Archiwum

Posts Tagged ‘Horror’

„Komórka” – Stephen King

18 lipca 2011 18 Komentarzy

Tytuł: „Komórka”

Autor: Stephen King

Wydawnictwo: Albatros

Liczba stron: 432

Data wydania: 2007

Ocena: 4/10

——————————

„Światowy bestseller #1”

Zjawisko nazwane później Pulsem rozpoczęło się pierwszego października o godzinie 15:03 czasu wschodnioamerykańskiego. Tego dnia telefony komórkowe zaczęły przesyłać dziwny sygnał, który zamieniał ludzi w rozwścieczone bestie. Cywilizację ogarnął całkowity chaos… „

Choć staram się unikać sloganów reklamujących kolejne bestsellery, niemniej okładkowy opis wystarczył, by w połączeniu z nazwiskiem autora stworzyć w mej głowie obraz intrygującej powieści, a jak jest naprawdę? Zacznijmy od początku, sądzę, że Króla Grozy nie trzeba nikomu przedstawiać, także przejdę od razu do treści książki.

Puls – dziwne zjawisko, które przewróciło świat do góry nogami, tajemnicze, niebywale groźne, które jednak w rzeczywistości praktycznie niewiele się różni od jakiegoś zmutowanego wirusa, niespotykanej choroby czy postnuklearnego promieniowania zmieniającego ludzi w zombie, mutanty – jak kto woli. W każdym razie od jakiegoś czasu ten motyw nieustannie przewija się w coraz to nowszych, według producentów z roku na rok bardziej przerażających premierach kinowych. Nie doszukiwałem się zależności czy wydana w 2006 r. „Komórka” była inspiracją dla rzeszy scenarzystów, czy też to S. King zechciał wziąć na warsztat tak znany wszystkim motyw. Jedno jest pewne, odgrzewany kotlet, to odgrzewany kotlet, nawet jeśli jest podawany przez arcymistrza w swojej dziedzinie. Być może niektórzy z was przecierają oczy z ze zdziwienia, „jak to?”, „King i bubel?”,  ”człowieku?!”. A jednak, uważam, że „Komórka” to ślepak, albo nawet niewypał wystrzelony, czy też pozostały w lufie karabinu z powieściami Stephena Kinga.

Żeby moja opinia nie była stricte subiektywna, nie podparta żadnymi dowodami postaram się wspomnieć co zabolało mnie najbardziej, nie odkrywając jednocześnie żadnego rąbka tajemnicy mającego jakikolwiek wpływ na treść książki.

Zatem zaczynamy!

Bohaterowie – dawno nie spotkałem tak mdłych osobowości, być może jest to pozostałość po lekturze Wegnera, a może po prostu taka jest prawda. Clay i inni w żaden sposób nie zyskali mojej przychylności, ba!, na każdej stronie oczekiwałem ich porażki. Nie kupili mnie, wręcz przeciwnie – odrzucili i zniechęcili. Z jednej strony można powiedzieć, że sytuacja jaka ich otaczała nie sprzyjała pokazywaniu swych prawdziwych cech, jednakże nie oznacza to, że można być niebywale bezbarwnym. Po drugie, suspens, jeśli gdzieś był, to albo przemknął gdzieś niepostrzeżenie, popełnił samobójstwo bądź też został zjedzony przez któregoś mutanta. Powieść od początku do końca wydaje się być pisaną na odczep wizją świata terroryzowanego przez telefonicznych szaleńców, gdzie główni bohaterowie zdają się znaczyć tyle co przydrożne paczki po chrupkach. Po trzecie – groza, wiem, że „Komórka” to nie „Cmętarz Zwieżąt”, ale jednak od tak legendarnego autora można wymagać obowiązkowej dawki grozy, jednak ta, z całą pewnością została pochłonięta przez bohaterów, którzy nieskorzy byli się nią podzielić. Dodam jeszcze, że boleję nad tym, iż wiele wątków zostało niedokończonych, być może ma powstać „Komórka 2” czy coś, bo naprawdę nie potrafię zrozumieć czym kierował się autor zostawiając nas z tyloma niedopowiedzeniami.

Abstrahując od tych negatywów, pozytywne cechy, nad którymi nie będę się rozwodził: jak to w przypadku Kinga – język, jak również niezłe wydanie z ciekawym zestawieniem różnych formatów czcionek.

Podsumowując, szczerze powiedziawszy nie będę nikomu polecał tej powieści, chyba, że przedstawiony w niej motyw jest dla was rzeczą obcą.

