Archiwum

Posts Tagged ‘Neil Gaiman’

„Chłopaki Anansiego” – Neil Gaiman

12 marca 2011 16 komentarzy

Tytuł: „Chłopaki Anansiego”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 337

Data wydania:  2006

Ocena: 7/10

——————————

Tym razem nie przytoczę okładkowego opisu jak to zwykle miewa miejsce, powód jest prosty – na okładce nie ma notki wydawniczej. Autorem powieści jest znany większości czytelników Neil Gaiman, „ojciec” takich książek jak: „Gwiezdny pył”, „Amerykańscy bogowie” czy niedawno recenzowanej przeze mnie „Koraliny”. Czy mój stosunek do autora po przeczytaniu „Chłopaków Anansiego”, napomnę jedynie że po guzikowej bajce z dreszczykiem miałem o nim bardzo wysokie mniemanie, co jednoznacznie podniosło poprzeczkę wymagań dla tegoż autora, zmienił się na lepsze, na gorsze, czy może pozostał na tym samym poziomie? O tym wkrótce.

Fabułę „Chłopaków…”, rzecz jasna w niczym jej nie ujmując, można nakreślić w kilku zdaniach. Opowiada ona bowiem o pewnym mężczyźnie o dość specyficznym przezwisku Gruby Charlie, który wiecie spokojny, aczkolwiek monotonny żywot u boku swojej narzeczonej. Nie pragnie od życia zbyt wiele, do szczęścia wystarcza mu nudna praca, możliwość śpiewania bez obecności jakiegokolwiek słuchacza i spora odległość dzieląca go od jego ojca. To właśnie ten staruszek (z którym nie utrzymuje kontaktu) będzie, że tak powiem powodem przewrotu w życiu Charliego. Kolejne dni jego egzystencji już nigdy nie będą takie same, a ścieżki którymi będą się toczyć wydają się być tak zawiłe, że nawet mitologiczna Nić Ariadny na nic by się zdała.

Czym zatem Gaiman chciał nas zaskoczyć, zauroczyć bądź rozśmieszyć? Wbrew pozorom ciężko znaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie – książka bowiem kryje w sobie wiele interesujących wątków, które powinny trafić do szerokiej populacji czytelników. Ale do rzeczy: w „Chłopakach Anansiego” nie trudno znaleźć fantastykę w pełnym tego słowa znaczeniu, nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów z fabuły, dlatego ograniczę się jedynie do tego stwierdzenia. Do tego dochodzą także liczne elementy  humorystyczne, które miejscami mogą zalatywać pratchettowskim poczuciem humoru, jednak nie w pełni wykorzystanym. Znaczy to po prostu, że absurd przedstawiany przez Gaimana co by nie mówić jest dobry, miejscami nawet bardzo dobry, ale do sir Terry’ego jeszcze wiele mu brakuje. W książce możemy dostrzec także wątki filozoficzne i obyczajowe pojawiające się przede wszystkim w dialogach, czy sytuacjach zachęcających do przemyśleń. Gdyby się uprzeć można powiedzieć że występują również elementy kryminalne, lecz poruszane jedynie w powierzchowny sposób. Ogólnie rzecz biorąc – „do wyboru do koloru” . Rodzi się jednak pytanie, czy ten „misz-masz” jest w stanie poruszyć potencjalnego czytelnika? Tutaj musimy na chwilę przystanąć. Nawiązując do jednej z powieści Gaimana pt. „Koralina”, można śmiało powiedzieć że miała ona niesamowity klimat, a mimo dziecinnej otoczki potrafiła porwać czytelnika i odizolować go od świata zewnętrznego. W „Chłopakach…” nie czujemy potencjału autora, wręcz przeciwnie, mamy wrażenie że nie dał z siebie wszystkiego. Książka która mogła by się wydawać kolejną obowiązkową pozycją zostaje zepchnięta z piedestału i ze spuszczoną głową przyjmuje rangę „dobrej książki”, co w tym wypadku nie jest powodem do radości.

Wróćmy jednak do spraw przyziemnych. Język którym została napisana jest prosty, lecz niezwykle przyjemny, czujemy w powieści samego Gaimana, lecz, jak już wspomniałem, nie w pełni swojej „pisarskiej mocy”. Książkę czyta się szybko, nie tracąc czasu na powroty do poprzednich stron w celu wyjaśnienia pewnych okoliczności. Fabuła jest niczym pajęcza sieć, początkowo poruszamy się jedynie po jej brzegach, by po upływie kolejnych stron przedostać się po przędzy do samego środka – gdzie wszystko ma swój koniec. Co do samego wydania to nie mam żadnych zastrzeżeń – brak literówek w połączeniu z dobrym tłumaczeniem jedynie powiększają przyjemność z czytania.

