnia 2010 5 Komentarzy

Tytuł: „Sługa Boży”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom I

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 280

Data wydania:  2003

Ocena: 9/10

——————————

Jestem na świeżo po jej lekturze, także postaram się w miarę obiektywnie wyrazić swoje zdanie.

Szczerze powiedziawszy idealnie opisują książkę stwierdzenia na jej odwrocie, pozwolę sobie przytoczyć:

„Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i objął władzę nad ludzkością. Świat tortur, stosów i prześladowań”

„Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – przynajmniej w moim dotychczasowym odczuciu w pewnym sensie pełni ona taką rolę, a czy ta sentencja jest prawdziwa, czas pokaże. Do książki zabrałem się z wielkim zapałem, po lekkim „poślizgu” na „Charakterniku” postanowiłem sięgnąć do bardziej cenionych pozycji pana Jacka Piekary. Czy się zawiodłem? Odpowiem bez zawahania że nie. Czy spodziewałem się więcej okrucieństwa, krwi i bluźnierstw? Odpowiem że było ich wystarczająco dużo, co by nie powiedzieć że w pewnych momentach aż za dużo. Bynajmniej nie uważam że książka w pewien sposób raziła w moje uczucia itd., osobiście uważam że do takich rzeczy trzeba mieć dystans i patrzeć na nie, przez zupełnie inny pryzmat.

Wracając do powieści. Jej głównym bohaterem jest niejaki Mordimer Madderdin, młody inkwizytor odznaczający się gorliwością, pysznym jak na swój wiek charakterem i innymi, tym razem wyróżniającymi go z tłumu cechami, o których się przekonacie podczas lektury. Jako miecz w ręku Pana i sługa Aniołów, zajmuje się tępieniem wszelkich oznak „odstępstwa od normy”, bądź jak kto woli herezji, bluźnierstw, pradawnych rytuałów i wielu, wielu innych zakazanych, mniej lub bardziej, spraw. Przez większość książki podróżuje w towarzystwie swoich kompanów, jak to sam ujął zawodowych morderców, wszak zwyczajem inkwizytora jest posiadanie większej liczby wrogów, aniżeli przyjaciół.  Mordimera cechuje specyficzne podejście do swojego zawodu, ośmielę się powiedzieć, że mimo trudnej pracy, jest do niej bardzo przywiązany i wypełnia ją z największą czcią i przyjemnością.

Książka składa się z pięciu opowiadań luźno ze sobą powiązanych, występują one chronologicznie, ale nie wiemy ile czasu minęło między każdym z nich. Język jakim posługuje się autor jest lekki i przyjemny, mimo „interesujących” opisów które nam serwuje podczas lektury. Pan Piekara zdołał nawet w tak, mogło by się wydawać poważnej i brutalnej powieści, umieścić kilka humorystycznych czy to dialogów, czy sytuacji. Dość trafnym pomysłem ( w moim odczuciu) okazało się przedstawienie sposobu wysławiania się niektórych z bohaterów (czy to bez zębów, czy w apogeum zdenerwowania). Być może w tej chwili wydaje się to lekko niejasne, ale jestem w pełni przekonany że przy pierwszej okazji zauważycie co miałem na myśli.

Przejdę teraz do najważniejszej kwestii utworu, czy też najbardziej powszechnej opinii na jej temat. „Najbardziej wstrząsająca i bluźniercza wizja w historii polskiej fantastyki” – dysponując obecnym doświadczeniem nie jestem w stanie obiektywnie ocenić prawdziwości tych słów, lecz być może moje stanowisko w pewien sposób ustosunkuje odczucia potencjalnego „świeżego” czytelnika na lekturę „Sługi Bożego”. Czy poczułem się zgorszony, bądź obrażony iż fundamenty chrześcijaństwa zostały poważnie naruszone, co by nie powiedzieć że całkowicie przebudowane? Absolutnie nie. Pan Jacek Piekara serwuje nam kilka godzin świetnej fantastyki, opisując brutalność, wszechobecny grzech i wady tamtego nie tyle samego świata, co przede wszystkim ustroju społecznego. Widzimy znaczne różnice pomiędzy klasami społecznymi, na których czele mogłoby się wydawać, nieoficjalnie stoi grupa odzianych na czarno mężczyzn, ze srebrnym, wyszytym krzyżem i skrzynką z „narzędziami zawodowymi”. Zgromadzenie które „trzęsie” podwalinami tamtego systemu i sprowadza na każdego strach i trwogę. Czyżby ludzie, wydający się być uosobieniem dobra, przynajmniej wedle swoich przekonań mogą być straszni – żeby nie powiedzieć źli? Ano mogą, i wychodzi im to wręcz doskonale.