Reklamy

„Dziewczyna z sąsiedztwa” – Jack Ketchum

17 marca 2011 11 Komentarzy

Tytuł: „Dziewczyna z sąsiedztwa”

Autor: Jack Ketchum

Wydawnictwo:  Papierowy Księżyc

Liczba stron: 301

Data wydania:  2009

Ocena: 8/10

——————————

„Przedmieścia. Ciemne ulice, przystrzyżone trawniki i przytulne domy. Miła, spokojna okolica. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. W domu Chandlerów, przy ślepej uliczce, w ciemniej, zawilgoconej piwnicy, Meg i Susan zdane są na łaskę kapryśnej i cierpiącej na ataki szału ciotki Ruth, którą szybko ogarnia szaleństwo. Szaleństwo, którym zaraża swoich trzech synów oraz całą okolicę. Jedynie jeden zatroskany chłopiec spróbuje oprzeć się złu zarażającemu niewinne umysły. Musi podjąć bardzo dorosłą decyzję i wybrać między miłością i współczuciem, a pożądaniem i złem… Którą drogę wybierze? – tak brzmiący opis na dobre przykuł moją uwagę i zasugerował bym czym prędzej zarezerwował „Dziewczynę z sąsiedztwa” w publicznej bibliotece, wreszcie nadszedł ten czas gdy dane mi było przeczytać ową powieść, czy było warto? To pytanie po lekturze wydaje się nie mieć najmniejszego znaczenia, zaraz się przekonacie dlaczego tak uważam. Autorem powieści jest Jack Ketchum, który dopiero niedawno zdobył rozgłos w naszej ojczyźnie. Co można o nim powiedzieć, najlepiej będzie zacytować króla grozy – Stephena Kinga. Powiedział on: „Kto jest najbardziej przerażającym facetem w Ameryce? Prawdopodobnie Jack Ketchum.”, wydaje mi się że te słowa wystarczająco charakteryzują owego pisarza.

Po raz pierwszy miałem wrażenie że język, umiejętności literackie autora, opisy bohaterów, zjawisk, otoczenia i tym podobne, nie mają najmniejszego znaczenia, wszystkie elementy książki zdają się niknąć, być jedynie niewyraźnym tłem dla znajdującej się na pierwszym planie fabuły. To ona całkowicie zdominowała mój pogląd na książkę, sprawiła że nie raz miałem ochotę wyjść na zewnątrz i całkowicie odciąć się od opisywanych w niej wydarzeń,  innym razem byłem gotów wcisnąć się w jej karty i zrobić coś niekoniecznie zgodnego z prawem, byle tylko sprawiedliwości stała się zadość. Książka budziła we mnie różne emocje: złość, współczucie, niedowierzanie, nadzieję czy nawet niesmak. Wszystkie one kłębiły się wokół siebie tworząc potężny wir uczuć towarzyszących nam podczas lektury. Lektury na tyle wstrząsającej że na długo zapada w pamięć i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Dotychczas myślałem że horror to przede wszystkim sytuacje niestworzone, niejednokrotnie wykraczające po za ludzką wyobraźnię, czy choćby otoczone nutką tajemniczości historie z życia wzięte, w przypadku Ketchuma mamy do czynienia z zupełnie odmiennym rodzajem strachu. Złem które nie chowa się po cmentarzach, nie straszy po nocach, nie odgryza ludziom głów. W „Dziewczynie z sąsiedztwa” złem jest człowiek, zło jest akceptowane przez społeczeństwo, zło ukryte jest w pięknej otoczce, mieszka z nami po sąsiedzku i zaprasza do siebie na colę czy piwo…To jest właśnie najgorsze, świadomość że zwykłe ściany są w stanie ukryć choćby najbardziej przerażający sekret.

Mimo wszystko postaram się wyrazić w miarę obiektywną opinię na temat książki, analizując jej elementy składowe. Pomijając wspomnianą fabułę skupmy się na języku, jest wyjątkowo prosty, brak w nim znanej choćby z powieści Kinga złożoności i skupienia na wszystkich szczegółach. Powieść Ketchuma można w łatwy sposób zobrazować. Wyobraźmy sobie że znajdujemy się na szczycie jakiejś ośnieżonej góry, siedząc na sankach. Początkowo skupiamy się na wszystkim wokół nas, obserwujemy otoczenie, napawany się świeżym powietrzem, wreszcie odpychamy się i ruszamy, z każdą sekundą przyspieszamy, by wreszcie całkowicie oderwać się od otaczających nas gór i skoncentrować jedynie na sankach i torze po którym się ślizgają. Ów język właśnie w miarę upływu czasu przestaje mieć znaczenie, liczy się jedynie to co przekazuje. Sama powieść przedstawiona jest w formie pamiętnika, a jej narratorem jest jeden z bohaterów, który przez większość czasu opisuje wydarzenia z perspektywy nastolatka, by od czasu do czasu przenieść się do teraźniejszości, gdy jest już dorosłym mężczyzną. W przypadku bohaterów sytuacja ma się podobnie jak to miało miejsce w języku. Do końca powieści nie mamy świadomości kto kim jest, ile ma lat i jak wygląda, ich osobowości nie mają znaczenia, liczą się jedynie czyny jakich się dopuszczają i chore fantazje które targają ich umysłami.

