Archiwum

Posts Tagged ‘Literatura zagraniczna’

„44 Scotland Street” – Alexander McCall Smith

23 sierpnia 2011 8 Komentarzy

Tytuł: „44 Scotland Street”

Autor: Alexander McCall Smith

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 301

Data wydania: 2010

cena: 7,5/10

——————————

„W kamienicy pod numerem 44 żyją nietuzinkowi mieszkańcy miasta, a czytelnik śledzi ich codzienne, czasami dość ekscentryczne przygody.”

Tyle słowem wstępu, zważywszy jednocześnie na spory opis na okładce, jak również (albo przede wszystkim) niesamowite zróżnicowanie fabularne książki, którego jakakolwiek próba streszczenia skończyłaby się kompletnym fiaskiem. Autorem powieści jest Alexander McCall Smith, który zafascynowany publikowanymi niegdyś w gazetach kolejnymi odcinkami powieści postanowił stworzyć coś podobnego, jednakże umieszczając ów „serial” w formie książki. Czy coś takiego ma szansę nadal zainteresować czytelników? Otóż jestem przekonany, że cokolwiek sobie teraz pomyślicie i tak nie będzie miało większego znaczenia w starciu z tym obyczajowym „parowozikiem” jakim jest ów tytuł.

Osobiście jestem niezwykle zaskoczony, że tak odległa gatunkowo książka mogła mi przypaść do gustu, co więcej, mam niesłychaną ochotę na kolejne odcinki „Scotland Street 44” i zastanawiam się, co by tu zrobić by się do nich „dobrać”. Zaprzestanę jednak tego emocjonalnego ględzenia i postaram się rzeczowo zrecenzować ową pozycję.

Pierwszą cechą książki która rzuca się w oczy, albo inaczej daje się odczuć, jest sprytny pomysł z krótkimi rozdziałami, w skutek czego naprawdę ciężko oderwać się do lektury. Za każdym kolejnym powtarzamy sobie: „Ten już naprawdę ostatni na dziś”, a mimo to brniemy dalej przed siebie. Kolejną, chyba mogę śmiało powiedzieć najważniejszą cechą są jej bohaterowie, nie są oni mdli i bezbarwni jak ci których można zobaczyć w telewizyjnych serialach, nie są nam obcy, wręcz przeciwnie, przywiązujemy się do nich. Jednych uwielbiamy, podziwiamy, inni zaś dosłownie działają nam na nerwy w takim stopniu, że mamy ochotę wejść w strony powieści i przemówić im do rozsądku. Nie sposób jednak skupić się na wspomnianej we wstępie fabule. Choć na pierwszy rzut oka wyobrażamy sobie szarą i nudną kamienicę, pełną wrzeszczących dzieciaków, znudzonych staruszków i zapracowanych małżeństw, to nie sposób przetrzeć oczy ze zdziwienia widząc tak ciekawe perypetie głównych bohaterów. Fabuła jest niesłychanie dynamiczna, co na taki gatunek wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Wielokrotnie występujące zwroty akcji działają tylko i wyłącznie na jej korzyść. Kolejną cechą która rzuciła mi się w oczy jest interesująca prezentacja społeczeństwa szkockiego, w którego życiu ważną rolę odgrywa miejsce zamieszkania i stosunek do mieszkańców innych miast. Śmietanka Edynburgu zostaje pokazana w pełnej krasie. Nie będę ukrywał, że swego czasu byłem w tymże mieście, co w pewnym stopniu pozwoliło mi czerpać jeszcze większą przyjemność z przytaczanych przez autora smaczków dotyczących przede wszystkim jego piękna. Co do samego wydania, bardzo podobały mi się zamieszczone w książce ilustracje, które idealnie oddawały sedno kolejnych rozdziałów, literówek się nie dopatrzyłem.

Podsumowując, „44 Scotland Street” to powieść dla każdego, nawet tak niezaznajomiony z tym gatunkiem czytelnik jak ja, znajdzie w niej wiele wątków które przykują jego uwagę. Jest to kolejny tytuł który świadczy o tym, że nie wolno oceniać książki po okładce bo zawarta w niej treść może niesłychanie nas zaskoczyć. Chciałbym jeszcze dodać, że podczas lektury miałem wrażenie ciepła bijącego z kartek powieści, może się to wydawać dziwne, ale czytelnik nie czuł się jak chłodny obserwator losów bohaterów, wręcz przeciwnie, miało się wrażenie, że od dobrych kilku lat mieszka się w sąsiedztwie, a zapach parzonej przez panią Domenicę herbaty ukradkiem wślizguje się pod drzwiami naszego mieszkania. Jestem niesłychanie ciekaw dalszych losów bohaterów.

————

„44 Scotland Street” mogłem przeczytać dzięki akcji: „Książka na wakacjach” organizowanej przez Magdę – za co bardzo dziękuję.