Podsumowując. Jacek Piekara w pierwszym tomie „Cyklu Inkwizytorskiego” niejako wprowadza nas w świat po którym kroczy młody Mordimer. W kilku luźno ze sobą powiązanych opowiadaniach rysuje przed nami obraz grupy zwanej inkwizytorami, pełnej nie tylko cnót, co raczej cech zupełnie przeciwnych. Z największą przyjemnością śledzimy przygody głównego bohatera i jego kompanów, co jakiś czas zatrzymując się, by uzmysłowić sobie jak wyglądają ich „przyzwyczajenia”, albo inaczej, nieodłączne dodatki do ich fachu. Książka warta polecenia, toteż nie zawaham się powiedzieć: Polecam!

p.s. Jestem ciekaw jak dokładnie wygląda nasz przystojniaczek, Kostuch 🙂

„Wilczy Legion” – Adam Przechrzta

13 grudnia 2010 1 komentarz

Tytuł: „Wilczy Legion”

Autor: Adam Przechrzta

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania:  2009

Ocena: 6,5/10

——————————

Historia facetów, jakimi chcielibyście być i jakich… chciałybyście mieć. Z pociętymi przez szable barkami i szramami od kul, przypominają watahę obliźnionych wilków. Doświadczonych, posiwiałych i śmiertelnie niebezpiecznych.

Tak brzmiał opis na okładce książki, zaintrygowany nim natychmiast sięgnąłem po książkę pana Przechrzty. Opowiada ona historię polskiej armii około roku 1937. Armii bogatszej o nowoczesną technologię, która skupiła się przede wszystkim na maszynach zwanych aparatami odycznymi. Owe aparaty są w stanie wykrzesać z człowieka nadnaturalne cechy (lepszy węch, większą siłę czy choćby przyspieszone reakcje – „Uniwersalny Żołnierz” od dziś „produkowany” także w Polsce). Niestety, powiem szczerze, zawiodłem się – ale o tym później.

Głównym bohaterem powieści jest Major Krohne, wyposażony w psi węch i bliznę na policzku. Żołnierz surowy i gotowy poświęcić się dla dobra ogółu, czołowy człowiek w tzw. „Dwójce” i bliski przyjaciel Piłsudskiego. Cała książka składa się z kilku opowiadań, oddzielonych pewnym odstępem czasu, w których „aktorem pierwszoplanowym” (o ile nie jedynym) jest wcześniej wymieniony major.

Specjalnie użyłem w poprzednim akapicie stwierdzenia „(o ile nie jedynym)”, bo straszliwie mało jest „Wilczego Legionu w Wilczym Legionie”. Po opisie książki spodziewałem się kompanii rodem z Robin Hood’a. Wielu bohaterów, wyposażonych w odmienne cechy i posiadających interesujące charakterystyki, niestety musimy obejść się smakiem. „Dwójka” w żaden sposób nie przypomina grupy wiernych sobie towarzyszy, a jedynymi jej członkami którzy jeszcze jako tako zostali przedstawieni byli Tomczak i rotmistrz Narbutt ‑ Odolanicki, reszta snuła się przez książkę niczym senne mary. Brakowało mi tych pociętych przez szable barków i szram od kul” zamiast tego dostałem powieść szpiegowską, nie mówię że złą, ale odmienną od tej którą chciałbym przeczytać.