Podsumowując, „Dziewczyna z sąsiedztwa” to książka straszna, brutalna i przerażająca. Zaskakuje nas przede wszystkim swoją prawdziwością i tym że takie historie mogą mieć miejsce każdego dnia, w każdym miejscu i o każdej porze. Zło drzemie w każdym z nas, problem tkwi w tym, że nie wszyscy jesteśmy w stanie nad nim zapanować. Jak napisał sam autor w komentarzu do powieści: „Od dawna chciałem napisać książkę o takich kanaliach. O nich oraz o tym, co nas spotyka, kiedy uwierzymy, że oni są normalnymi ludźmi.” Coś w tym jest, bo zwykle najgorsi zbrodniarze niczym się od nas nie różnią, mają własne rodziny, dzieci, pracę, a mimo to jest coś, co zdecydowanie zrywa im z klatki piersiowej naklejkę z napisem: „człowiek”. Nieczęsto ma się okazję czytać coś tak brutalnego, nawet nasz uniżony sługa Mordimer, który nie stroni od kopania kobiet w twarz, czy przypalania ich żywym ogniem nie dopuścił się takiej zbrodni jak ma miejsce w książce Ketchuma. Gdybym miał w jakiś sposób zobrazować wam jej brutalność wyglądałoby to mniej więcej tak: Być może niektórzy z was oglądali film American History X (Więzień nienawiści), w pewnej scenie główny bohater zauważa że ktoś napada na jego dom, wybiega ze środka i zabija napastników. Jednemu z nich rozkazuje chwycić zębami krawędź chodnika, by następnie podnieść nogę i … to zaledwie przedsmak „Dziewczyny z sąsiedztwa”.

Przerażająca książka.

[recenzja dostępna również na portalu Fantasy Book]


„Cmętarz zwieżąt” – Stephen King

14 grudnia 2010 2 Komentarze

Tytuł: „Cmętarz zwieżąt”

Autor: Stephen King

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 424

Data wydania:  2000

Ocena: 9/10

——————————

Pierwsze spotkanie z Kingiem, bardzo przyjemne,  porywające i straszne (w pochlebnym tego słowa znaczeniu). Przyznam się że stojąc wśród półek bibliotecznych z lekką nie tyle niechęcią, co obawą wziąłem do ręki „Cmętarz Zwieżąt”.

„[…]miejsce za domem, w lesie, pełne wzniesionych dziecięcymi rękami nagrobków, z napisem na bramie: CMĘTARZ ZWIEŻĄT (cóż, nie wszystkie dzieci znają dobrze ortografię…).
Ci, którzy nie znają przeszłości, zwykle ją powtarzają… i nie chcą słuchać ostrzeżeń.”

Jako że szykowała się moja pierwsza „randka” z Kingiem nie miałem zielonego pojęcia czego oczekiwać. Pierwsze co mi przyszło na myśl to „duchy zwierząt nękające nowych lokatorów niczym w horrorze klasy B”. Na moje szczęście była to pochopna opinia, za którą powinienem zostać wrzucony do kotła z wrzącą oliwą. King nawet z tak, mogło by się wydawać „płytkiego” pomysłu, „wyczarował” (nie bójmy się użyć tego stwierdzenia) poważną powieść grozy.

Książka opowiada o młodym małżeństwie, które zmienia zatłoczone Chicago na przytulne Ludlow. Dom w Nowej Anglii wydaje się być idealny dla państwa Creedów. Malownicze otoczenie, mnóstwo zieleni i las, rozpoczynający się zaraz za ich domem. W lesie zaś tytułowy cmentarz, wiecznie pielęgnowany przez najmłodszych mieszkańców tamtejszej okolicy.

Wszystko układa się po ich myśli, wkrótce kupiony budynek staje się ich prawdziwym domem, a z sąsiadami nawiązuje się iście przyjacielska więź. Niestety, wszystko co dobre…

Bohaterowie powieści są zróżnicowani. Każdy z nich ma swoje wady i zalety, a po za tym niezwykle rozbudowaną osobowość. Niektórzy z nich zapewne od razu przypadną nam do gustu, jak mnie choćby Jud, obok którego z miłą chęcią bym się wprowadził 😉

„Cmętarz Zwieżąt” pokazuje nam zróżnicowaną psychikę człowieka znajdującego się na granicy obłędu, zatarcie jakichkolwiek granic przyzwoitości w sytuacjach bez wyjścia i iście diabelskie żądze kierującego jego poczynaniami. Zniszczy cię i wypali w tobie wszystko co racjonalne.

Książka pełna jest zwrotów akcji i wciągających wątków, w skutek czego bardzo trudno oderwać się od lektury. „Jeszcze te dwie kartki. Jest 96 strona, to do 100. Do końca rozdziału”, a mimo to kończymy gdy czujemy zapach przypalanego obiadu. Nie będę ukrywał że King wciągnął mnie bez reszty i lada dzień wezmę się za inny tytuł stworzony przez jego nietuzinkowy umysł.

„Hey-ho, let’s go!”

Polecam z największą odpowiedzialnością.