Reklamy

Spóźnione recenzje

26 Maj 2011 20 Komentarzy

Tytuł: „Nocny patrol”

Cykl: Patrole

Autor: Sergiej Łukjanienko

Wydawnictwo: Książka i Wiedza

Liczba stron: 438

Data wydania: 2006

Ocena: 10/10

——————————

„Nocny patrol” to pierwszy tom trylogii: „Nocny patrol”, „Dzienny patrol”, „Patrol zmroku” (choć na okładce jest napisane „Patrol o zmroku”). Wielki kasowy hit jest mistyczną powieścią, thrillerem o świecie alternatywnym. Akcja wzorowana klimatem na powieściach S. Kinga toczy się w Moskwie i świecie Zmroku. Zmrok – alternatywny świat – jest ściśle spleciony z naszą rzeczywistością. Obie rzeczywistości są zamieszkane przez wiedźminów, magów Światła i Ciemności, wilkołaki, strzygonie i czarodziejki…”

Po tak mdłym opisie czytelnik który dotychczas nie słyszał o Sergieju Łukjanience prawdopodobnie z pewnego rodzaju niechęcią odłoży książkę na półkę, nieświadom tego jak świetna powieść przeszła mu koło nosa. Cóż to takiego ten cały „Nocny patrol” i dlaczego ów cykl zjednuje sobie coraz to większą rzeszę zwolenników? Odpowiedź jest prosta, jeśli pozostałe tomy są tak dobre jak pierwszy, to jest to jeden z najlepszych przedstawicieli urban fantasy z jakim miałem dotychczas styczność i śmiem twierdzić, że ciężko będzie znaleźć coś równie dobrego w tej kategorii.

„Nocny patrol” to pierwszy tom cyklu o patrolach słynnego rosyjskiego fantasty Sergieja Łukjanienki. Autor zasłynął przede wszystkim wspomnianym właśnie cyklem i na dzień dzisiejszy jest jednym z najbardziej poczytnym twórców fantastyki zza wschodniej granicy. Osobiście, po lekturze „Brudnopisu” i „Czystopisu” jestem całkowitym zwolennikiem jego twórczości i z niecierpliwością zabrałem się za jedną z najbardziej popularnych powieści jego autorstwa. Czy się zawiodłem? W żadnym wypadku, powiem więcej, autor jeszcze bardziej zjednał mnie sobie.

„Nocny patrol” opowiada o jakby to ująć, alternatywnej wizji Moskwy, w której trwa odwieczna walka dobra ze złem. Obydwie strony, zmęczone długotrwałym konfliktem postanowiły stworzyć coś na kształt traktatu, mającego w pewien sposób uregulować i jednoznacznie określić panujące w Moskwie zasady obustronnej egzystencji przeciwstawnych sił. Co z tego wyszło? Sprawdźcie sami. Czy wyobrażacie sobie, by dwie skrajne frakcje potrafiły żyć ze sobą w zgodzie? Czy dobro zawsze jest klarowne i niewinne? Czy zło potrafi wykazać się honorem? Te i wiele innych pytań pojawia się w czasie pasjonującej lektury.

Głównym bohaterem jest niejaki Antoni Grodecki, będący jednocześnie narratorem powieści. Jest to postać o tyle barwna, że jako jedna z nielicznych osób zachowuje się w wyjątkowo racjonalny sposób, jeśli można przyjąć istnienie racjonalnego myślenia w świecie pełnym czarodziejów, wampirów i wilkołaków. Antoni w pewien sposób nie potrafi się przystosować do otaczającej go rzeczywistości i na wiele sposobów stara się zburzyć rządzące światem stereotypy.

Sam świat nie jest niczym zaskakującym, rzecz jasna przymykając oko na egzystencję wyżej wymienionych stworzeń. Moskwa, szara i nudna. Ogólny brak jakiejkolwiek charakterystyczności. Łukjanienko posłużył się tutaj autentycznym obrazem miasta, mamy zatem metro, bloki mieszkalne i inne znane wszystkim struktury miejskiej architektury. To co odróżnia go od czasów teraźniejszych, to jego „wielopoziomowość”, albo inaczej „wielorzeczywistość”, po której potrafią poruszać się nieliczni. Zwykli zjadacze chleba odgrywają w powieści jedynie rolę statystów, bądź dla urozmaicenia – „posiłków”. Łukjanienko skonstruował dla nas interesującą fabułę, widzimy odwieczną walkę, no właśnie, dobra ze złem, czy też mniejszego zła z większym złem, a może walkę dwóch obcych sobie sił, bez podziału na dobro i zło? Zostawiam was z tym pytaniem.

Język jakim napisana jest książka niczym nie odbiega od tego jaki zaprezentował autor w „Brudnopisie”. Nadal z szeroko otwartymi oczami pochłaniałem każde słowo, a liczne opisy czy to zjawisk, czy otoczenia były na tyle barwne i wymowne, że nie potrzebujemy wysilać wyobraźni, by znaleźć się w centrum wydarzeń.

Podsumowując, „Nocny patrol” to świetna powieść Sergieja Łukjanienki, która jako otwarcie całego cyklu wydaje się być nie tyle smakowitą przystawką, co poważnym daniem z wykwintnej restauracji, po którym zamiast odpoczywać, mamy ochotę na więcej. Więcej Antoniego! Zdawało by się krzyczeć nasze „ja”, zaraz po zakończeniu lektury, czemu w żaden sposób się nie dziwię – sam myślałem podobnie.

Polecam.