Interesującym aspektem w „Chłopakach Anansiego” jest obraz rodziny i relacji wśród jej członków – nie mówię tutaj jedynie o głównym bohaterze i jego krewnych, gdyż przez całą lekturę przetoczy się kilka ciekawych przykładów więzów rodzinnych. Na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o kreacji bohaterów. Autor przygotował dla nas całą gamę charakterów, począwszy od tych dobrych i pozytywnych, przez obojętnych, kończąc na złych i przez nas pogardzanych. Każda z poznawanych przez nas osób posiada indywidualne cechy, wyróżniające je na tle innych bohaterów.

Podsumowując, „Chłopaki Anansiego” to powieść wieloelementowa. Praktycznie każdy znajdzie w niej coś dla siebie, choć w ogólnym rozrachunku nie prezentuje się już tak okazale. Rażących minusów nie dostrzegłem, jednakże przedstawiona przez autora powieść nie potrafiła na dobre przyciągnąć mojej uwagi. Owszem, czyta się ją szybko i przyjemnie, ale nie czujemy dreszczów emocji, nie zgrzytami zębami, nie wybuchamy śmiechem – po prostu czytamy, chyba oczekując czegoś nadzwyczaj zaskakującego. Dodam jeszcze że powieść należy do grona przewidywalnych.

Na koniec odpowiem na zadane w pierwszym akapicie pytanie, co do Neila Gaimana nadal uważam iż jest to niesłychanie utalentowany facet i z przyjemnością sięgnę po kolejne tytuły jego autorstwa – „Chłopaki Anansiego” są po prostu „Gaimanem na 70%”.

„Koralina” – Neil Gaiman

11 lutego 2011 16 komentarzy

Tytuł: „Koralina”

Autor: Neil Gaiman

Wydawnictwo:  MAG

Liczba stron: 160

Data wydania:  2003

Ocena: 9/10

——————————

„Lektura tej książki sprawi, że dreszcz przebiegnie Wam po plecach, wymknie się butem i ucieknie taksówką na lotnisko. Przepełnia ją subtelna groza, właściwa najlepszym baśniom. To arcydzieło. A guziki nigdy już nie będą takie, jak kiedyś.” – Terry Pratchett

Słowa tego legendarnego pisarza w zupełności wystarczą za całą recenzję „Koraliny”, jednak mimo wszystko, postaram się dodać coś od siebie.

Autorem tej krótkiej powieści jest Neil Gaiman, znany z takich tytułów jak: „Gwiezdny pył”, „Amerykańscy bogowie”, „Księga cmentarna” czy „Dym i lustra”. Jednym słowem poczytny pisarz, mający spore grono fanów na całym świecie.

Tym razem dane mi było poznać losy małej dziewczyny, która wychowuje się w dość „zapracowanej” rodzinie. Zarówno ojciec, jak i matka całe dnie spędzają przed ekranem komputera, zbywając córkę, gdy ta próbuje nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Ta dość „toksyczna” rodzinka mieszka w ogromnym domu dzieląc go z trójką innych lokatorów; emerytowanymi aktorkami z parteru i szalonym staruszkiem zajmującym pomieszczenia na poddaszu, to ci państwo są towarzyszami Koraliny którzy spędzają z nią więcej czasu niż jej prawowici opiekunowie. Mimo dość niekorzystnej sytuacji rodzinnej dziewczynka nie traci ochoty na zabawę, a jej ulubionym zajęciem jest „badanie”, co można rozumieć jako wyprawę w nieznane, w poszukiwaniu pewnych, wcześniej wybranych rzeczy bądź miejsc. Tak więc jednego dnia Koralina szuka studni, innym razem liczy drzwi i okna w domu, a w jeszcze innym zagląda do tajemniczych drzwi w jej mieszkaniu. Drzwi, po których otworzeniu widzi jedynie ścianę z chropowatych cegieł.

Co jest za tą ścianą i dlaczego myszy szalonego staruszka zabroniły jej przez nie przechodzić?  Na te i inne pytania które pojawią się podczas lektury z największą przyjemnością będziemy szukali odpowiedzi, wczytując się w kolejne strony powieści.