Krohne bowiem dość sumienne spełnia swoje zadanie jako główny bohater i jego przygody niejednokrotnie nie pozwalają oderwać się od lektury. Zwroty akcji, liczne dialogi i odmienny bieg historii przemawiają na jej korzyść, ale nadal nie mogę przeboleć braku Wilczego Legionu. Znacznie bardziej trafnym tytułem byłaby po prostu „Dwójka”, wówczas nikt nie oczekiwałby od autora gromady weteranów, walczących za ojczyznę niczym długowłosy John Rambo w Wietnamie.

Niektórzy mogą odczuwać niedosyt fantastyki w fantastyce, bo jej głównym przejawem są wyżej wymienione aparaty i alternatywny bieg historii, ale jak dla mnie wystarczy.

„Kroniki Jakuba Wędrowycza” – Andrzej Pilipiuk

13 grudnia 2010 Dodaj komentarz

Tytuł: „Kroniki Jakuba Wędrowycza”

Autor: Andrzej Pilipiuk

Wydawnictwo:  Fabryka Słów

Liczba stron: 296

Data wydania:  2001

Ocena: 7,5/10

——————————

Pewnego listopadowego dnia rozległo się głośne pukanie do drzwi frontowych, z lekkim znudzeniem oderwałem się od wykonywanej wówczas czynności i ruszyłem w kierunku źródła dźwięku, by dowiedzieć się któż to nie daje wypocząć spokojnym obywatelom. Nim dotknąłem klamki poczułem dziwną mieszankę zapachów, jakby to coś od czego dzieliła mnie około pięcio-centymetrowa warstwa drewna, nie wiedziało do czego służy mydło, natomiast w kwestii alkoholu było co najmniej specjalistą. Z niepohamowaną odrazą uchyliłem drzwi, zamek zaskrzypiał przyjaźnie, a w progu stał Jakub (tak się wówczas przedstawił). Zapytał czy nie mam czegoś do przepłukania gardła i bez najmniejszego oporu wszedł do środka roznosząc błoto po mieszkaniu.

Tak właśnie wyglądało moje pierwsze spotkanie z tytułowym wiejskim egzorcystą. Czego u mnie szukał? Nadal nie wiem, w każdym razie po jego wyjściu zauważyłem iż brakuje zarówno bochenka chleba, jak i denaturatu.

„Kroniki Jakuba Wędrowycza” należą do tego typu książek które poprzez swój absurd coraz bardziej intrygują. Opowiada ona bowiem o przygodach tytułowego Jakuba, jak również jego kompanii rodem z „Czterech Pancernych”.  Powieść zbudowana jest z kilku luźno powiązanych ze sobą opowiadań, których jedyną wspólną cechą jest bohater i jego fach. Fach dość specyficzny i niecodzienny, bowiem staruszek w gumowcach zajmuje się przepędzaniem duchów, demonów i wszelkiej maści upiorów czających się na zamieszkanym przez niego świecie.  Jak można wywnioskować po okładce, różni się znacznie od znanego nam obrazu egzorcystów, w jego „torbie podręcznej” nie znajdziemy ani krzyża, ani modlitewnika, próżno tam szukać nawet czosnku czy osinowych kołków. W jego mniemaniu wystarczy mocny bimber i dobre samopoczucie.

Andrzej Pilipiuk opisując nam przygody Jakuba nie stroni od absurdalnego poczucia humoru (polecam przede wszystkim opowiadanie pt. „Hotel pod Łupieżcą”) i zabawnych sytuacji, w które co jakiś czas przyjdzie wpaść głównemu bohaterowi. Nie ma potrzeby rozmyślać nad językiem i stylistyką, bo zapewne nie były one priorytetem dla autora, podczas pisania owego dzieła, toteż w skutek POTĘGI Wędrowycza zepchnięte zostały na drugi plan.

Podsumowując, bardzo przyjemna lektura na poprawienie sobie samopoczucia.

Jakub potrafi zjednywać sobie ludzi.

Polecam.