————————————————————————

Tytuł: „Sputnik Sweetheart”

Autor: Haruki Murakami

Wydawnictwo: MUZA

Liczba stron: 263

Data wydania: 2003

Ocena: 8/10

——————————

Dwudziestoletnia Sumire, wrażliwa, niezależna i utalentowana literacko zakochuje się w niemalże dwukrotnie od niej starszej Miu. Chce być jak najbliżej ukochanej, rzuca pisarstwo i zostaje jej sekretarką. Niestety Miu nękana przerażającymi wspomnieniami z młodości nie potrafi odwzajemnić tego uczucia. Podczas wspólnej podróży w interesach do Grecji Sumire znika bez śladu. Próbuje ją odnaleźć młody nauczyciel beznadziejnie w niej zakochany…

Ostatnio ukierunkowałem się jedynie na gatunek zwany fantastyką, co pod wieloma względami ogranicza moje horyzonty czytelnicze, „czas to zmienić”, pomyślałem, a wtedy z pomocą przyszedł Haruki Murakami, polecany przez wielu obserwowanych przeze mnie blogerów. Prawdę powiedziawszy nie był to diametralny krok w kierunku innych gatunków literackich, ponieważ w powieści znajdziemy kilka wstawek z fantastyki, lecz mimo wszystko „najtrudniejszy pierwszy krok”. Jak wrażenia? Czy ten charakterystyczny pisarz zdołał zyskać moją przychylność? Śmiem powiedzieć, że tak.

Zacznijmy od początku, „Sputnik Sweetheart” to książka która w znaczący sposób odróżnia się od dotychczas czytanych przeze mnie tytułów. Dlaczego? Otóż rozwodzi się ona przede wszystkim nad samotnością i nieustannie towarzyszącą jej miłością. Cóż zatem jest w niej specyficznego, że potrafiła na kilka godzin przykuć takiego entuzjastę smoków, rycerzy, magii i miecza? Przede wszystkim diabolicznie, choć to nie do końca adekwatne słowo, utalentowany autor.

Haruki Murakami należy do specyficznego grona autorów, którzy w moim mniemaniu ważą, pielęgnują każde słowo opublikowane następnie w dziełach ich autorstwa. Czytając „Sputnika” miałem wrażenie, że każdy wyraz jest na swoim miejscu, nigdzie niczego nie brakowało, powiem więcej, niektóre fragmenty w pewien sposób oczarowały mnie i „rzuciły na kolana”. Murakami, jako istny czarodziej słowa, dostrzega piękno codzienności i te ulotne, w większości umykające nam chwile łapie w sidła słów i umieszcza na papierowych stronach.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim opisu relacji jakie łączyły pana K. z Miu, jak również sytuacji w których przyszło im się znaleźć, opowiadane z jego perspektywy. Dostrzegamy uczucia narratora, stawiamy się na jego miejscu i zastanawiamy nam podejmowanymi przez niego decyzjami. Jeśli chodzi o samą konstrukcję bohaterów, to ich osobowości są niesamowicie złożone i mimo technicznie krótkiej powieści przywiązujemy się do nich. Widzimy dwie zupełnie odmienne (chyba pod każdym względem) osoby, które los postawił na wspólnej ścieżce życia i które mimo diametralnie różnych temperamentów są w stanie nawiązać zażyłą relację.

Samo wydanie książki jest fantastyczne, piękna czcionka, odpowiednie marginesy i brak literówek, czyli kolejny powód do zachwytu nad powieścią.

Podsumowując, „Sputnik Sweetheart” to książka dla wszystkich, nie tylko wiernych fanów Murakamiego, ale także czytelników zupełnie nie obeznanych z jego dziełami (jak przykładowo ja). Warto poznać kunszt tego autora o którym ostatnimi czasy tak głośno, bo naprawdę na to zasługuje.

————————————————————————

Tytuł: „Krawędź żelaza: tom 1″

Autor: Miroslav Žamboch

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Liczba stron: 416

Data wydania: 2007

Ocena: 6/10

——————————

Z ostrza noża, na krawędź żelaza.

Ostry gość. Wciąż na krawędzi. Jego droga usłana jest trupami prześladowców. Z jednej strony zabójczo skuteczny, z drugiej – po ludzku słaby. Ocali życie w starciu z bandą zakapiorów, a da się sprzedać płatnej kochance. Z twarzą poharataną bliznami. Ze zranioną duszą. Strącony na dno przez własnego ojca. Ścigany przez jego zbirów. Zabijaka z przymusu. Najemnik z konieczności.

Nazywa się Koniasz. A imię jego znaczy wędrowiec, który za wszelką cenę usiłuje zataić swoją tożsamość. Poznaliście go w dwutomowej powieści „Na ostrzu noża”. To trzecia odsłona jego dziejów.
Tuła się po świecie, w którym napisy na wielu miejscach mapy informują, że tam już tylko lwy… Póki co, niezwyciężony

Koniasz? Któż to taki i dlaczego Zamboch postanowił poświęcić mu aż 6 tomów, podzielonych jak gdyby na trzy części? Szczerze powiedziawszy, sam do końca nie wiem dlaczego ów bohater zasłużył na taką liczbę powieści odnośnie jego osoby. Dane mi było zapoznać się z pierwszym tomem jednej z nich tj. z „Krawędzią Żelaza”. Autorem, jak już wspomniałem, jest Miroslav Zamboch wydawany przez Fabrykę Słów. Po „Wylęgarni” która z perspektywy czasu wydaje się być słabszą niż na pierwszy rzut oka powieścią, liczyłem, że tym razem autora pokaże się w pełnej krasie i przedstawi nam kunszt swoich możliwości. Niestety, po raz kolejny nie potrafię dostrzec przebłysku talentu, który przyciągnąłby moją uwagę na dobrych kilka godzin.