Nie ma powodu rozdrabniać się na temat bohaterów, bo jak to w bajkach bywa, zostali rozbudowani na tyle, na ile było to niezbędne w odbiorze tekstu. Dlatego widzimy starsze panie które całe dnie na przemian wspominają dawne czasy, bądź zajmują się psami, czy też ojca, który po za pracą uwielbia przyrządzać wymyślne dania. Nawet tytułowa Koralina została skonstruowana w taki sposób, by rozmyślania na temat jej osobowości stanowiły zaledwie ledwo dostrzegalne tło. Do końca nie wiemy jak dokładnie wygląda, ale w żaden sposób nie ujmuje to przyjemności z czytania.

Gaiman przygotował dla nas bajkę która w żaden sposób nie zalicza się do tych które chcielibyśmy usłyszeć na dobranoc, co więcej, nie powinno się jej czytać przed snem, chyba że wasze pociechy uwielbiają trząść się pod łóżkiem ze strachu. W porównaniu do niedawno czytanych „Opowieści z Narnii”, widzę olbrzymią rozbieżność adresatów. „Koralina” to powieść grozy która została ubrana w bajkową otoczkę, dziejąca się w bajkowym świecie i posiadająca bajkowych bohaterów. Ten zabieg pod każdym względem wyszedł jej na dobre. Gaiman pod niepozorną fabułą ukrył niesamowite pokłady emocji i dreszczyku. Niejednokrotnie podczas lektury po plecach przebiegły mi ciarki, nie mówiąc już o całkowitym zagłębieniu się w losy małej dziewczynki. Od początku książki byłem jej największym fanem i przyjacielem, mimo tego iż nie wiedziała o moim istnieniu do ostatniej kropki trzymałem za nią kciuki, nie chcąc patrzeć na nieprzyjemności z którymi musiała się zmierzyć. Jeśli miałbym określić „Koralinę” kilkoma przymiotnikami powiedziałbym: rewelacyjna, niepozorna i emocjonująca. Książka Gaimana jest przykładem tego jak zaskakująca może być literatura. Mógłbym wiele opowiadać o wykreowanym przez autora świecie, a losach głównej bohaterki, ale nie śmiem odbierać przyjemności z, jakby to powiedziała Koralina, badania 🙂

Kolejną kwestią do rozważenia jest język. Autor odpuszcza sobie wymyślne słownictwo, skupiając się na prostym, aczkolwiek niebywale obrazowym języku. Do tego od czasu do czasu wplata w treść książki humorystyczne aspekty, które mimo emanującej zewsząd grozy powodują uśmiech na naszych twarzach. Nie wiem czy to zasługa Gaimana czy samej fabuły, ale czyta się ją z zapartym tchem, u kresu omdlenia przypominając sobie o konieczności oddychania.

Podsumowując, „Koralina” to książka dla wszystkich którzy lubią poczuć dreszcz emocji, a nie straszne im są proste rozwiązania. Autor postawił przede wszystkim na treść, która w żaden sposób nie ustępuje bardziej „obszernym” koleżankom z gatunku „opowieści z dreszczykiem”. Gaiman przygotował dla nas bajkę dla starszych dzieci. Sam pomysł na fabułę jest tak niezwykły, że choćby dla niego samego warto sięgnąć po tę lekturę.

Polecam wszystkim.

—————————————————————————————————————-

Będąc dziś niedaleko biblioteki nie mogłem się powstrzymać przed zaglądnięciem do przytulnych czterech ścian, konsekwencją tej krótkiej wyprawy są:

Od lewej:

1. Tytuł: „Straż! Straż!”

Autor: Terry Pratchett

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ode mnie: Można śmiało powiedzieć że jestem kolejną „ofiarą :)” „Pratchett’owskiej indoktrynacji” prowadzonej przez Enedtil (Link do jej bloga ->Kliknij<-), mam nadzieję że Świat Dysku „kosztowany” z odpowiedniej strony będzie smakował znacznie lepiej 🙂

2. Tytuł: „Młot na czarownice”

Cykl: Cykl Inkwizytorski: tom II

Autor: Jacek Piekara

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Ode mnie: Kolejny tom przygód znanego wszystkim inkwizytora Mordimera, czas pokaże czy druga część jej lepsza od pierwszej, czy też idąc śladami wielu znanych filmów sequel okaże się klapą 🙂