„Krawędź żelaza” to zbiór opowiadań, prawdopodobnie ustawionych w kolejności chronologicznej, niestety zupełnie ze sobą niepowiązanych. W większości z nich Koniasz wpada w sieć intryg i jak zwykle znajduje się w najmniej odpowiednim miejscu. Niejednokrotnie zostaje „wystrychnięty na dudka”, lecz mimo wykształcenia które nabył za młodu, nie potrafi wyciągnąć logicznych wniosków. Być może to celowy zabieg, lecz dla człowieka który nieustannie ucieka przed zemstą ojca coś takiego jak logiczne myślenie powinno być sprawą nadrzędną, widać tutaj nie jest. Jeśli chodzi o oryginalność, to najwyżej punktowałbym opowiadanie pt. „Na wojennej ścieżce”, które jako jedyne wyrywa się ze schematu Koniasz – banita i moczymorda z dłonią spoczywającą na rękojeści miecza.

Kimże jest wreszcie ten Koniasz i co to w ogóle za imię? Jeżeli zaintrygowało was drugie pytanie, to odpowiedź bez najmniejszych problemów znajdziecie podczas lektury. Chciałbym się teraz skupić na samej konstrukcji bohatera, jest to tak jakby połączenie Geralta (z Sagi o Wiedźminie, Andrzeja Sapkowskiego) i Kostucha (z cyklu Inkwizytorskiego, Jacka Piekary) podzielone przez 10. Z wiedźmina posiada jedynie podobną fryzurę tyle, że włosy innego koloru i namiastkę fechtunku, z Kostucha zaś paskudną twarz i skłonność do pamiętania wielu informacji. Nie sądzę, by autor opierał swoją wizję na tych postaciach, jednakże nasunęły mi się takie skojarzenia. Koniasz sam w sobie nie jest wyjątkowo wyrazisty, mimo wielu przygód przypomina mi raczej Lorenzo Lamasa z serialu „Renegat”, niż intrygującego banitę, który w przeciwieństwie do innych typów spod ciemnej gwiazdy jest lotny w umyśle i strategii. Z drugiej strony nie jest to też żądny krwi berserker, skory jedynie do barowych bójek – ot takie wyśrodkowanie opisywanych cech.

Język powieści jest prosty, przez co łatwo przyswajalny, idealny dla niewymagającej lektury. Jak to zwykle w przypadku Fabryki Słów nie dostrzegłem żadnych literówek, a ilustracje Dominika Brońka utrzymują swój fenomenalny poziom.

Podsumowując, „Krawędź żelaza” to niewymagający zbiór opowiadań, które na swój sposób potrafią przyciągnąć uwagę czytelnika. Niestety brakuje w nich polotu, nawet jeśli stwierdzimy, że utrudniają to ramy czasowe, to nieograniczony świat daje mnóstwo możliwości co autor zademonstrował w opowiadaniach „Na wojennej ścieżce” i „Łowcy nagród”. W chwili obecnej polecam przede wszystkim dla zwolenników mordobicia i wiecznie splamionego krwią ostrza miecza.

————————————————————————

Tytuł: „Brudna robota”

Autor: Christopher Moore

Wydawnictwo: MAG

Liczba stron: 528

Data wydania: 2007

Ocena: 9,5/10

——————————

Jeśli „Paragraf 22” jest niedościgonionym ideałem w kategorii absurdu i humoru, to Christopher Moore przygotował dla niego dobrze zapowiadającego się konkurenta. „Brudna robota” to powieść niezwykle humorystyczna z licznymi przejawami fantastyki i wszechobecnego dowcipu. O czym prawi? Ano o tym, co kiedyś spotka każdego z nas, mianowicie o śmierci. O trupiobladej postaci w czarnych szatach z kosą w kościstej dłoni, tyle, że widzianej jak gdyby w krzywym zwierciadle. Wizja Moore’a dotycząca tego, jakby to ująć, zjawiska? jest niezwykle barwna i absurdalna. Kim jest autor powieści? To pisarz wyjątkowo ekscentryczny, rzekłbym szalony który na swój warsztat bierze różne części życia społecznego i trafnie kieruje w nie ostrze swego dowcipu. Tym razem, jak wspomniałem, oberwało się śmierci. Czy słusznie? Nie mi o tym prawić 🙂

Głównym bohaterem „Brudnej roboty” jest Charlie Asher, czyli wykreowany przez autora wzorowy samiec beta. Właściciel jednego z komisów w San Francisco, który pewnego dnia doświadcza czegoś zaskakującego – spotyka mężczyznę w miętowo zielonym garniturze który to będzie świadkiem przewrotnego momentu w życiu Charliego i to on wręczy mu niespotykaną książkę, której istnienia nikt nie podejrzewał. Czyżby to, że po jakimś czasie ludzie przebywający w otoczeniu głównego bohatera umierają miało jakiś związek z owym mężczyzną i wspomnianą książką? Dlaczego Charlie słyszy dziwne głosy dochodzące z mroku, a kruki nagle wybrały sobie jego dom za idealne miejsce do spędzania wolnego czasu? Może to zwykły przypadek i będące najlepszym usprawiedliwieniem na wszystko zrządzenie losu? Na te i inne pytania (przede wszystkim dlaczego dorosły czarny facet chodzi w miętowo zielonym garniturze? ) będziecie musieli sami znaleźć odpowiedzi podczas kilku godzin fantastycznej zabawy.

Sama fabuła dotyczy przede wszystkim śledzenia losów Charliego, który to, jak przystało na samca beta z interesującym podejściem do życia wydaje się być idealnym osobnikiem do obserwacji. Powiem szczerze, główny bohater staje się nam bliski co naprawdę jest jedną z większych pochwał adresowanych do autora. Z przyjemnością rozmyślamy nad podejmowanymi przez niego decyzjami i niejednokrotnie mamy ochotę puknąć go w czoło, by w ten sposób uzmysłowić go o malinach w jakie się zapuścił. Jednym słowem, świetnie wykreowany główny bohater, co więcej, pozostali z uwagi na swoją charakterystyczność pod żadnym pozorem nie pozostają w jego cieniu.

Język idealnie współgra z całością, a pojawiające się często wulgarności i wyuzdane opisy dodaję jedynie pikanterii.

Zapewne zastanawiacie się czy o „Brudnej robocie” można mówić w samych superlatywach? Może wydanie będzie paskudne? Otóż nie, wprawdzie pomysł z papierową oprawką wydaje się trochę „dziwny”, ale czarna, twarda okładka ukryta pod nią idealnie współgra z klimatem powieści. Fantastyczny pomysł wydawcy, ot co!

Podsumowując, „Brudna robota” to powieść nietuzinkowa, którą bardzo ciężko zamknąć w jakichkolwiek ramach. Wszechobecny absurd, parodia śmierci i inne perełki ukryte w jej treści to tylko jeden z powodów dla którego warto zapoznać się z dziełem Christophera Moore’a. Dodajcie Charliego Ashera do znajomych, na pewno nie pożałujecie!

Polecam!

„Wielki Marsz” – Richard Bachman (Stephen King)

27 grudnia 2010 6 Komentarzy

Tytuł: „Wielki Marsz”

Autor: Richard Bachman (Stephen King)

Wydawnictwo:  Prószyński i S-ka

Liczba stron: 244

Data wydania:  2003

Ocena: 8,5/10

——————————

„Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.

Opis książki brzmi: „[…]Stu chłopców wyrusza w morderczy marsz – meta będzie tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Tu nie ma miejsca na sportową rywalizację, ludzkie uczucia ani na fair play, ponieważ gra toczy się o bardzo wysoką stawkę. Najwyższą z możliwych.” Już na wstępie powiem że jedynym sensownym stwierdzeniem w nim zawartym jest pierwsze zdanie, ale o tym za chwilę.

Stephen King, jak zapewne jest wszystkim wiadome nazywany jest Mistrzem Horroru. Wiele z jego książek doczekało się filmowych adaptacji, które znane są większości miłośników kina, lecz „Wielki Marsz” nie miał tej przyjemności. Chyba słusznie, gdyż najprawdopodobniej byłby to film krótkometrażowy.

„Wielki Marsz”, został napisany gdy autor tworzył jeszcze pod pseudonimem Richard Bachman. Jak już wspomniałem opowiada historię, nie tyle setki, co garstki chłopców biorących udział w największej rozrywce tamtego świata. Rozrywce, która przyciąga dziesiątki tysiące fanów z całych Stanów Zjednoczonych, którzy głodni wrażeń oczekują godzinami przy trasie marszu. Wrażeń, którymi przede wszystkim jest śmierć kolejnych uczestników i huk karabinów.

Książka napisana jest lekkim językiem, pełna dialogów i wielu interesujących myśli, które podsuwa nam autor. Podzielona jest na trzy części, zawierające po kilka rozdziałów, gdzie każdy z nich zaczyna się dość nietuzinkowym cytatem. Czasem słowa pochodzą z amerykańskich teleturniejów, innym razem z dziecięcych wyliczanek, czy nawet z ust kaznodziei. Narracja trzecioosobowa z wszechwiedzącym narratorem. Ogólnie, przyjemnie się ją czyta, mimo zawartych w niej „interesujących” opisów. Spodobał mi się sposób opisu bohaterów. King charakteryzując ich „czepiał się szczegółów”, tzn. nie serwował nam stronicowego opisu wyglądu, a jedynie jedno, dwa zdania plus wspomniany „szczegół”. Dla przykładu „żółta czapka przeciwdeszczowa w tylnej kieszeni”, czy „ciężkie oksfordy na nogach”. Dzięki temu do końca nie wiemy jak wyglądali bohaterowie, znamy dokładnie ich charakter (o czym później), wyobrażamy sobie ich oczy, wychudzone twarze i jeden specyficzny szczegół z ubioru. Nic po za tym. Swoją drogą, nie potrafię sobie przypomnieć jaki mieli kolor włosów, być może nie było o tym mowy, jedno jest pewne, nie miało to większego znaczenia.

Największym plusem powieści Kinga jest złożoność charakterów przedstawionych w niej bohaterów. Każdy z nich jest specyficzny i posiada indywidualne cechy, których próżno szukać u innych. To umysł i samozaparcie odgrywa główną rolę w tym „Marszu Pogrzebowym” (bo to oddaje w pełni sens tej wędrówki) i to one są priorytetem jeśli chodzi o całokształt powieści. Autor przedstawił nam jak człowiek potrafi się zmienić w skutek otaczającej go sytuacji, wcześniej nieznani sobie chłopcy stają się sobie bliscy. Między niektórymi dochodzi do zwad, między innymi zaś do przyjaźni. Wszystko skupia się wokół marszu i drogi, to one tworzą swój mikroświat, którego mieszkańcy niczym zawieszeni w przestrzeni męczennicym cierpią katusze ku radości widzów i …. no właśnie ku czemu? Tutaj King dołożył kolejny wątek powieści, dlaczego każdy z nich wziął udział w marszu, przecież wiedzieli na co się piszą, znali zasady, a szansa na nagrodę była znikoma. Odpowiedź nie jest taka prosta jakby się mogła wydawać.

Głównym bohaterem powieści jest niejaki Ray Garraty, „syn stanu Maine”. Przystępując do „konkursu” zostawił w domu matkę i dziewczynę, które za wszelką cenę usiłowały go odwieść od tego pomysłu. Poznajemy go na samym początku powieści, gdy z rodzicielką docierają na miejsce startu. Czy Ray jest bohaterem pozytywnym? Czy można go polubić? To już zależy od samego czytelnika. Gdyż, jak wcześniej wspomniałem, każdy z nich jest inny, w skutek czego fascynujący na swój sposób. Tak np. mnie do gustu przypadli McVries i Olson.

Na wstępie napisałem: „ „Wielki Marsz” – książka będąca przykładem tego jak King stworzył coś z niczego.” i nadal podpisuję się pod tym obiema rękami. Początkowo chłodno podchodziłem do tego tytułu, bo nie miałem pojęcia czego mogę od niego oczekiwać. Historia nader prosta, mogłoby się wydawać banalna. Setka chłopców idących przed siebie, wygrywa ten kto jako jedyny przeżyje. Fabuła którą można by było zmieścić na 2-3 stronach A4, została tak rozbudowana że zajmuje blisko 250 stron i w żadnym momencie nie odczuwamy znużenia, tudzież „wodolejstwa”. Nawet opisy przyrody zostają skrócone tylko to ogólnego zarysu, także jeżeli oczekujemy podróży przyrodniczej po Stanach Zjednoczonych to się głęboko zawiedziemy. King w całą tę historię wplótł „wojnę charakterów”, w skutek czego nie widzimy maszerujących chłopców, tylko rozbudowane osobowości zamknięte w odczuwającym ból i znużenie ciele. Ciele, którego wygląd nie ma większego znaczenia. Z początku doceniamy decyzję bohaterów, by pod koniec, w skutek licznych sytuacji całym sercem im współczuć. Przywiązujemy się do nich, licząc że to akurat nasz ulubieniec będzie tym który ukończy „Marsz Pogrzebowy”. Napisałem również że jedynie pierwsze zdanie z przedstawionego przeze mnie fragmentu opisu jest sensowne i nadal się przy tym upieram. Czy nie ma w książce ludzkich odruchów? Czy każdy z uczestników jest „zimnokrwistym cyborgiem”? Otóż nie jest. Bohaterowie, chłopcy w wieku dojrzewania, jako jedyni pokazują człowieczeństwo i niebywałą dojrzałość, które to cechy objawiają się nawet w tak toksycznym środowisku jak te w którym przyszło im nie tyle żyć, co umierać.

Mimo to książka nie jest wolna od minusów. Jak dla mnie największym z nich, kto wie czy nie jedynym jest nagłe zakończenie, które w skutek długotrwałego oczekiwania powinno mieć iście podniosły przekaz, a kończy się szybko, zbyt szybko jak dla mnie.

Podsumowując, książka która początkowo może zniechęcać, przede wszystkim w skutek przedstawionego nam okładkowego opisu, potrafi wciągnąć czytelnika na dobre, a każde trudności i „przygody” bohaterów pochłaniamy z największą przyjemnością oczekując kolejnej dawki. W pewnym momencie możemy zauważyć że niczym nie różnimy się od głodnego krwi tłumu, który z niecierpliwością oczekuje na kolejny wystrzał żołnierskiego karabinu. King zaserwował nam potężną dawkę powieści do przemyślenia. Nie tyle do zastanawiania się nad sensem przytaczanych słów, czy sformułowań filozoficznych, co nad sytuacją w jakiej się znaleźli. Jak my zachowywalibyśmy się maszerując wśród nich? Czy bylibyśmy dostatecznie silni by przetrwać tę wojnę charakterów? Czy pozostałyby w nas choć strzępy człowieczeństwa?

„Dziesięciu Murzynków” – Agatha Christie

22 grudnia 2010 6 Komentarzy

Tytuł: „Dziesięciu Murzynków”

Autor: Agatha Chrisite

Wydawnictwo:  ISKRY

Liczba stron: 233

Data wydania: 1992

Ocena: 8/10

——————————

„Dziesięciu Murzynków”, których przypominamy właśnie polskiemu Czytelnikowi, to jeden z najbardziej znanych i lubianych kryminałów mistrzyni tego gatunku literackiego.[..]”

Tej treści notę możemy przeczytać wziąwszy do ręki egzemplarz  wydany przez wydawnictwo ISKRY. Osoba opisywana przez nich słowami „mistrzyni tego gatunku literackiego”, to jak się domyślacie Agatha Chrisite. Na tejże okładce czytamy:

„Urodziła się we Francji [..], podczas pierwszej wojny światowej pracowała w szpitalu, gdzie z upodobaniem czytywała powieści detektywistyczne jako „idealne lekarstwo na smutki”. Agatha Christie nie bez powodu zyskała miano „królowej zbrodni”. […] Stworzyła niezapomnianą kreację Herkulesa Poirot […], najpopularniejszego detektywa od czasów Sherlocka Holmesa”.

Szczególnie zaintrygował mnie epitet „królowa zbrodni”. Czy słusznie nadano jej taki przydomek? Postaram się do tego ustosunkować po lekturze wcześniej wymienionych „Dziesięciu Murzynków”.

Tytuł dość „dziecinny” i jednocześnie zaskakujący. Został zaczerpnięty z dziecięcego wierszyka o tychże murzyniątkach, który przewija się przez całą książkę, co jakiś czas dając o sobie znać, w dość specyficzny sposób. Akcja powieści rozgrywa się, tutaj po raz kolejny przewija się znana nam nazwa, na Wyspie Murzynków. Oddalonej od lądu wysepce, która swym kształtem przypomina twarz czarnoskórego mężczyzny z dość obfitymi wargami. Jak przystało na tę formę przyrodniczą, dostać się można na nią jedynie drogą morską, ale to także jest ograniczone ze względu na trudności w przybiciu do jej brzegów, jak również nieujarzmione „kaprysy Posejdona”.

Bohaterami powieści jest grupka osób, w liczbie dziesięciu – ośmiu mężczyzn i dwie kobiety. Skupisko na pierwszy rzut oka zupełnie losowe, których ścieżki życia w pewnym momencie się krzyżują, a punktem przecięcia jest owa Wyspa Murzynków. Każde z nich otrzymuje czy to list, czy zaproszenie do odwiedzenia tego miejsca, które z jasnych przyczyn wydaje im się znane, gdyż w niedalekiej przeszłości w gazetach głośno było na jej temat. Nadchodzi czas gdy dziesięcioro, nieznanych sobie wówczas osób, stawia pierwsze kroki kierując się do willi, położonej na malutkiej wyspie. Wyspie która ma odmienić całe iż życie. Czy są na to przygotowani? Czy los będzie dla nich łaskawy, czy też przygotował masę psot i figli? Te i inne pytania zostają w pewien sposób rozwiązane już na wstępie do powieści, ale czy wszystko jest tak jasne i klarowne jakby się wydawało na pierwszy rzut oka? Na to musisz sobie sam odpowiedzieć.

Książka nie należy do kategorii „opasłych”, a do tego jej akcja toczy się wyjątkowo szybko, przemieszczając się galopem z jednej sytuacji do następnej, tym samym nie dając ani chwili do wytchnienia. Czy to źle? Ależ skąd. Agatha Christie przygotowała dla nas potężną dawkę kryminału, który niczym kalejdoskop zmienia się z każdą sekundą, zaburzając tworzoną przez nas wizję. W momentach gdy dosłownie jesteśmy pewni co się stanie, tudzież mamy święte przekonanie że udało nam się ogarnąć całą fabułę, dostajemy solidnego kopniaka, który uzmysławia nam, że wróciliśmy do punktu wyjścia i zabawę trzeba zacząć na nowo. Czy jesteśmy z tego powodu zawiedzeni? W żadnym wypadku! Każdą kolejną stronę czytamy z zapartych  tchem, powstrzymując się przed pokusą spojrzenia na ostatnią kartkę, by choć przez chwilę rzucić okiem na zakończenie. Nigdy dotąd ta pokusa nie była tak silna!

Powieść napisana jest lekkim językiem, a krótkie rozdziały, albo raczej akty, zawierające niekiedy dosłownie kilka zdań, umilają lekturę, przenosząc akcję z jednego bohatera na drugiego. W całej gamie niejasności i zagadek, które wciągają nas na dobre, ciężko zwrócić uwagę na charaktery bohaterów. Ich osobowości zostały uzależnione od pracy, zajęcia które wykonywali. Zamiast konkretnych postaci, posiadających złożoną budowę emocjonalną, widzimy raczej profesje, ubrane w ludzkie imiona i zachowujące się tak jak przystało na przedstawicieli danych zawodów. Tak właśnie zamiast Macarthura widzimy rasowego żołnierza, a zamiast Armstronga – młodego lekarza. Czy ten zabieg jest jak najbardziej na miejscu? Być może, gdyż pozwala nam w pełni skupić się na głównym wątku, od którego odbiegamy jedynie w sytuacjach, w których wspomnienia, tudzież przeszłość bohatera ma nam jedynie pomóc w dalszej lekturze. Z drugiej jednak strony „Dziesięciu Murzynków” i ich fabuła dają niesamowite możliwości jeśli chodzi i grę charakterów. Sytuacje, w których niejednokrotnie znajdują się bohaterowie powinny bez najmniejszych trudności odcisnąć piętno na ich życiu i poważnie wpłynąć na sposób postrzegania świata. Czy tak się dzieje? Poniekąd tak, ale potencjał był znacznie większy i grzechem było nie czerpać z niego garściami.

Podsumowując, Agatha Christie, zwana „królową zbrodni”, w książce „Dziesięciu Murzynków”, pokazała swój kunszt pisarki. Czy w pełni? Tego nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić.  Powieść o dziecinnym tytule po kilku pierwszych stronach urasta w naszych oczach do rangi solidnego ”kryminału”, albo „kryminału podróżnego”. Określenie to dotyczy raczej objętości powieści, aniżeli potencjału. Książka napisana przyjemnym językiem, pełna dialogów i licznych zwrotów akcji jest idealnym tytułem do rozpoczęcia przygody z kryminałami.

„Portret Doriana Graya” – Oscar Wilde

15 grudnia 2010 Dodaj komentarz

Tytuł: „Portret Doriana Graya”

Autor: Oscar Wilde

Wydawnictwo:  Dolnośląskie

Liczba stron: 270

Data wydania: 1996

Ocena: 8/10

——————————

Czytałem o tej książce wiele dobrego, przymiotniki: „wspaniała”, „porywająca” i wiele wiele innych pozytywów, przewijały się częściej niż sam tytuł powieści. Inni zaś po seansie filmowym twierdzili że nie był to zmarnowany czas, a adaptacja była „świetna”.

W skutek tak pochlebnych opinii z olbrzymią chęcią przystąpiłem do lektury „Portretu Doriana Graya”. Pierwsze były wrażenia „fizyczne”, tzn. piękne wydanie, twarda oprawa i pozłacane z wierzchu kartki, które wywarły na mnie piorunujące wrażenie, podobno jest ono najważniejsze, tyle że nie w przypadku większości książek (przynajmniej w mojej opinii).

Przewróciłem stronę tytułową, gdzie mym oczom ukazała się przedmowa autora powieści, szczerze powiedziawszy nigdy dotąd tak dużo czasu nie zajęło mi czytanie raptem dwóch stron. Przyznam bez ogródek że nigdy nie byłem orłem w interpretacji różnego rodzaju liryki, ale mimo to nie poddałem się i brnąłem do przodu. Brnąłem, bo język w którym został napisany Dorian jest stosunkowo trudny, a niektóre opinie lorda Henryka przez dobrych kilka minut zaprzątały mi umysł i zmuszały wzrok do ponownej lektury danego fragmentu. Wrócimy do tego wątku, teraz czas na omówienie:

„Portret Doriana Graya” opowiada o kimś, kto pragnie zachować wieczną młodość. Tym kimś jest niejaki Dorian Gray, młodzieniec którego poznajemy poprzez jednego z angielskich malarzy imieniem Bazyli Hallward. Bazyli czerpie niejako inspirację z niesłychanie pięknego, delikatnego i niewinnego chłopca, który wydaje mu się być ucieleśnieniem wszelkich cnót, nieskalanym wpływem brutalnego i cynicznego świata. Dorian jest dżentelmenem który odziedziczył spory spadek i nadszedł wreszcie w jego życiu moment by zacząć gościć na salonach ludzi z wyższych sfer. Jego przewodnikiem zostaje niejaki lord Henryk, przyjaciel Bazylego. Człowiek cyniczny, arogancki, kpiący z życia i wszelkiej świętości, niebywale ceni sobie słowo, a umiejętność z jaką się wysławia rozbrzmiewa echem po wszystkich wytwornych salonach. Dorian poddany jego wpływom niejako ulega zmianie wewnętrznej, lecz wbrew pozorom to nie „doświadczony nauczyciel” jest punktem zwrotnym jego życia, a obraz, portret namalowany przez kochającego go Bazylego, który włożył weń cały swój kunszt. Portret który zmieni całe jego życie, a jak zmieni? Odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie skomplikowana i pozwolę sobie nie udzielać wam jej, tym samym zostawiając nutkę tajemniczości.

Wracając do wcześniej rozpoczętej opinii. Nigdy nie byłem zwolennikiem literatury pięknej, być może katorga (przepraszam jeśli kogoś uraziłem) którą przeżyłem wczytując się w „Cierpienia młodego Wertera”, pozostawiła we mnie pewne piętno i niechęć do tego typu dzieł. Szczerze powiedziawszy, co zapewne wyda się wam żałosne, nie sądziłem iż „Portret Doriana Graya” należy do tego typu literatury. Dopiero teraz, po przeczytaniu posłowia Jana Kurowickiego dochodzę do wniosku że ta książka liczy sobie blisko 120 lat, a mimo to jej przekaz w wielu aspektach życiowych jest nadal aktualny.

Największe wrażenie, przypuszczam że na większości czytelników także, wywarł lord Henryk, który swoimi wypowiedziami całkowicie przyćmił owo piękno Doriana. Jego kunszt słowa i prawdy życiowe dodają książce niebywałego piękna, którego szczerze powiedziawszy nie dostrzegłem w postaci pana Graya.

Nie ukrywam że jeszcze nie raz do niej wrócę, wtedy zapewne spojrzę na nią z innej, bardziej obiektywnej perspektywy. Póki co, godna polecenia, ale czy każdemu? Raczej tak, choć nie wszystkim musi przypaść do gustu.

„Życie nie może być sztuką, a sztuka życiem”